środa, 11 czerwca 2014

Sekretny Ogród (dla tych co kochają taniec)

Lekcja 1


– Nieraz od was słyszę: „Chcę zatańczyć dla mojego męża, bo jest znudzony naszym zawiązkiem”. Ale tutaj nie nauczycie się tańczyć jak Shakira, jeśli chcecie ruszać pupą i cyckami, to poszukajcie innego miejsca – mówi Lila Zellet Elias, tancerka i założycielka szkoły tańca romskiego w stylu arabskim „Mosharabia”.– Mój taniec jest niczym gra w bilard. Trzeba popchnąć kijkiem białą bilę, która rozbije inne kolorowe kulki i każda z nich wpadnie do dziurek. Jednak żeby tak się stało, musicie uważnie studiować schematy uderzeń, mieć dobrze opracowany plan, nauczyć się trzymać kijek we właściwy sposób, po czym z odpowiednią siłą nim uderzyć. Innymi słowy w tym tańcu pracujecie nad sztuką uwodzenia, jakbyście chciały ośmielić chłopca, żeby poprosił was do tańca. Musicie użyć szeregu gestów, a na to potrzeba czasu, cierpliwości, oddania ciała i duszy. Ale tak naprawdę, to wcale nie tańczycie dla niego.



Sala, w której odbywają się zajęcia, mieści się na piętrze kolonialnego domu w La Condesa, artystycznej dzielnicy Mexico City. Tutaj mieszkają malarze, swoje restauracje prowadzą znani aktorzy, a zadrzewionymi alejkami spaceruje z rasowymi psami młodzież w markowych ubraniach. Na lewo od wejścia do szkoły znajduje się gabinet wróżki Isaury, przed którym codziennie ustawiają się kolejki, a z kawiarni po przeciwnej stronie unosi się aromat świeżo zaparzonej kawy. Na wyłożonym kostką patio wylegują się koty, słychać szmer wody przelewającej się w kamiennej fontannie.

Tancerka staje przed lustrem szerokim na całą ścianę, poprawia ręką czerwoną spódnicę do kostek i zaczyna wykonywać harmonijne ruchy klatką piersiową. Najpierw w lewą, potem w prawą stronę, nie zapominając o płynnym ruchu ramion.

Na zajęcia przyszłam z Sandrą, znajomą Meksykanką, która pokazała mi gdzie sprzedają najlepsze tacos al pastor w mieście i cierpliwie ćwiczy ze mną hiszpańskie słówka. Podobnie jak inne uczennice, mamy na sobie długie, kolorowe spódnice przepasane chustami wokół bioder i naśladujemy naszą nauczycielkę w takt orientalnej muzyki zdominowanej przez dźwięk skrzypiec.

Lila wygina delikatnie nadgarstki do zewnątrz, potem do środka. Przypomina jej się tata Rom. Był tajemniczą postacią, umarł wcześnie i wie o nim tylko tyle, że do Meksyku przybył z Rosji przez Kubę. Tutaj poznał jej mamę, Meksykankę libijskiego pochodzenia. Lila od przedszkola chodziła ze starszą siostrą Perla na lekcje baletu, a gdy skończyła 14 lat zdała do szkoły tanecznej, gdzie poznała większość tańców tradycyjnych. Kulturą Bliskiego Wschodu oraz tańcem romskim pierwsza zafascynowała się Perla i właśnie ona nauczyła ją podstawowych ruchów. Ćwiczyły w ukryciu, bo przed nikim nie przyznawały się do swojego pochodzenia. Nie chciały. Przecież o Romach mówiło się, że są złodziejami.

Ana Paola



34-letnia Ana, jedna z uczennic tańca romskiego, zaprasza mnie do swojego gabinetu w Polanco, biznesowej części miasta. Jest wziętym psychiatrą, ale znalazła czas na spotkanie pomiędzy dwoma sesjami terapeutycznymi. Jej klientami są dobrze sytuowane panie domu, niezadowoleni z życia przedsiębiorcy, nastolatkowie, którym nie brakuje niczego, oprócz zainteresowania wiecznie zajętych rodziców. Pośrodku pokoju stoi rzeźbione dębowe biurko, w rogu dwa fotele, na białych ścianach wiszą dyplomy. Ana obejmuje mnie ramieniem na powitanie i z uśmiechając się prosi, żebym usiadła. Razem tańczyłyśmy, dzieliłyśmy emocje, nie jestem już dla niej obca. – Tańca romskiego uczę się od ośmiu lat – mówi, poprawiając ręką kasztanowe włosy do ramion i rozsiada się wygodnie w fotelu. – Mąż mojej siostry grał na gitarze w grupie tanecznej Lili „Egipcjanie” i któregoś dnia zapytał: „Dlaczego nie przyjdziesz na próbę i nas nie posłuchasz?” Pomyślałam: „Czemu nie?”. Nic nie wiedziałam o romskiej kulturze, poszłam żeby posłuchać muzyki. Lila po próbie podeszła do mnie i powiedziała: „Niedługo zacznę prowadzić lekcje tańca w moim domu, jeśli jesteś zainteresowana to dam ci o nich znać”. Odpowiedziałam: „Dobrze, to co widziałam bardzo mi się podobało”.

