wtorek, 5 sierpnia 2014

Agata Bogusz: Twoje ciało może zrobić dużo więcej, niż ci się wydawało

Jest uczennicą 17- krotnego mistrza świata Umberto Pelizzariego. To on wypowiedział ważne dla niej zdanie, że nurek sprzętowy nurkuje, żeby oglądać świat pod wodą, a freediver po to, żeby zaglądać w głąb siebie. Czym kusi wielki błękit, opowiada nam Agata Bogusz.
Jacques Mayol, guru freedivingu, czyli nurkowania na wstrzymanym oddechu, w jednym z wywiadów powiedział: „Morze jest moją kochanką. Kocham się z nią, kiedy nurkuję”. Czym dla ciebie jest morze?
- Nigdy nie myślałam o tym w taki sposób, natomiast jest coś w tym stwierdzeniu, bo nurkując, nieważne, czy to jest jezioro czy morze, oddajesz się w pewien sposób tej wodzie, musicie stać się jednością, żebyś mogła czuć się w niej swobodnie. To jest też kwestia tego, aby sobie nie zrobić krzywdy, trzeba w jakiś sposób być z tym żywiołem blisko.
O samym freedivingu Mayol mówił, że jest o ciszy, która pochodzi z naszego wnętrza.
- Zgadzam się, zanurzając się pod wodę, wchodzisz w trochę inną rzeczywistość. O ile w naszych czasach jesteśmy przestymulowani ilością nie tylko informacji, ale w ogóle bodźców, które do nas docierają, to wchodząc pod wodę, nagle następuje odcięcie tych bodźców. Pojawia się cisza i przestrzeń dla ciebie. Nagle zaczynasz czuć i słyszeć siebie inaczej, intensywniej niż na co dzień, a sprawy, którymi twoja głowa zajmowała się na powierzchni, znikają, bo naprawdę musisz być tu i teraz, równocześnie rejestrować to, co dzieje się z tobą, i pilnować, żeby być maksymalnie rozluźnioną.


Gdzie morze jest najpiękniejsze?
- Jest takie wspaniałe zdanie, które powiedział znany instruktor Umberto Pelizzari, że nurek sprzętowy nurkuje, żeby oglądać świat pod wodą, a freediver po to, żeby zaglądać w głąb siebie. Wyróżniłabym dwa rodzaje nurkowań na zatrzymanym oddechu - takie, gdy nurkuję głęboko przy linie i głównie skupiam się na sobie, oraz rekreacyjne, gdy celem jest obejrzenie czegoś fajnego, poszukiwanie podwodnych „skarbów”. Jeśli chodzi o wraki, to najpiękniejsze miejsca widziałam w Egipcie, a najgłębsze przeżycia miałam w Sharm el-Sheikh przy nurkowaniach z mantami. To niesamowite ryby, są płaskie, mają długie ogony i gdy szybują w wielkim błękicie, wyglądają jak UFO. Zdarza się, że pływają między freediverami, bo są ciekawskie. Kiedyś jedna podpłynęła do chłopaka, którego akurat asekurowałam, spokojnie na siebie popatrzyli i odpłynęła. Lubię też Marsa Alam, tam jest zatoka żółwi, siedzą sobie na dnie morza i wyżerają trawkę. Można im dosłownie wleźć na głowę, a one i tak cię zignorują.
Zawsze lubiłaś morze?
- Urodziłam się w Łodzi, więc do morza miałam dosyć daleko, ale od dziecka spędzałam czas z rodzicami na basenie, a później, jak już to było możliwe, zaczęliśmy wyjeżdżać za granicę do Chorwacji czy do Grecji i główną atrakcją wszystkich wyjazdów było to, że mieliśmy płetwy, maski i nurkowaliśmy z tatą po muszelki. Z czasem wypływaliśmy coraz dalej, a mama stresowała się, że znikamy za horyzontem. Nurkowaliśmy na dziesięć i więcej metrów, więc to stało się dla mnie naturalne.
Słyszałaś już wtedy o freedivingu?
- Był już wtedy znany w Polsce, natomiast ja nic o nim nie wiedziałam. Takie świadome spotkanie z freedivingiem miałam w 2008 roku, jak pojechałam na miesiąc sama do Egiptu na nurkowanie sprzętowe. Po tygodniu zaczęło mi się nudzić, bo byłam tam już wiele razy, i na miejscu poznałam Marka, który zajmował się freedivingiem, a nie miał z kim trenować. On przekonywał mnie, że to jest super, że nie potrzeba sprzętu jak przy nurkowaniu z butlą, że jest się dużo bardziej swobodnym pod wodą. Ten rodzaj nurkowania jest naturalny i tak naprawdę jego historia sięga starożytności, bo ludzie w taki sposób kiedyś zdobywali pożywienie oraz wyławiali perły. Marek mówił mi, że wszystko powinno się odbywać bardzo delikatnie, a nie forsownie, i jeśli poczuję, że coś jest nie tak, jakieś wzrastające napięcie, to mam wrócić na powierzchnię. Samemu nie wolno tego robić, dlatego uczył mnie też partnerstwa w wodzie.

Partnerstwo w wodzie jest ważne?
- Bardzo ważne. Sam freediving nie jest niebezpieczny. To, co ludzie określają jako ekstremalne w tym sporcie, wiąże się z utratą przytomności. Jednak sama utrata przytomności nie jest niebezpieczna, bo ona tak naprawdę jest bezpiecznikiem, aby nie doszło do uszkodzenia mózgu, gdy spadnie ilość tlenu w naszej krwi. Nasza głowa przechodzi wtedy w tryb „stand-by”, podczas którego wszystkie funkcje życiowe są zachowane - serce cały czas bije, a krew krąży po całym organizmie. Po kilku sekundach nurek budzi się jak z przyjemnego snu. Niebezpieczeństwo pojawia się, jak stracisz przytomność i nikogo z tobą nie ma. Kto wtedy wyciągnie cię na powierzchnię? I tutaj partnerstwo jest niezbędne, parokrotnie musiałam ratować osoby, którym się to zdarzyło. Staramy się wynurzać przy granicach naszej wytrzymałości, natomiast one się przesuwają z dnia na dzień, czasami dochodzi jakiś dodatkowy stres czy fala na morzu, która osłabi twoje możliwości danego dnia, i może wtedy nastąpić utrata przytomności.
Od razu połknęłaś bakcyla?
- Nurkowanie bez sprzętu przychodziło mi bardzo łatwo, po prostu robiłam to intuicyjnie. Dla mnie to był wakacyjny fun, natomiast nie szukałam nikogo, z kim mogłabym to robić w Polsce, bo freediving kojarzył mi się tylko z morzem i z nurkowaniem na głębokość. Później, po moim kolejnym pobycie w Egipcie, zostałam namówiona przez znajomego na udział w zawodach basenowych. „Co tam się robi?” - zastanawiałam się. I okazało się, że istnieje coś takiego jak freediving na basenie, gdzie pływa się na odległość albo leży się na wodzie bez ruchu i wstrzymuje oddech na czas. „Nigdy nie byłam sportowcem, no ale dobra, mogę pojechać, zobaczyć, o co chodzi” - pomyślałam. Udało mi się znaleźć dwóch chłopaków w Łodzi, z którymi zaczęliśmy trenować na basenie, i miesiąc później pojechałam na zawody do Czech. Tam były zawodniczki bardziej doświadczone, ja wiedziałam tylko tyle, ile mi mój znajomy poopowiadał, a zajęłam drugie miejsce. To było dla mnie zaskoczenie, że jestem w czymś tak dobra. Później były zawody w Polsce, więc stwierdziłam, że skoro mam ten power, to tutaj też będę startowała.
Czy inaczej przeżywasz nurkowanie na zawodach i kiedy robisz to dla samej siebie?
- Dla mnie zawody były zdecydowanie dyskomfortem, ostatni raz startowałam w 2010 roku. Chcę poprawiać wyniki, żeby udowodnić sobie, że potrafię, a nie po to, żeby wygrać z konkurencją. Natomiast przy zawodach był bardzo duży stres, bo istniał cel, musiałam coś zaliczyć, i wtedy freediving tracił dla mnie sens, który miał, kiedy zaczynałam nurkować. Totalnie nie grało to z tym, co czułam.
Byłam raz na zawodach głębokościowych i mimo że jest to moja ulubiona dyscyplina, to nurkowania były dla mnie trudne. Na treningach wszystko szło gładko, a w czasie zawodów, chociaż zadeklarowałam bezpieczne głębokości, trochę mniejsze niż maksy, które wtedy osiągałam, to jednego nurkowania nie udało mi się zaliczyć i potem robiłam indywidualną próbę, żeby ten wynik oficjalnie uzyskać.

Koledzy nie namawiają cię do powrotu?
- Namawiali, ale już przestali. Na początku wydawało mi się, że skoro jestem rekordzistką Polski, to mam obowiązek, wobec nie wiem kogo tak naprawdę, startować. Czułam się winna, że tego nie robię. Potem zrozumiałam, że jak zacznę siłować się z wodą, znienawidzę ją i nie będę chciała do niej więcej wchodzić. Prestiż jest fajny z punktu widzenia marketingu szkoły freedivingu, którą założyłam, ale myślę, że ważniejsze jest pokazanie kursantom, że kocham to, co robię, i jest to szczere.
Jesteś też sędzią na zawodach freedivingu.
- Sędzią zostałam trzy lata temu i moje podejście do zawodów powoli się zmienia. Widzę, że świat się nie zawala, jak któremuś z zawodników start się nie powiedzie.
Skąd wiesz, który z nurków głębiej zanurkował?
- Zawodnicy na dzień przed startami deklarują głębokość, jaką chcą osiągnąć, może to być rekord narodowy, a są i tacy, którzy chcą zdobyć rekordy świata. Freediverzy zapisują głębokości na karteczkach, które wrzucane są do pudełka, i dopiero po zebraniu wszystkich deklaracji organizator ogłasza listę startową. Taka formuła sprzyja podejmowaniu decyzji o głębokości na podstawie własnych możliwości. Samo nurkowanie wygląda tak, że jest powieszona lina, na końcu tej liny jest tak zwany talerzyk, tam są przyczepione tagi. Talerzyk jest na głębokości, jaką zadeklarował dany nurek - on ma za zadanie dopłynąć do niego, zabrać tag i przynieść go z powrotem na powierzchnię. Niezależnie od dyscypliny, czy płyniesz na dół w płetwie, żabką, podciągasz się na linie, wygląda to tak samo.
Mayol w swojej biograficznej książce „Homo Delphinus” próbował dociec, jak odkryć delfina w każdym z nas. Czy już się tego nauczyłaś?
- Nie jestem delfinem i nie mam go w sobie. Ludzie są ludźmi, a to, co mamy wspólnego z delfinami, to odruch nurkowy. I można to nazwać naszym wewnętrznym delfinem, choć tak naprawdę jest to czysta fizjologia, mają go wszystkie ssaki, my również. Odruchem nurkowym są zmiany fizjologiczne, które zachodzą w organizmie człowieka w sytuacji, gdy wstrzymujemy oddech, znajdujemy się pod wodą i na nasze ciało działa coraz większe ciśnienie. Tych zmian nie kontrolujemy, wśród nich znajdują się zwężenie naczyń krwionośnych w kończynach, zwolnienie rytmu serca, zmniejszenie metabolizmu i konsumpcji tlenu. U ludzi odruch nurkowy jest dosyć słaby, natomiast poprzez treningi można go wzmacniać.

Ludzie wciąż biją rekordy w nurkowaniach głębinowych.
- Tak, jeszcze w latach 60. naukowcy wierzyli, że maksymalną granicą głębokości jest 50 metrów, a poniżej dojdzie do śmierci. Wtedy Maiorca, który konkurował z Mayolem, powiedział, że ma to gdzieś i zanurkuje głębiej, na 55 metrów. Oczywiście bez problemu przeżył tego nura. Kilkanaście lat później Mayol zanurkował na 100 metrów i nic mu się nie stało, a w międzyczasie naukowcy odkryli, że krew, która nam odpływa z kończyn w trakcie nurkowania, gromadzi się w obrębie klatki piersiowej i uniemożliwia jej zmiażdżenie, na skutek wzrastającego ciśnienia. Freediverzy wciąż osiągają niesamowite wyniki, jak 11 minut statycznego wstrzymywania oddechu czy też zanurzenia poniżej 100 metrów.
Jacques Mayol uważał, że zbliżenie między człowiekiem, morzem i delfinem rozumianym jako symbol wszystkich ssaków morskich pomoże nam obdarzyć większym szacunkiem wartości, które nasi morscy kuzyni cenią najbardziej - równowagę naszego wspólnego środowiska, wolność i radość życia.
- On taki ekolog był trochę... Wydaje mi się, że to kwestia wychowania i ja szanuję przyrodę od dziecka. Natomiast ciekawe było dla mnie moje ostatnie odkrycie z urlopu w Grecji, kiedy pierwszy raz poczułam relację, o której mówił Mayol. Wcześniej traktowałam morze przedmiotowo, uważałam, że jest to zbiornik, w którym się nurkuje. W Grecji pierwszy raz spróbowałam łowiectwa podwodnego i morze stało się dawcą pożywienia, żywą istotą, w której są inne istoty i można z niej czerpać, ale nie na takiej zasadzie, że bierzesz garściami, bo ci się należy, tylko z respektem, bierzesz tylko tyle, ile potrzebujesz.
Udało ci się coś złowić?
- Kolega dał mi do ręki kuszę, żebym poćwiczyła pozycje, ale pojawiły się ryby, włączył mi się instynkt, więc strzeliłam. Pierwszy strzał i od razu złowiłam rybę. W Grecji nazywają ją german i trochę mnie to ubawiło.

Co czujesz podczas nurkowania?
- Najważniejszy sygnał, jaki daje mi organizm podczas nurkowania, to wrażenie, że jest mi tu dobrze. Nawet jak jest to głębokie nurkowanie, to wyciszenie jest bardzo silne i następuje mocna integracja mojej głowy z ciałem. Jestem świadoma wszystkiego od stóp do czubka głowy nie tylko w aspekcie fizycznym, ale również psychologicznym. Czuję i rozumiem swoje myśli.
Czy w miarę zwiększania głębokości widzisz coś pod wodą?
- To zależy od miejsca. W Polsce pod wodą szybko robi się czarno i nic nie widać, płyniesz w czeluść, myśląc, że zaraz uderzysz się w głowę. W Egipcie, gdy schodzisz na dół, widzisz, że błękit wody zmienia swoją intensywność, ciemno robi się na głębokości stu metrów, ale nigdy tam nie byłam.
O czym myślisz, nurkując?
- Czasem o tym, co jest tu i teraz, że muszę rozluźnić się, wyrównać ciśnienie. Najprzyjemniejsze są takie nurkowania, gdy uda ci się utrzymać skupienie na danej chwili.
Mayol uważał strach za wroga i mówił: „Kiedy zejdziesz na dno i odwrócisz się w górę, czujesz wielką rękę natury, która stoi na twojej drodze. Wtedy właśnie dopada cię strach. Czy zdołam wrócić na powierzchnię? Strach jest wrogiem, bo pożera wielkie ilości tlenu”.
- Obserwuję moich kursantów i wiem, że ten strach jest, ale ja go nie odczuwam przy głębokości. Raczej strach, który mi towarzyszy przy nurkowaniu, to taki, że nie uda mi się dopłynąć do celu, że zawiedzie wyrównywanie ciśnienia i będę musiała wcześniej zawrócić, a nie ten, który dotyczy powrotu na powierzchnię. Nurkowania, które robiłam, nie były trudne fizycznie.
Po co chcesz zejść jeszcze głębiej?
- Daje mi to satysfakcję, lubię sobie stawiać wyzwania i do nich dążyć. Samo nurkowanie im głębsze, tym większej wymaga koncentracji i rozluźnienia oraz integracji z całą sobą. Wprowadzanie siebie w taki stan jest chyba trochę uzależniające.
Łatwo o postępy?
- Jak zaczynasz przygodę z freedivingiem, to bardzo szybko robisz postępy i osiągasz wyniki, o które byś siebie nie podejrzewała. Zauważasz, że twoje ciało może zrobić dużo więcej, niż ci się wydawało.
Czy umiejętność stawiania sobie celów pod wodą przekłada się na twoje codzienne życie?
- Największe korzyści, jakie przyniósł mi freediving, to nie wytrwałe dążenie do celów, bo nie miałam z tym wcześniej problemów, ale umiejętność rozumienia swoich potrzeb, odróżnienie ich od wymagań i presji zewnętrznych, wynikających z oczekiwań innych wobec ciebie lub też ze schematów funkcjonujących w społeczeństwie oraz w rodzinie. Nauczyłam się szczerego odpowiadania sobie na pytania: kim jestem, czego chcę i o czym marzę.

W jaki sposób możesz to osiągnąć?
- Myśli, które masz pod wodą, mówią ci, że nie możesz oddychać, dusisz się, a potem uczysz się z nimi polemizować, bo zaczynasz rozumieć, że nie jesteś swoimi myślami. A potem w coraz większym stopniu możesz je obserwować i kontrolować. One gdzieś tam są, ale to tak jak na przykład z ręką, ona nie jest mną, jest integralną częścią mnie i jest zależna ode mnie. Wiesz, że dasz radę dalej płynąć, więc się nie poddajesz. Tak samo jest z emocjami. W trakcie nurkowania możesz obserwować emocje, a myśli je uspokajają.
Miałam duże problemy ze stresem i przy nurkowaniu poczułam, jak to jest móc się rozluźnić. Małymi krokami umiejętność rozluźniania się przy nurkowaniu przekładała się na tę samą umiejętność w życiu codziennym. I przyszedł taki moment, że jak byłam w sytuacji stresowej i czułam, że moje ciało jest całkowicie spięte i źle reaguje, wystarczyła jedna myśl, że jestem na bojce, za chwilę zanurkuję, i totalnie puszczały wszystkie napięcia. Wtedy odkryłam, że jest to niesamowite narzędzie do pracy z ciałem na co dzień.
Zaczęłaś siebie bardziej obserwować?
- Tak, od freedivingu zaczęła się moja praca nad sobą. Zmienił mi się stosunek do własnego ciała, zrozumiałam, że jest całkiem fajnym tworem, o który to ja muszę zadbać, żeby jak najlepiej funkcjonować. Rzuciłam palenie, alkoholu praktycznie nie piję, a wcześniej sporo imprezowałam, nie jem świństw i zaczęłam uprawiać jogę oraz crossfit.
Zaczęłam przyglądać się pewnym moim zachowaniom. Na studiach nienawidziłam prezentacji publicznych, nie byłam w stanie stanąć przed grupą, głos mi drżał, nogi się trzęsły, pustka w głowie. Gdy zaczęłam uprawiać freediving, dostałam propozycję wystąpienia z prelekcją na targach nurkowych. Moja pierwsza reakcja była: Ja? Przed ludźmi? Ale potem pomyślałam, że skoro mogę nie oddychać przez pięć minut, gdzie w ogóle nie sądziłam, że jest taka możliwość, to może powinnam spróbować. I wystąpiłam na targach, było ciężko, pod koniec prezentacji wyglądało to tak, że mówiłam trzy słowa, odsuwałam mikrofon, bo miałam tak ściśnięte gardło, łapałam trzy oddechy i znowu rzucałam dwa słowa. Trzy dni to odchorowywałam, ale się udało. Za rok znowu wystąpiłam i było trochę lepiej, a za trzecim razem śmiałam się do mikrofonu. W międzyczasie zostałam instruktorem freedivingu, więc też miałam to wyzwanie stania przed grupą, prowadzenia zajęć, bycia liderem, i totalnie to przepracowałam.
Kultowy film „Wielki błękit” Bessona powstał na podstawie scenariusza Mayola. W ostatniej scenie Jacques nurkuje na dużą głębokość i sprawia wrażenie niezdecydowanego, czy chce wrócić do świata ludzi, czy pozostać tam na zawsze. Gdy nurkujesz, musisz jednak stawiać sobie limity.
- Uczysz się odpuszczać. Jesteś w stanie stwierdzić: dobrze, nie chcę płynąć dalej, ta głębokość mi dziś wystarczy. Tak samo jest w życiu.
 Agata Bogusz. Polska freediverka , uczennica 17- krotnego mistrza świata Umberto Pelizzariego. Ustanowiła rekordy Polski w czterech z ośmiu uznawanych przez Association Internationale pour le Developpement de l' Apnée ( AIDA ) konkurencji freedivingowych . Aktualnie jest posiadaczką rekordu w trzech kategoriach. Współorganizuje coroczne ogólnopolskie zloty freediverek i razem z Agnieszką Kalską prowadzi szkołę Bluego , gdzie uczy kursantów nurkowania na wstrzymanym oddechu.
Wywiad ukazał się w "Weekendzie" na gazeta.pl

niedziela, 6 lipca 2014

Elena Poniatowska: Ludzie, o których i dla których chcę pisać, nie umieją pisać ani czytać

Z najsłynniejszą meksykańską reporterką i polską księżniczką spotykamy się w jej domu w kolonialnej dzielnicy Chimalistac w Mexico City. Elena Poniatowska ma 82 lata i pisze bez ustanku. Zapytana, o czym warto pisać, odpowiada bez zastanowienia: - Przede wszystkim trzeba robić to dobrze.
Pracuje pani nad książką o rodzie Poniatowskich?
- Chciałam zrobić książkę tylko o Stanisławie Auguście Poniatowskim, bo wydawało mi się, że był dobrą osobą. Napisałam już kilka rozdziałów i zdałam sobie sprawę, że Katarzyna Wielka go „zjadała”. Muszę dowiedzieć się więcej o nim i o Polsce, żeby dalej pracować, ale nie jest mi łatwo, bo nie mówię po polsku i mam dostęp tylko do książek w języku francuskim, hiszpańskim i angielskim.



Urodziła się pani we Francji, mieszkała tam pani przez pierwszych dziesięć lat życia. Kiedy dowiedziała się pani, że jest spokrewniona z byłym królem Polski?
- Usłyszałam o tym od mojego dziadka Andrzeja Poniatowskiego. Razem z siostrą zamieszkałyśmy w jego domu przed wyjazdem do Meksyku, bo kiedy wybuchła wojna, moja mama zaczęła prowadzić karetkę, a tata został żołnierzem, dołączył do oddziałów generała de Gaulle'a w Afryce.
Pani rodzina miała we Francji kontakt z innymi Polakami?
- Tak, dziadek był przewodniczącym Stowarzyszenia Świętego Kazimierza, tam między innymi Paderewski grał koncerty dla Polonii. Za to moja mama przyjaźniła się z generałem Sikorskim. Miałam też kuzyna Mario Andre, bardzo przystojnego, który zginął w czasie walk w Polsce. On był jedynym Poniatowskim z mojego pokolenia, który nauczył się polskiego. Mój tata nie mówił po polsku, bo trzeba pamiętać, że Poniatowscy przenieśli się do Francji w XVIII wieku, po ucieczce Stanisława Augusta do Rosji.
Była pani z wizytą w Polsce ze swoją mamą tylko raz, w 1965 roku.
- Do Polski zaprosił nas Aleksander Becker, on był doradcą ds. kultury w Ambasadzie Polski w Meksyku. To było niedługo po wojnie, w Warszawie wciąż wiele domów odbudowywano. Odwiedziłyśmy też Gdańsk i Kraków, gdzie stoi grób Józefa Poniatowskiego. Dzięki Aleksandrowi Beckerowi przyjęli mnie ministrowie, poznałam jakichś malarzy, pisarzy i przeprowadziłam wiele wywiadów.
Kogo pani poznała?
- Pamiętam, że zrobiłam wywiad z Kazimierzem Brandysem i jednym grubym politykiem, Cyrankiewiczem. W czasie każdego wywiadu proponowano mi ciasto czekoladowe, bardzo ciężkie, i wódkę. Jeśli proponują ci wódkę o dziesiątej i jest to twój pierwszy wywiad, to o piętnastej szybujesz w przestworzach. Niestety, nie słyszałam wtedy jeszcze o poetce... Tej, co dostała Nagrodę Nobla...
O Wisławie Szymborskiej?
- Nie umiem wymówić jej imienia. Wisława? Potem zrobiłam prolog do jej tomiku wierszy w języku hiszpańskim. Szymborska nawet przetłumaczona - a tłumaczenie jest zawsze gorsze od oryginału - wydała mi się niezwykłą poetką. Często wspominam Polskę w moich książkach, nawet w książce „Wszechświat albo nic” pojawia się Polska i Polki.
Dlaczego Polki?
- Wiadomo, że Polki to piękne kobiety. Przewodniczka, która oprowadzała mnie i moją mamę po Polsce, pytała, co takiego jedzą Meksykanie, bo wszyscy, których spotykała, byli nie do zniesienia. Przytulali ją, łapali za rękę, zachowywali się jak szaleni!



W 1942 roku wyjechała pani z mamą i siostrą z Francji do Meksyku, później dołączył do was pani tata. Tutaj mieszkała Elena Iturbe de Amor, pani babcia ze strony mamy. Czy to ona pokazała wam Meksyk?
- Nie, moja babcia zachowywała się i żyła jak typowa Francuzka. Ona, moja prababcia i mama urodziły się we Francji. Rodzina mojej mamy zamieszkała w Meksyku, bo mieli tutaj hacjendy, ale stracili wszystko w czasie rewolucji w 1910 roku.
Dlaczego księżniczka chciała zostać dziennikarką?
- Chciałam coś zrobić z moim życiem, jak każdy normalny człowiek.
O wszystkim zadecydował przypadek. Zaczęłam pracować w piśmie „Excelsior” z dnia na dzień, bez żadnej znajomości dziennikarstwa, a co gorsza, bez znajomości Meksyku, bo po przyjeździe zamieszkałam we francuskiej dzielnicy Mexico City, a potem rodzice wysłali mnie na cztery lata do szkoły sióstr zakonnych w Stanach Zjednoczonych. Od początku pracy w gazecie zaczęłam robić wywiady ze znanymi ludźmi, byłam reporterką, a nawet nie wiedziałam, kim jest Diego Rivera.
Zapamiętała pani któryś ze swoich pierwszych wywiadów?
- Nie myślę o przeszłości, bo mam 82 lata i straciłabym na to bardzo dużo czasu. Myślę o tym, co mam zrobić jutro.
A co ma pani zrobić jutro?
- Mam rozdać dyplomy w jednej szkole, udzielić kilku wywiadów... Rzeczy, które robię, bo mnie o to proszą, ale których nie chcę robić.
Diega Riverę, znanego meksykańskiego malarza, poznała pani w latach 50. To był jedyny wywiad, na który pojechała pani ze swoją mamą. Bała się puścić panią samą, bo Rivera raz namalował w negliżu pani ciocię, Pitę Amor. Czy mistrz panią onieśmielił?
- Absolutnie nie, Diego Rivera był bardzo sympatyczny. Bardzo lubił zainteresowanie swoją osobą, lubił, kiedy tłum dziennikarzy szedł za nim jak muchy do lepu.
Mówi się, że był kobieciarzem. Kokietował panią?
- Nie, poznałam go, gdy był już starszym człowiekiem, kilka lat przed śmiercią.
Zapytała go pani, co jest dla niego największym szczęściem, a on stwierdził: „Nie urodzić się”. Jak na to samo pytanie odpowiedziałaby Elena Poniatowska?
- Mieć o trzydzieści lat mniej i wiedzieć o życiu tyle, ile wiem teraz. Dla mnie to byłoby wielkie szczęście, ale, niestety, to się nie zdarzy.
Chciałabym być bardziej inteligentna, mądra, iść na uniwersytet, bo tego nie zrobiłam, i przede wszystkim być bardziej zdyscyplinowana, więcej pracować. Jeśli chodzi o rodzinę, to chciałabym, żeby wszyscy byli szczęśliwi. Oczywiście nie każdego dnia, bo to by znaczyło, że są idiotami, ale żeby generalnie mieli powody do radości.



Często wracała pani w swojej twórczości do tematu Diega Rivery. Po jego śmierci napisała pani książkę „Kochany Diego, całuje cię Quiela”...
- Poproszono mnie o napisanie prologu do dwóch książek [„Wyjątkowa” i „Święto Narodowe” - przyp. autorki] Lupe Marin, drugiej żony Diega Rivery. Żeby napisać prolog, przeczytałam „Niezwykłe życie Diega Rivery” Bertrama Wolfe'a. Tam odkryłam postać Angeliny Beloff, jego pierwszej żony. To mnie zainspirowało.
Książka „Kochany Diego, całuję cię, Quiela” jest zbiorem wymyślonych listów, które równie dobrze mogłaby wysłać pierwsza żona malarza z Paryża do Meksyku... Czy wcielając się w rolę porzuconej, zapomnianej przez malarza kobiety, zmieniła pani zdanie na jego temat?
- Nie, nie jest ważne, co ja myślę i czego nie myślę. Chciałam po prostu opowiedzieć historię miłości kobiety do mężczyzny, a czytelnicy mogą wyrobić sobie zdanie na podstawie książki.

Czy temat Diega Rivery jest już zamknięty?
- Właśnie pracuję nad książką o jego drugiej żonie, bo to był fascynujący okres w historii Meksyku, kraj po okresie korupcji politycznej domagał się rozwoju.
Niektórzy twierdzą, że film dokumentalny stawia granice, w filmie fabularnym można te granice przekroczyć. Kiedy pisze pani powieść zamiast reportażu, udaje się pani wejść głębiej w bohatera?
- To są dwie prędkości. Reportaż jest szybki, kronika jest szybka, trzeba tekst oddać na czas, a następnego dnia, jak się go czyta w gazecie, to myśli się: Jaka szkoda, mogłam to zrobić lepiej. Pisząc powieść, masz więcej czasu na szczegóły, chociaż i tak często wydawca stoi nad tobą i mówi: Oddaj już, oddaj, oddaj, bo chce przedstawić książkę na targach w Guadalajarze.
Dlaczego w ogóle pani pisze?
- Teraz piszę, bo mnie o to proszą, ale tak poza tym to jest impuls, mój sposób na życie.
Pisanie i uczestniczenie w życiu mojego kraju to są moje dwie niezmienne pasje. Inną moją pasją są ludzie, bo pisząc, spotykam ich i zadaję im pytania. Zadaję im pytania i wciąż nie wiem, dlaczego, na co i po co tutaj jesteśmy. Nadal szukam odpowiedzi.
Chodzi pani do kościoła?
- Zostałam wychowana na katoliczkę, ale nigdy nie chodzę do kościoła, chociaż może jak stanę nad grobem, to będę chciała rozmawiać z Bogiem, aniołami, mamą? Nie wiem.
Ale wierzy pani w Boga?
- Wierzę, że jest jakiś początek wszystkiego. Wzrusza mnie wiara ludzi.
O czym warto pisać?
- Przede wszystkim trzeba robić to dobrze, a po drugie, pisać na tematy, które ciebie interesują. Mnie zawsze interesowało to, co się dzieje w Meksyku. Gdybym urodziła się tutaj, na pewno byłoby dla mnie normalne widzieć ludzi bez butów na ulicy i głodujących, ale ponieważ przybyłam z zewnątrz, zszokowało mnie to i piszę, o czym piszę.
Jedną z pani pierwszych książek była przetłumaczona również na język polski „Do sępów pójdę” o życiu Jesusy, prostej kobiety ze stanu Oaxaca. Gdzie ją pani poznała?
- Jesusę zobaczyłam w budynku w centrum miasta, gdzie prała ubranie. Usłyszałam ją i mnie zafascynowała, dlatego postanowiłam odwiedzić ją w domu. Na początku źle mnie traktowała, powiedziała, że nie ma czasu ze mną rozmawiać, ale ja tak nalegałam, że się zgodziła.


Dlaczego panią zafascynowała?
- Była to kobieta odważna, nigdy nikogo o nic nie prosiła, umiała sama o siebie zawalczyć. Ona była też bardzo inteligentna, zgadywała intencje innych osób, nie żyła w iluzji.
Ryszard Kapuściński, najbardziej znany w świecie polski reporter, również mieszkał w Meksyku, pracował tutaj dla PAP. Mieliście okazję się spotkać?
- Poznałam go w Nowym Jorku, później widzieliśmy się tutaj, w Meksyku. Posadzili mnie na obiedzie obok niego, ale nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy.
Kapuściński napisał: Na całym tym ogromnym obszarze od południa Meksyku po krańce Ameryki Południowej nierówności mają swoje kolory: biały jest na ogół człowiekiem zamożnym czy średnio zamożnym. Bieda jest kolorowa. Czy w związku z tym, że jest pani biała, miała pani wygodne życie w Meksyku?
- Oczywiście, wciąż mam wygodne życie w Meksyku, ale nie przez to, że jestem biała, tylko dzięki koneksjom moich przodków. Chociaż gdybym była dziewczyną o ciemnej karnacji, córką jednego z polityków, to też żyłabym na wysokim poziomie, korzystając z pieniędzy, które ukradł mój tata, prawda?




Z reguły ludzie z klasy średniej w Meksyku nie chcą mieszać się z biednymi, starają się od nich odgrodzić. Tymczasem w jednym z wywiadów powiedziała pani, że chciała w swoich reportażach dać głos ludziom, którzy go nie mają.
- Wszyscy mają głos i nie muszę nikomu dawać głosu, ale myślę, że to, co jest kluczowe, to żeby być uważnym i słuchać, co mówią ludzie. W Meksyku nie wiesz, dla kogo piszesz, i nie wiesz, ilu czytelników ma gazeta, ale ogólnie niewielu, nie ma ich tylu, ilu jest we Francji czy w Polsce. Ludzie, o których i dla których chcę pisać, nie mają nawet pieniędzy, żeby kupić książkę, i co najgorsze - nie umieją pisać ani czytać.
Napisałam książkę „Wszystko zaczęło się w niedzielę” o niedzielnych spacerach mieszkańców bez centa przy duszy. Do tej grupy należały również muchache(służące). Rano myły się, luzowały warkocze, zakładały różowe sweterki, niebieskie sukienki i siadały na trawie pomiędzy dwiema ulicami. To była ich rozrywka w niedzielę.
Rodzina nie bała się, że pani, dziewczyna z dobrego domu, idzie w takie miejsca?
- Moja mama tak... Ale moja rodzina przeżyła wojnę, moi bliscy nie byli tchórzami, nie pracowali dla rządu, nie zajmowali się polityką, więc nie zależało im na opinii innych.
Kapuściński też często pisał o biedzie. Co w tym temacie jest pociągającego?
- Myślę, że zainteresowałam się biednymi, bo oni żyli inaczej niż ja. Bardziej ciekawiło mnie życie praczki niż życie kobiety, która miała pieniądze, chodziła w garsonce, nosiła perły. Ja mogłam przewidzieć, co ona powie, podczas gdy w przypadku kobiety takiej jak Jesusa było to niemożliwe. Ostatecznie żadna kobieta z mojej klasy społecznej nie powiedziała mi tego, co Jesusa.
A co takiego zapadło pani w pamięć?
- Mówiła, że kobiety ponoszą winę za to, że są porzucane, bo na to pozwalają. I ona wierzyła, że te dupki, co je zostawiły, idą do piekła.

O masakrze protestujących studentów na placu Tlatelolco w stolicy w 1968 roku usłyszała pani od koleżanek i już następnego dnia zaczęła pani zbierać materiał do swojej najsłynniejszej książki „Noc Tlatelolco”. Ludzie nie bali się rozmawiać?
- Chcieli rozmawiać, bo byli smutni i czuli się poniżeni. Wywiady zrobiłam w ciągu sześciu miesięcy, ale książki nie opublikowałam przez cenzurę. Mogłam to zrobić dopiero w 1970 roku, kiedy wybrano Luisa Echeverria Alvareza na nowego prezydenta Meksyku.
W proteście brała też udział Oriana Fallaci, słynna włoska dziennikarka. Do niej pani też dotarła. Mocno ją poturbowano?
- Ona po tym, co się stało, pojechała do Acapulco, żeby dojść do siebie, ale nie sądzę, żeby odniosła dużo obrażeń, bo jeden student zasłonił ją swoim ciałem.
Octavio Paz, słynny poeta, dziennikarz i noblista, napisał prolog do pani książki. Prywatnie był też pani przyjacielem.
- Tak, ale nie napisał prologu dlatego, że był moim przyjacielem, tylko chciał to zrobić. Ja go poznałam, kiedy byliśmy młodzi, w 1954 lub 1955 roku. On był już rozpoznawany...



Podobała się pani jego poezja?
- Bardzo lubię jego „Kamień Słońca”, „Noc”, wszystkie mi się podobają.
Słyszałam, że pani też pisze wiersze?
- Napisałam kilka paskudnych wierszy, które ukazały się w tomiku „Rymowanki złej dziewczynki”, ale nie jestem poetką. Przede wszystkim jestem dziennikarką.
Octavio Paz czytał pani wiersze?
- Ach tak, on je poprawiał, kiedy byłam bardzo młoda. Wciąż mam u siebie wiersze odręcznie przez niego poprawione.
Jakich rad pani udzielił?
- Chciał, żebym cały czas czytała jakieś stare poetki, hrabianki z Rosji... Jemu w ogóle nie podobała się moja lewicowość, zawsze mówił, że powinnam przynależeć do mojej grupy społecznej.
Przed śmiercią poety napisała pani jego biografię.
- Napisałam książkę „Słowa drzewa”, ale on nie pozwalał na opublikowanie czegokolwiek bez jego wiedzy i w ten sposób książka straciła na świeżości, spontaniczności. Nowinki na swój temat, to, czego inni o nim nie wiedzieli, cenzurował i mówił: To tak, to nie. Według mnie książka jest nudna i ja nie zabrałabym tej książki na bezludną wyspę.
Artur Domosławski napisał biografię Ryszarda Kapuścińskiego już po jego śmierci. Powstał skandal, bo wdowa po pisarzu twierdziła, że w mówieniu o jego życiu osobistym posunął się za daleko...
- Tak, słyszałam o tym.
I co pani o tym sądzi?
- Myślę, że każdy reporter powinien robić to, co czuje, nie jest tak, że ma się albo nie ma się prawa czegoś robić. Ale żony i wdowy, które żyją z twórczości męża, są upierdliwe i zasługują na to, żeby kopnąć je w tyłek.


Octavio Paz powiedział, że jest pani ptakiem literatury meksykańskiej. Lubi pani to słyszeć?
- Oczywiście, wszyscy na świecie lubią komplementy. Jednak ja jestem masochistką i podoba mi się też krytyka.
I kto panią tak krytykuje?
- O, mnie dużo krytykują. Pisarze, politycy, dziennikarze. Przejmuję się, wiadomo, jestem z krwi i kości, ale już się przyzwyczaiłam.
Co takiego pani zarzucają?
- Niektórzy mówią, że dziennikarstwo nie ma nic wspólnego z literaturą. Takich czytelników moje książki denerwują.
Ale pisanie to nie jest jedyna wartość w życiu. Pamiętam, jak jedna aktorka w filmie mówiła swojemu partnerowi: Ty piszesz, a ja żyję. Dlatego trzeba myśleć o pisaniu, ale też o życiu, o dzieciach, żeby zaprowadzić je do szkoły. Trzeba opiekować się starszymi, nakarmić psa. O, będzie padać, a mój pies jest w ogrodzie, muszę wpuścić go do środka!
Miała pani czas na to wszystko?
- Oczywiście... Mniej spałam.
 Elena Poniatowska. Meksykańska dziennikarka, pisarka i polska księżniczka. Urodziła się w 1932 roku w Paryżu. Opublikowała ponad 30 książek, w tym „Noc Tlatelolco”, która opisuje masakrę studentów dokonaną na placu Trzech Kultur w Mexico City za zgodą rządu meksykańskiego w 1968 roku. Na język polski przetłumaczono jej dwie książki: „Do sępów pójdę” oraz „Kochany Diego, całuję cię, Quiela”. Poniatowska jest laureatką wielu nagród literackich i doktorem honoris causa kilku uniwersytetów meksykańskich i amerykańskich. W 2013 roku otrzymała najwyższe wyróżnienie literackie w świecie hiszpańskojęzycznym - Nagrodę Cervantesa. Jest pierwszą Meksykanką i czwartą kobietą wyróżnioną tą nagrodą. Mieszka w Mexico City, ma troje dzieci i siedmioro wnuków.
Wywiad ukazał się w "Weekendzie" na gazeta.pl

środa, 11 czerwca 2014

Sekretny Ogród (dla tych co kochają taniec)

Lekcja 1


– Nieraz od was słyszę: „Chcę zatańczyć dla mojego męża, bo jest znudzony naszym zawiązkiem”. Ale tutaj nie nauczycie się tańczyć jak Shakira, jeśli chcecie ruszać pupą i cyckami, to poszukajcie innego miejsca – mówi Lila Zellet Elias, tancerka i założycielka szkoły tańca romskiego w stylu arabskim „Mosharabia”.– Mój taniec jest niczym gra w bilard. Trzeba popchnąć kijkiem białą bilę, która rozbije inne kolorowe kulki i każda z nich wpadnie do dziurek. Jednak żeby tak się stało, musicie uważnie studiować schematy uderzeń, mieć dobrze opracowany plan, nauczyć się trzymać kijek we właściwy sposób, po czym z odpowiednią siłą nim uderzyć. Innymi słowy w tym tańcu pracujecie nad sztuką uwodzenia, jakbyście chciały ośmielić chłopca, żeby poprosił was do tańca. Musicie użyć szeregu gestów, a na to potrzeba czasu, cierpliwości, oddania ciała i duszy. Ale tak naprawdę, to wcale nie tańczycie dla niego.



Sala, w której odbywają się zajęcia, mieści się na piętrze kolonialnego domu w La Condesa, artystycznej dzielnicy Mexico City. Tutaj mieszkają malarze, swoje restauracje prowadzą znani aktorzy, a zadrzewionymi alejkami spaceruje z rasowymi psami młodzież w markowych ubraniach. Na lewo od wejścia do szkoły znajduje się gabinet wróżki Isaury, przed którym codziennie ustawiają się kolejki, a z kawiarni po przeciwnej stronie unosi się aromat świeżo zaparzonej kawy. Na wyłożonym kostką patio wylegują się koty, słychać szmer wody przelewającej się w kamiennej fontannie.

Tancerka staje przed lustrem szerokim na całą ścianę, poprawia ręką czerwoną spódnicę do kostek i zaczyna wykonywać harmonijne ruchy klatką piersiową. Najpierw w lewą, potem w prawą stronę, nie zapominając o płynnym ruchu ramion.

Na zajęcia przyszłam z Sandrą, znajomą Meksykanką, która pokazała mi gdzie sprzedają najlepsze tacos al pastor w mieście i cierpliwie ćwiczy ze mną hiszpańskie słówka. Podobnie jak inne uczennice, mamy na sobie długie, kolorowe spódnice przepasane chustami wokół bioder i naśladujemy naszą nauczycielkę w takt orientalnej muzyki zdominowanej przez dźwięk skrzypiec.

Lila wygina delikatnie nadgarstki do zewnątrz, potem do środka. Przypomina jej się tata Rom. Był tajemniczą postacią, umarł wcześnie i wie o nim tylko tyle, że do Meksyku przybył z Rosji przez Kubę. Tutaj poznał jej mamę, Meksykankę libijskiego pochodzenia. Lila od przedszkola chodziła ze starszą siostrą Perla na lekcje baletu, a gdy skończyła 14 lat zdała do szkoły tanecznej, gdzie poznała większość tańców tradycyjnych. Kulturą Bliskiego Wschodu oraz tańcem romskim pierwsza zafascynowała się Perla i właśnie ona nauczyła ją podstawowych ruchów. Ćwiczyły w ukryciu, bo przed nikim nie przyznawały się do swojego pochodzenia. Nie chciały. Przecież o Romach mówiło się, że są złodziejami.

Ana Paola



34-letnia Ana, jedna z uczennic tańca romskiego, zaprasza mnie do swojego gabinetu w Polanco, biznesowej części miasta. Jest wziętym psychiatrą, ale znalazła czas na spotkanie pomiędzy dwoma sesjami terapeutycznymi. Jej klientami są dobrze sytuowane panie domu, niezadowoleni z życia przedsiębiorcy, nastolatkowie, którym nie brakuje niczego, oprócz zainteresowania wiecznie zajętych rodziców. Pośrodku pokoju stoi rzeźbione dębowe biurko, w rogu dwa fotele, na białych ścianach wiszą dyplomy. Ana obejmuje mnie ramieniem na powitanie i z uśmiechając się prosi, żebym usiadła. Razem tańczyłyśmy, dzieliłyśmy emocje, nie jestem już dla niej obca. – Tańca romskiego uczę się od ośmiu lat – mówi, poprawiając ręką kasztanowe włosy do ramion i rozsiada się wygodnie w fotelu. – Mąż mojej siostry grał na gitarze w grupie tanecznej Lili „Egipcjanie” i któregoś dnia zapytał: „Dlaczego nie przyjdziesz na próbę i nas nie posłuchasz?” Pomyślałam: „Czemu nie?”. Nic nie wiedziałam o romskiej kulturze, poszłam żeby posłuchać muzyki. Lila po próbie podeszła do mnie i powiedziała: „Niedługo zacznę prowadzić lekcje tańca w moim domu, jeśli jesteś zainteresowana to dam ci o nich znać”. Odpowiedziałam: „Dobrze, to co widziałam bardzo mi się podobało”.

Ana zaczynała studia doktoranckie z psychoanalizy i wszyscy jej znajomi myśleli, że nie znajdzie czasu na taniec, że się nim szybko znudzi.

– W dzieciństwie tańczyłam balet i jazz, ale mnie nie zainteresowały. Z tańcem romskim stało się inaczej, wyzwolił we mnie silne emocje – przyznaje. – Pokochałam go już na pierwszych zajęciach, chyba dlatego, że mnie bawił i sprawiał, że czułam się wolna. Pamiętam jak Lila opowiadała o romskiej kulturze. Mówiła, że Romowie byli grupą zamkniętą, nie dzielili się z innymi swoimi zwyczajami. Pozycja kobiety była bardzo niska. Romki wychodziły za mąż wcześnie, mężowie byli dla nich wybierani. Kobiety samotne mogły prosić starszyznę o pozwolenie, żeby chodzić z rozpuszczonymi włosami, ale jak wychodziły za mąż, musiały je zakryć. Bez wątpienia kobieta romska najlepiej mogła wyrazić się poprzez taniec.

Lekcja 2


Lila ścisza muzykę i otwiera przeszklone do połowy drzwi, by wpuścić do środka więcej promieni słonecznych. Jej czarny jak węgiel labrador, od razu biegnie przez całą salę na rozległy taras i przegania kolibra, który zatrzymał się na chwilę przy glinianej donicy z ładnie przyciętym drzewkiem z drobnymi listkami. Po chwili merdając ogonem podchodzi do wysokiego mężczyzny z półdługimi włosami, który jest pochylony nad kartką papieru i maluje z pamięci swoją mamę, dumną Cygankę. Widząc psa głaszcze go po głowie, a na jego rękach zauważam błyszczące złote sygnety. Przyjechał do Meksyku na jakiś czas z Andaluzji. Lila widząc go uśmiecha się delikatnie, nie miałaby nic przeciwko temu, gdyby został. Zmęczone tańcem siadamy na drewnianej podłodze pod ścianą, aby wysłuchać w ciszy naszej nauczycielki.

– Romowie około X wieku opuścili Indie i dotarli do dzisiejszej Syrii, tam podzielili się na dwie grupy. Jedna powędrowała do Europy, gdzie nazwano ich Cyganami, drudzy poszli w kierunku Afryki Północnej, tam określono ich mianem Egipcjan – tłumaczy tancerka, spacerując wzdłuż parkietu. – Dzisiaj wiele osób myśląc o tańcu romskim, kojarzy go z flamenco i z Romami z Hiszpanii. Mało kto wie, że istnieje też taniec Romów z Arabii, który jest wariacją tańca orientalnego „Raks Sharki” i flamenco w stylu arabskim. Symbolizował łączność człowieka z ziemią i niebem. Nie bez powodu, bo dla Roma kobieta od pasa w górę jest boska, od pasa w dół diabelska. Arabowie myślą trochę inaczej, mówią że dolna część jest ziemska. Tak więc twierdzimy, że klatka piersiowa łączy kobietę z niebem, miednica łączy ją z piekłem, tam też jest sekretny ogród. Pomiędzy piersiami i miednicą powstał taniec brzucha, który mylnie uważany jest za taniec erotyczny, bo tak naprawdę jest to taniec zmysłów. Zmysłowość to nic innego jak stan naszej duszy.



Lila myśli o swojej siostrze Perle, która mieszka we Włoszech i czuje się Arabką, podczas gdy ona od kilkunastu lat otwarcie mówi o sobie, że jest Romką. Spotyka dawnych znajomych z podstawówki, gimnazjum i liceum, którzy dziwią się, że niczego nie wiedzieli o jej ojcu. Na swoją przeszłość otworzyła się, gdy wyjechała na studia do Egipskiej Akademii Tańca w Nowym Jorku. Chodziła na kursy flamenco, taniec orientalny, dużo czytała o romskiej kulturze. Chciała dowiedzieć się, jakie elementy tańca Romowie zapożyczyli od Arabów, jakie z innych kultur. Aby wydobyć je z przeszłości, musiała uczyć się każdego z tańców z osobna. Pomagali jej w tym starsi ludzie, którzy tak jak ona nie mieli dzieci i szukali spadkobierców dla swojej wiedzy. Dzięki temu w Nowym Jorku, mieście emigrantów, trafiła na Ormiankę, która wskazała palcem na długą, czarną kreskę namalowaną konturówką do oczu na górnej powiece i wytłumaczyła: „Takie same kreski malują kobiety w Egipcie. Kiedy tańczysz musisz unieść dłoń do oka, po skosie, w taki sposób, żeby jej nie rozmazać. Ten ruch oznacza pytanie „Co się dzieje?”, ale niektórzy wierzą, że chroni ludzi przez złymi urokami. Potem Lila pojechała do Turcji, gdzie spotkała się z tureckim tancerzem Tayyarem Akdenizem, który jako dziecko mieszkał w romskiej dzielnicy i bawił się z romskimi dziećmi. Gdy przed nią stanął, zaczął dotykać dłonią drugiego ramienia od nadgarstków aż po pachę. „Kiedy Romka tańczy, mówi tym gestem mężczyźnie, że aż potąd chce złote bransoletki. Wyjdzie za niego za mąż dopiero gdy je dostanie” – powiedział. Lilę to olśniło: „Jasne, to zmienia zupełnie znaczenie.” Dowiedziała się też, że niektóre ruchy zostały zaczerpnięte z życia codziennego. Gdy zgiętym ramieniem robiła koło, pokazywała w ten sposób, że mieli kawę, a gdy rękoma zebranymi w piąstkę wykonywała ruch z góry na dół, znaczyło, że pierze ubranie. One wniosły wiele do techniki tanecznej, ale taniec to dużo więcej niż gesty. Nie wystarczy wszystkiego nazwać, aby poczuć świat.

Ana Paola


Ana wyjmuje z górnej szuflady biurka swoją ulubioną chustę w kolorze wina z doczepionymi trzema rzędami złotych monet. Bardzo mi się podoba, też taką chciałabym mieć. Obwiązuję ją wokół pasa i poruszam płynnie biodrami, a monety delikatnie brzęczą. Materiał i dodatki Ana wybrała z Lilą, która pomogła jej ją uszyć.

– Od razu zrozumiałam, że taniec romski trzeba tańczyć sercem, nie głową – mówi zdejmując chustę. Siada z powrotem w fotelu i zaczyna bawić się talarami. – Mnie nie było trudno otworzyć się na emocje, ale nie umiałam ich kontrolować, dlatego na początku moje ruchy były mało zgrabne. Lila mówiła, że dzieje się tak dlatego, bo jestem dużo bardziej rozwinięta emocjonalnie niż fizycznie. Bez problemu pokazuję uczucia, ale żeby wykonać jakiś ruch właściwie, muszę je okiełznać. W niektórych choreografiach prosiła, żebym się wyciszyła, bo brakowało mi równowagi w tańcu i robiłam krok w niewłaściwym kierunku. Dla mnie najtrudniejsze były te elementy, które mają coś wspólnego z tańcem brzucha, bo musiałam pokonać barierę związaną ze wstydem. Zajęło mi trochę czasu zanim dotarłam do tej części mnie związanej ze zmysłowością. Po około pół roku nauki tańca Lila stworzyła dla swoich uczennic grupę „Cyganie”. Zależało jej, żeby dziewczyny się rozwijały, poczuły pasję do tańca. Poza tym miały promować szkołę. Spotykały się z Lilą w soboty po południu, uczyła je choreografii. – Po raz pierwszy wystąpiłyśmy w Domu Kultury Lafayette. Chociaż miałam już doświadczenie w występach na scenie, ciężko było mi zatańczyć przed publicznością ten typ tańca, kojarzonego z uwodzeniem. Przez pierwsze pięć minut byłam naprawdę zdenerwowana, ale kiedy zaczęłyśmy tańczyć do znanej romskiej piosenki „Dili, Dili So Kerdian” („Szalona, szalona, co się dzieje”) , zapomniałam o strachu. Ten kawałek jest bardzo wesoły, uczy że powinnyśmy cieszyć się życiem i sprawił, że poczułam się szczęśliwa niczym mała dziewczynka biegająca po ogrodzie pełnym słodko pachnących kwiatów. Jest to taniec grupowy, wszystkie mniej więcej tak samo poruszamy biodrami i ramionami jak na wietrze, dzięki czemu czuje się, że tworzymy jedność.

Lekcja 3


Labrador podbiega do Lili, patrzy na nią i nie widząc zainteresowania swojej pani, chowa pysk w jej spódnicy. Tancerka traci na moment równowagę i śmiejąc się klepie go po grzbiecie. Psu ta odrobina czułości wystarcza, bo po chwili wybiega drugimi drzwiami prosto do ogrodu. W przejściu mija Beatriz, która przyjechała na zajęcia jak zawsze spóźniona, prosto z pracy. Przemyka przez salę i siada obok mnie w siadzie skrzyżnym. Słucha.



– Europejczykom, którzy zaczęli interesować się Bliskim Wschodem dopiero w XIX wieku, taniec orientalny wydał się oryginalny, bo bardzo różnił się od tańców europejskich. Zauważyli, że nie ma kroków, oparty jest na pracy kości i mięśni – mówi Lila i energicznie porusza ramionami oraz klatką piersiową, aby pokazać nam na czym polega magia tańca romskiego z Arabii. – Nie ma też choreografii, słucha się melodii i proponuje odpowiednie ruchy ciała. Dopiero od niedawna układa się narracje, ale taniec sam w sobie jest abstrakcją. Ty wiesz, co się z tobą dzieje i nieświadomie zmieniasz taniec, bo inaczej się poruszasz niż twój nauczyciel, co innego niż on czujesz. Możesz pokazać historię, ale nie musisz. Ludzie cały czas szukają interpretacji, jednak nie wszystko da się zinterpretować. W książkach z tamtego okresu można natrafić na opisy kobiet romskich, które poza tańcem, najprawdopodobniej z powodu biedy, oferowały mężczyznom również swoje ciała. Występowały też w kabaretach, które różnią się od teatrów. Gdy aktor występuje w teatrze jest szanowany, one tańczyły dla rozrywki. Przez to do tej pory, w niektórych krajach tancerki mają stygmat prostytutek. Później pojawiły się filmy hollywoodzkie, które wpłynęły na to, że taniec arabski zaczął być traktowany jako uwodzicielski, tańczony z myślą o mężczyźnie. Ja również nie jestem akceptowana przez społeczność romską – przyznaje Lila. – Co prawda kiedy założyłam grupę „Egiptanos”, z którą promujemy taniec romski w Meksyku, zachęcałam Romki do nauki u mnie, ale one uważały, że skoro są Romkami, to nie muszą się niczego uczyć. Tak więc Romowie tolerują mnie, bo poprzez taniec jestem ich ambasadorem, ale trzymają na dystans.

Nie mówi teraz wszystkiego. Lila zna język romski, bo miała męża Roma, jednak tamten związek nie udał się. Kuzyni chętnie przychodzą do jej domu na kawę, ale nie dopuszczają do rodzinnych sekretów, nie uważają, że jest jedną z nich. Przecież nie jest matką i nie może spłacić swojego długu wobec romskiej tradycji. „To nieprawda – myśli Lila. – Mam dzieci, moimi dziećmi są uczennice, którym przekazuję całą swoją wiedzę oraz wierzenia, aby przetrwały i nie umarły razem ze mną”. Lila włącza muzykę, staje do nas twarzą i podnosi ramiona do góry.

– Ten gest po arabsku oznacza świat, ale również życie. Każdy ma swój świat na swoją miarę i staje przed problemami, które może rozwiązać. Jeśli czegoś nie mógłby rozwiązać, one jemu by się nie przytrafiły – mówi, a przed moimi oczami od razu stają trudne momenty w moim życiu, których nie rozumiałam, nie umiałam zaakceptować, obrażałam się na los. – Nie zginajcie ramion w łokciach, tylko wykonajcie ten ruch według własnych proporcji, tak samo jak wasze życie powinno być proporcjonalne. Pamiętajcie o ułożeniu palców. Pierwszy palec jest pozytywny, drugi pozytywny, potem neutralny, negatywny i negatywny. Od was zależy, które palce połączycie i co w ten sposób powiecie. Jeśli chcecie powiedzieć mężczyźnie: „Poczekaj na mnie”, dotknijcie oba palce pozytywne.

Ana Paola



Ana pokazuje na swoim iPhonie zdjęcie z jednego z występów, na którym razem z koleżankami przygląda się białej sukience. Bardzo je lubi, bo fotografowi udało się uchwycić rozpacz na jej twarzy.

– To kawałek choreografii „Oczarowana”, który tańczyłyśmy z grupą „Cyganie”, tylko we trzy – uśmiecha się na wspomnienie. – Moja przyjaciółka Nubia grała najstarszą siostrę, Raisa średnią, ja najmłodszą. Byłyśmy w tym tańcu trzema romskimi siostrami i przygotowywałyśmy sukienkę dla panny młodej nie wiedząc, której z nas każą wyjść za mąż. Najpierw z sukienką tańczyła Nubia i za pomocą tańca chciała powiedzieć: „Jestem najstarsza i mało prawdopodobne, że mnie wybiorą”. Raisa tańcząc radośnie z suknią mówiła: „Moim marzeniem jest wyjść za mąż i nie może mnie to ominąć.” A moja postać pokazywała, że nie chcę wyjść za mąż z musu, chcę czegoś więcej, zakochać się i wyjść za mąż z miłości. Lila kazała nam improwizować wykorzystując elementy tańca, które już znałyśmy. Dramat tej postaci musiałam pokazać również wyrazem twarzy i gestami. Dlatego odsuwałam się od sukienki, robiłam krok do tyłu. Na końcu moje siostry ubrały mnie w suknię, aby pokazać, że to ja zostałam wybrana do ślubu. A ja tego nie chciałam, próbowałam ją zdjąć.

Muzyka była na żywo, zespół grał na gitarze, skrzypcach, saksofonie i kontrabasie, Lila śpiewała po romsku. Nagle skrzypce zagrały smutno i na Ane spłynęły emocje. Zdała sobie sprawę, że ludzie nie mają nad wszystkim w życiu kontroli, nie wszystko wybierają. Co prawda ona wybrała sobie mężczyznę, jednak gdzie indziej jakiejś kobiecie powiedzą, że nie może być z tym, którego kocha. Jej mama wyszła za mąż z miłości, ale owdowiała zanim Ana się urodziła. Można z dnia na dzień stracić wszystko, co się posiada. Gdy kończyła ten taniec, łzy spływały jej po policzkach.

Lekcja 4


Mężczyzna tworzy historię, kobieta buja w obłokach. Kobieta kocha niebo i ziemię, widzi więcej. Dlatego niebo i ziemia mówią, że podarują jej jeden taniec, aby z jego pomocą mogła opisać to co widzi. Nie może przy tym powiedzieć ani słowa. W ten sposób zrodził się taniec romski w Arabii, Romowie stamtąd przekazują sobie tę legendę z pokolenia na pokolenie.

Lila prosi, żebyśmy ustawiły się pod ścianą. Po chwili idziemy na lekko ugiętych nogach przed siebie obracając się wokół własnej osi. Najpierw unoszę głowę do góry, potem opuszczam ją do dołu. Mam wrażenie, że znów jestem dzieckiem i zataczałam w parku kółka, żeby choć na chwilę zakreciło mi się w głowie, poczuć trawę pod stopami, wiatr we włosach i zapatrzyć się w słońce. Moje serce zaczyna żywiej bić, mam ochotę, żeby ta chwila trwała jak najdłużej.

– Gdy spoglądacie w górę, widzicie niebo, a w dół piekło – tłumaczy przenosząc wzrok z sufitu w stronę podłogi. – Pamiętajcie, że taniec romski nie jest złożony z kroków, ja mówię o nim, że jest tańcem kaligraficznym. Składa się z linii prostej, okręgu, ósemki symbolizującej nieskończoność i spirali. Trzy są skrętem i tylko jedna to figura prosta. Linia mówi o cyklach, bo rodzisz się i umierasz. Okrąg jest obietnicą, że życie nigdy się nie zakończy.

Lila płynnie zatacza koło nadgarstkami, biodrami, klatką piersiową, szyją i głową, można odnieść wrażenie, że w ogóle nie ma kości.

– Spirala to życie, a czas nam dany nie jest linią prostą. Wystarczą te cztery podstawowe elementy, żeby stworzyć swoją własną choreografię – twierdzi. – Tak samo jak język, również ten taniec ma przecinki, czasowniki, kropki, rzeczowniki. Wszystko zależy od tego w jaki sposób każda z was weźmie do ręki długopis i zacznie nim pisać. Musisz położyć długopis na jednej części ciała by zdecydować, co chcesz z nią zrobić. Romowie mówią, że na prawej dłoni wyryta jest przeszłość, na lewej przyszłość, a więc obracając biodrami w lewą stronę mówisz o tym co będzie, w prawą o tym co było. Okrąg możesz zrobić dłońmi, ramionami, głową, tak jak czujesz. Potem przełóżcie długopis do oka i zacznijcie nim pisać, następnie połóżcie na biodrze i na piersiach. Na naszych zajęciach nauczę was tak tańczyć, abyście każdą częścią ciała mogły pisać jak długopisem.

Po chwili wprowadzam swoje ciało w płynny, przelewający się ruch. Odkrywam, że czuję się bezpieczna w otoczeniu innych kobiet, bo razem poszukujemy ukrytej w nas zmysłowości, chcemy nauczyć się swojego ciała. Poza tym one mnie nie oceniają, nie usłyszę od nich, że mój taniec jest nieprzyzwoity, jak i nie tańczę po to, żeby się komukolwiek spodobać. Robię to dla siebie.

Anna Paola



Słychać dzwonek do drzwi. Ana spogląda na zegarek i marszczy czoło, bo domyśla się, że właśnie przyszedł jej pacjent. Wychodzi po niego i prosi, żeby zaczekał na nią w poczekalni. Jeszcze nie chce kończyć rozmowy. Nie zdążyła powiedzieć, że dla niej taniec jest ważnym elementem życia. Pozwala jej uwolnić emocje, dzięki czemu ma cierpliwość dla swoich pacjentów i potrafi otworzyć się na ich problemy. Jest bardziej zadowolona z siebie, spokojna i ma lepsze relacje z bliskimi. Taniec to jej własna przestrzeń, a jako terapeutka uważa, że każdy powinien mieć coś swojego, czemu poświęca swój czas, może zagłębić się w siebie z dala od pracy oraz relacji z rodziną.

– Na zajęciach każda choreografia budzi we mnie coś nowego – zapewnia mnie. – Są to dla mnie doświadczenia spirytualne, było kilka momentów, które zmieniły mój sposób myślenia nie tylko o tym tańcu, ale i o mnie samej.


Więcej reportaży o tańcu w moim ebooku: "W rytmie ciała"

Jak żyć?

Z Eleną Poniatowską, polską księżniczką i największą reporterką w Meksyku, przeprowadziłam wywiad w jej domu w Mexico City.

- Jak żyć? - zapytałam.

- Należy żyć pamiętając, że nie jesteśmy sami na świecie, wokół nas też są ludzie, którzy mają swoje potrzeby i oczekiwania. Jeśli o tym zapomnimy, to zamkniemy się w sobie, nic innym z siebie nie damy, nic w nas nie zakwitnie.

Ale Meksyk!

Mój ebook "Ale Meksyk" został wybrany ebookiem roku. Zapraszam do czytania!


A jeśli interesuje was taniec, to mam drugą propozycję, ebooka "W rytmie ciała"

sobota, 1 grudnia 2012

Mozart w Londynie

W pracy nie odnajdywałem się. Po dwóch tygodniach Mo stwierdził, że za dużo czasu spędzam na zmywaniu garów i nie pomagam w przygotowywaniu dań. Innym razem nawrzeszczał „Za wolno pracujesz!” Albo: „Głupi jesteś, nic dziwnego, że spałeś na ulicy!” A harowałem ile się dało.



Bułat Okudżawa: Mozart po strunach przebiera, Struna muśnięta wibruje i drga...



Od dawna planował wyjechać do Anglii, aby jak mówi rozwijać się muzycznie. – Jako dziecko bardzo chciałem pójść do szkoły muzycznej, ale mieszkałem z rodzicami we wsi Popowo Kościelne, tata cały dzień pracował i nie miał czasu dowozić mnie do miasta. Później w Polsce nie miałem pieniędzy, żeby opłacić kurs dla dorosłych.

Miał siedem lat kiedy odkrył, że w kościele śpiewa o kwintę wyżej od innych, dzięki czemu pieśni brzmią harmonijniej. Potem zaczął wsłuchiwać się w odgłos organów i od tego dnia interesował się wszystkim, co ma klawisze. Sam nauczył się grać na pianinie. Rodzice kupili mu prosty keyboard, na nim skomponował swój pierwszy utwór – walczyka.
– Zrozumiałem, że urodziłem się kompozytorem – wspomina. – Potem dostałem komputer i odkryłem świat techniki, ale po kilku latach wróciłem do muzyki. Zacząłem szukać w internecie informacji o muzyce, wypożyczać książki o teorii muzycznej i harmonii.

W Polsce skończył dwuletnie studium informatyczne, potem ekonomiczne.
– Mój brat zaczął chodzić z córką dyrektora szkoły podstawowej, kiedyś naprawiłem mu komputer i powiedział, że w jego szkole potrzebny jest informatyk – mówi.

Dostał pracę jako opiekun dzieci w wieku 3-6 lat, w wolnych chwilach naprawiał szkolny sprzęt.
– Szalenie lubiłem pracę z dziećmi, bo miałem u nich autorytet. Jak pan Jarek krzyknął to musiały się słuchać!

Z myślą o wyjeździe za granicę poszedł na filologię angielską i jeszcze przed końcem pierwszego roku zarejestrował się w polskiej agencji jako au-pair.
– Wiedziałem, że będę musiał zostawić pracę w szkole, rodzinę, przyjaciół, ale potrzeba rozwoju była większa. W moim przekonaniu Londyn jest największą stolicą muzyczną Europy. Nawet Mozart był w Londynie. A ilu muzyków mieszkających w Polsce zostało wypromowanych na świecie?

Po jakimś czasie Jarek znalazł rodzinę, która go zechciała. Z 25 kilogramową torbą z książkami (głównie o muzyce) poleciał do Londynu.
– Realia mnie zaskoczyły – przyznaje. – Pojechałem na rok, a pierwsza rodzina wytrzymała ze mną trzy dni. Miałem opiekować się trzylatkiem, gotować i sprzątać.

Mama chłopca prowadziła własną firmę, całymi dniami siedziała zamknięta w swoim pokoju. Mieszkała z konkubinem w dużym domu, w którym wynajmowała pokoje dwóm dziewczynom z zagranicy.
– Pierwszego wieczora kąpałem małego, ale on nagle zaczął wrzeszczeć, w końcu zajęła się nim mama – opowiada. – Nazajutrz usłyszałem od niej, że kartofle za wolno obieram. Faktycznie strasznie gubiłem się w kuchni, jeszcze nie wiedziałem, gdzie jaki garnek stoi. Trzeciego dnia poszedłem z chłopcem i z jego mamą do przedszkola. Miałem go stamtąd odebrać, ale z moją orientacją w terenie, zgubiłem się.

Kiedy wrócił do domu wszyscy na niego czekali.
– Mama dziecka stwierdziła, że muszę wracać do Polski, bo nie ma do mnie nerwów. Niestety nie miałem pieniędzy na podróż, w ogóle nic nie zarobiłem.

Był zaskoczony kiedy dwie koleżanki, które razem z nim mieszkały, złożyły się na bilet lotniczy.


Bułat Okudżawa: Mozart ojczyzny dla nut nie wybiera żyje po prostu, to znaczy, że gra



Przed powrotem do Polski nawiązał kontakt z państwem Brown, którzy też szukali opiekuna do dzieci przez agencję. Rodzina mieszkała w drogiej dzielnicy na Robin Hood Way. Ojciec, John, był znanym rzeźbiarzem, jego żona pracowała w domu mody. Zaczął u nich pracę po wakacjach.
– Lubiłem bawić się z dziećmi i odrabiać z nimi lekcje, to taki nauczycielski nawyk.

Jeden z chłopców grał na saksofonie, trochę mu pomagałem. W końcu miał czas na doszkalanie się. Przeczytał tom „Zasady muzyki” Wesołowskiego o zapisie nutowym, potem kupił „Przewodnik po orkiestracji” po angielsku.
– Dla mnie samo czytanie było ekscytujące – twierdzi.

Niestety trzy razy w środku nocy obudził Johna, kiedy wracał z wychodnego. Próbował zamykać drzwi delikatnie, ale one trzaskały.
– John stwierdził, że to moja wina. Kiedy obudziłem go po raz kolejny, usiedliśmy w salonie i powiedział, że przegiąłem. Usłyszałem też, że z dzieciakami bawię się nieostrożnie, bo widział jak jeździliśmy na rowerach po ulicy. „Czasami nie myślisz” – podsumował. Czułem się winny, zgodziłem się wyprowadzić.

W cztery miesiące pracy udało mu się odłożyć pieniądze, więc postanowił zostać w Londynie. Nocował u Polaków, budowlańców, których poznał w polskim pubie na Ealing Broadway. Spał na łóżku jednego z nich, który w tym czasie wyjechał.
– Zacząłem wysyłać cv przez internet, chodziłem po pubach, pytałem o pracę dla informatyka, ale Anglicy wymagali ode mnie lokalnego papierka. Nawet zapisałem się do agencji jako asystent nauczyciela. Niestety nie mieli wolnego etatu.

Po tygodniu musiał zmienić lokum.
– Znalazłem ogłoszenie, że jacyś Polacy szukają współlokatora do mieszkania. Pokój kosztował 70 funtów tygodniowo, musiałem wyłożyć depozyt za miesiąc z góry. Niestety miałem tylko 280 funtów w kieszeni, resztę rozłożyli mi na raty. Po dwóch tygodniach kasa mi się skończyła, nie miałem na czynsz i współlokatorzy kazali mi się wyprowadzić. Jeszcze powiedzieli na pożegnanie: „Zrobiłeś nam świństwo”.

Nie miał dokąd iść. Kolega powiedział mu, że jedna Polka prowadzi hostel i wynajmuje pokoje za 60 funtów tygodniowo.
– Na miejscu okazało się, że za pokój bierze 120 funtów – mówi. – Budowlańcy z Polski, z którymi zamieniłem na korytarzu kilka zdań powiedzieli, że mnie przygarną. Dopiero wtedy właścicielka zgodziła się żebym płacił 60 funtów.

Jarkowi poszczęściło się. Jeden z nich zabrał go na zastępstwo na budowę, musiał zaszpachlować szpary w płocie.
– Był to chwiejny typ, uciekł z Polski, bo kogoś po pijaku poturbował i groziło mu więzienie. Podobne akcje zdarzały mu się w Anglii. Pewnie zabrał mnie ze sobą do pracy tylko dlatego, że musiał uregulować zaległe płatności z ciapatym, a nie znał angielskiego.

Po tygodniu Jarek został bez pieniędzy, musiał opuścić hostel.
– Ostatniego dnia zostawiłem tam bagaż i poszedłem przenocować do kolegi Darka – mówi. – Następnego dnia wróciłem po rzeczy a właścicielka policzyła mi 10 funtów więcej. „Jak nie zapłacisz to wezwę policję i powiem im, że okupujesz pokój” – powiedziała.

Darek, który jest menadżerem w sklepie z polską żywnością zapłacił za bilet powrotny Jarka swoją kartą kredytową.


Bułat Okudżawa: Ach, to nieważne, co będzie, a zresztą – losy i ciosy ukryte za mgłą



Jarek jest uparty i postanowił jeszcze raz wrócić do Anglii jako au-pair. W internecie znalazł nieznajomą rodzinę w okolicach Cambridge. Na bilet zarobił naprawiając kolegom komputery.
– Jenny i Richard mieli dwóch chłopców w wieku czterech i dziewięciu lat. Byłem ich pierwszym facetem au-pair. Już wiedziałem jak mam grać przed nimi, żeby byli zadowoleni z mojej pracy. To zajęcie bardziej przypomina służbę niż zajmowanie się dziećmi.

Jenny była nauczycielką muzyki. Wysłuchała utworów Jarka i stwierdziła: „Idziesz w dobrym kierunku”. W ramach ćwiczeń musiał przełożyć kwartet smyczkowy Mozarta na orkiestrację. Jednak po dwóch tygodniach usłyszał od niej, że nie czuje się dobrze, kiedy obcy facet kręci się po domu. Dała mu czas na znalezienie nowej rodziny. Jarek przez tę samą witrynę trafił na inne małżeństwo z północnego Londynu z siedmiorgiem dzieci.
– Z natury jestem odważny, więc do nich poszedłem – przyznaje.

Dzieci były w wieku od 9 miesięcy do 14 lat.
– Ich rodzice twierdzili, że wszystko da się z nimi załatwić. Powiedzieli, żebym czuł się u nich jak u siebie w domu, a ja wziąłem to na serio. Pomyślałem, że to będzie najlepsza rodzina, na jaką trafiłem.

Dzieci były samodzielne, ale po czterech dniach wezwano Jarka na rozmowę.
– Mama maluchów powiedziała, że już nie mam tej pracy. „Za wygodnie siedziałeś na sofie” – usłyszałem. – „Przy śniadaniu położyłeś łokcie na stole i zająłeś za dużo miejsca”. „Patrzyłeś na mój biust jak rozmawialiśmy”.

Przez kilka dni spał u Darka. W końcu zadzwonił do Bernadetty (pół Polki, pół Angielki), którą też poznał w polskim pubie. Pamiętał, że jej mama Polka, wynajmuje w domu wolne pokoje. Został jej przedstawiony. „Mój mąż narzeka na hałasy, więc już tego nie robimy – powiedziała. – Ale ponieważ córka ciebie zna, możesz zostać na noc”. Dostał pokoik na piętrze i nocował tam przez dwa tygodnie. W ciągu dnia roznosił życiorysy, wieczorem jadł kolację z panią Kazią, z którą się zaprzyjaźnili i przed powrotem jej męża szedł do swojego pokoiku.
– Dopiero po jakimś czasie jej mąż zorientował się, że tam jestem, ale nic nie powiedział. Tylko w soboty i niedziele miałem problem z noclegiem, bo ich rodzina przyjeżdżała do Londynu. Dwa weekendy spędziłem w autobusie. Najgorszy był ostatni, bo złapałem wtedy grypę i z gorączką jeździłem całą noc po mieście.

Usiadł o drugiej w nocy z tyłu autobusu i zasnął. W pewnym momencie usłyszał jak ktoś głośno po polsku mówi: „O kurwa, we śnie gościa ojebali!” Zerwał się na nogi. „Ja pierdzielę, nie mam plecaka” – zauważył. W plecaku miał wydrukowane cv i dwie książki o muzyce. Bardzo mu na tych książkach zależało, więc zapytał Polaków czy coś widzieli.
– No i cisza. Spytałem o to samo Angielkę, a ona wskazała mi na dwóch gości. „Oddajcie mi moją torbę” – powiedziałem i sięgnąłem po plecak, bo leżał pod krzesłem. A oni tylko: „Co się głupio gapisz?” Poszedłem na koniec autobusu, położyłem plecak pod głowę i zasnąłem.

Następnej nocy natknął się na ogłoszenie na ulicy, szukano kogoś do pracy w restauracji marokańskiej. Była trzecia nad ranem, ale postanowił zadzwonić.
– Byłem już zdecydowany wracać do Polski – przyznaje.

Jakiś męski głos spytał czy pracował kiedyś na kuchni. „Nie, ale szybko się uczę” – przyznał. Mężczyzna kazał mu przyjechać do restauracji następnego dnia. „Ok. biorę ciebie – powiedział właściciel jak tylko go zobaczył.
– Cały wieczór zmywałem gary. Po pracy jego dziewczyna Zora, też Marokanka, która nam pomagała, zapytała gdzie mieszkam. „Nigdzie” – odpowiedziałem. „To gdzie będziesz spać?” „Nie wiem”. Zora porozmawiała z Mo, moim nowym szefem i powiedziała, że mogę przenocować za darmo u niej w domu.

W mieszkaniu nie było gazu, bieżącej wody i nieszczelne okna. Razem z nimi mieszkał Mo i dwóch Jamajczyków.
– W pracy nie odnajdywałem się. Po dwóch tygodniach Mo stwierdził, że za dużo czasu spędzam na zmywaniu garów i nie pomagam w przygotowywaniu dań. Innym razem nawrzeszczał „Za wolno pracujesz!” Albo: „Głupi jesteś, nic dziwnego, że spałeś na ulicy!” A harowałem ile się dało.

Któregoś dnia Jamajczyk, który z nimi mieszkał wytłumaczył mu:
– Mo jest ćpunem, nieraz tłukł się z Zorą i musiałem jej pomóc. Kiedyś miał majątek i wszystko przećpał. Jedynie co mu zostało to ta restauracyjka.

Jarek wiedział, że długo w tej pracy nie wytrzyma i zaczął szukać innej. W końcu przyjęli go do hotelu.
– Mo zwolnił mnie zanim zdążyłem mu powiedzieć, że odchodzę. „Przez twoją pracę więcej straciłem niż zyskałem” – krzyczał i kazał mi posprzątać wszystkie zakamarki w kuchni.

Ostatniego dnia Jarek usłyszał, że ma oddać klucze od domu, w przeciwnym razie mu nie zapłaci.
– Zrobiłem co kazał, chociaż w mieszkaniu zostały moje rzeczy. Wieczorem zadzwoniłem do Jamajczyka i on wpuścił mnie do środka. Czytałem w swoim pokoju „Encyklopedię muzyczną”, kiedy wszedł Mo i zaczął się na mnie gapić. „Co tu robisz?” – spytał w końcu. „Śpię.” Weszła Zora. „Ty go tu wpuściłaś?” „Tak.” Zora pozwoliła mi zostać dwa tygodnie dłużej. Potem wynająłem pokój niedaleko pracy.

Bułat Okudżawa: Niech pan starań nie szczędzi, Maestro, Niechże do czoła przyłoży pan dłoń!




Hotel, w którym pracował był czterogwiazdkowy, miał cztery piętra, na każdym znajdowało się 80 pokoi. Jarek został przydzielony na room service. Donosił jedzenie z kuchni do pokoi gości.
– Na początku musiałem nauczyć się przygotowywać tacę z jedzeniem, a z natury jestem zapominalski… Team leader, który we wszystkim bardzo mi pomagał, zachorował, jego zastępcy widzieli, że sobie nie radzę. Do tego ta sytuacja z kanapką…

Miał zawieźć gościowi kanapkę. Pojechał do niego z wózkiem, podniósł pokrywkę i okazało się, że tacka jest pusta.
– Gość na mnie patrzy, ja na niego, w końcu zacząłem przepraszać. „Zaraz przyniosę pana kanapkę” – powiedziałem. On na to: „Ok.” Na drugi dzień przyszedł do mnie menadżer: „Był hałas o tę kanapkę, od tej pory będę cię obserwował.”

W czasie Wielkanocy Jarek musiał wziąć bezpłatny urlop. Z nudów sięgał po zeszyt do nut, spoglądał na sekwencje i przez sześć godzin wystukiwał palcami muzykę o blat.
– Po świętach menadżer przepytał mnie szczegółowo z regulaminu, czegoś nie wiedziałem. „Zapominasz o niektórych rzeczach, nie możemy kontynuować współpracy” – powiedział.

Znów został bez pracy. Z braku zajęcia poszedł do POSK-u (Polski Ośrodek Kulturalny) na otwarcie wystawy malarskiej. W pewnym momencie podszedł do niego Anglik i zaproponował przeprowadzenie kilkudniowego badania wśród Polaków na temat palenia papierosów. Płacił 80 funtów dziennie. Przy wywiadach pomagała mu Lucyna, która pracuje w „Cafe Nero”. Jednym z jej stałych klientów był pan Graham, dziennikarz freelancer. Od niedawna prowadził własną firmę. Zapytał Lucynę czy zna jakiegoś informatyka. „Znam, mogę ci przedstawić” – odpowiedziała.
– Umówiłem się z nim na wywiad o pracę – mówi Jarek. - Spodobałem mu się i przyjął mnie na okres próbny. W tym samym czasie zadzwonili do mnie z agencji i dali do opieki starszego, sparaliżowanego pana. Od rana zmieniałem mu pieluchę, masowałem żeby nie miał odleżyn, podcierałem, a po południu szedłem do biura. Zabawne, kiedy miałem te dwie prace odezwała się do mnie również inna agencja, chcieli dać mi pracę asystenta nauczyciela. Nawet Anglik od ankiet zadzwonił do mnie i zaproponował żebym za 100 funtów tygodniowo opiekował się jego pieskami, kiedy on będzie na wakacjach.

Od ponad roku Jarek pracuje jako informatyk. Zrezygnował z pracy opiekuna. Firma się rozrasta i niedawno dostał tytuł menadżera.
– Właśnie wróciłem ze szkolenia z Izraela, uczyłem później ludzi z biura nowego oprogramowania. O dziwo nawet się nie denerwowałem. Praca nauczyciela nauczyła mnie publicznie przemawiać, a po pobycie w Anglii łatwiej jest mi się wysłowić.

Cały czas myśli o szkole muzycznej. Niedawno kupił nowoczesne pianino cyfrowe M-Audio ProKeys 88 i poszedł na warsztaty muzyczne, aby spotkać kogoś z branży. Poznał trzech kompozytorów: Crispina, Richarda i Johna, komponują muzykę do filmów i reklam. Jeden z nich Chrystian, zaprosił go do swojego studio nagraniowego. Zgodził się przesłuchać płytę z muzyką Jarka. „Masz pasję i talent” – powiedział.
– Ucieszyłem się, nareszcie ktoś usłyszał w mojej muzyce to, co ja słyszę – stwierdza Jarek. – Zaczęliśmy się regularnie spotykać. Na początku byłem podejrzliwy, ale okazało się, że ma dziewczynę i moje wątpliwości rozwiały się.

Po miesiącu znajomości Chrystian zamówił u Jarka muzykę do programu sportowego. 14 minutowe nagranie napisał w dwa tygodnie.
– Puścili to w telewizji i będą z tego pieniądze – cieszy się.

Tekst ukazał się w "Dzienniku Katolickim" w Londynie