Ana zaczynała studia doktoranckie z psychoanalizy i wszyscy jej znajomi myśleli, że nie znajdzie czasu na taniec, że się nim szybko znudzi.

– W dzieciństwie tańczyłam balet i jazz, ale mnie nie zainteresowały. Z tańcem romskim stało się inaczej, wyzwolił we mnie silne emocje – przyznaje. – Pokochałam go już na pierwszych zajęciach, chyba dlatego, że mnie bawił i sprawiał, że czułam się wolna. Pamiętam jak Lila opowiadała o romskiej kulturze. Mówiła, że Romowie byli grupą zamkniętą, nie dzielili się z innymi swoimi zwyczajami. Pozycja kobiety była bardzo niska. Romki wychodziły za mąż wcześnie, mężowie byli dla nich wybierani. Kobiety samotne mogły prosić starszyznę o pozwolenie, żeby chodzić z rozpuszczonymi włosami, ale jak wychodziły za mąż, musiały je zakryć. Bez wątpienia kobieta romska najlepiej mogła wyrazić się poprzez taniec.

Lekcja 2


Lila ścisza muzykę i otwiera przeszklone do połowy drzwi, by wpuścić do środka więcej promieni słonecznych. Jej czarny jak węgiel labrador, od razu biegnie przez całą salę na rozległy taras i przegania kolibra, który zatrzymał się na chwilę przy glinianej donicy z ładnie przyciętym drzewkiem z drobnymi listkami. Po chwili merdając ogonem podchodzi do wysokiego mężczyzny z półdługimi włosami, który jest pochylony nad kartką papieru i maluje z pamięci swoją mamę, dumną Cygankę. Widząc psa głaszcze go po głowie, a na jego rękach zauważam błyszczące złote sygnety. Przyjechał do Meksyku na jakiś czas z Andaluzji. Lila widząc go uśmiecha się delikatnie, nie miałaby nic przeciwko temu, gdyby został. Zmęczone tańcem siadamy na drewnianej podłodze pod ścianą, aby wysłuchać w ciszy naszej nauczycielki.

– Romowie około X wieku opuścili Indie i dotarli do dzisiejszej Syrii, tam podzielili się na dwie grupy. Jedna powędrowała do Europy, gdzie nazwano ich Cyganami, drudzy poszli w kierunku Afryki Północnej, tam określono ich mianem Egipcjan – tłumaczy tancerka, spacerując wzdłuż parkietu. – Dzisiaj wiele osób myśląc o tańcu romskim, kojarzy go z flamenco i z Romami z Hiszpanii. Mało kto wie, że istnieje też taniec Romów z Arabii, który jest wariacją tańca orientalnego „Raks Sharki” i flamenco w stylu arabskim. Symbolizował łączność człowieka z ziemią i niebem. Nie bez powodu, bo dla Roma kobieta od pasa w górę jest boska, od pasa w dół diabelska. Arabowie myślą trochę inaczej, mówią że dolna część jest ziemska. Tak więc twierdzimy, że klatka piersiowa łączy kobietę z niebem, miednica łączy ją z piekłem, tam też jest sekretny ogród. Pomiędzy piersiami i miednicą powstał taniec brzucha, który mylnie uważany jest za taniec erotyczny, bo tak naprawdę jest to taniec zmysłów. Zmysłowość to nic innego jak stan naszej duszy.



Lila myśli o swojej siostrze Perle, która mieszka we Włoszech i czuje się Arabką, podczas gdy ona od kilkunastu lat otwarcie mówi o sobie, że jest Romką. Spotyka dawnych znajomych z podstawówki, gimnazjum i liceum, którzy dziwią się, że niczego nie wiedzieli o jej ojcu. Na swoją przeszłość otworzyła się, gdy wyjechała na studia do Egipskiej Akademii Tańca w Nowym Jorku. Chodziła na kursy flamenco, taniec orientalny, dużo czytała o romskiej kulturze. Chciała dowiedzieć się, jakie elementy tańca Romowie zapożyczyli od Arabów, jakie z innych kultur. Aby wydobyć je z przeszłości, musiała uczyć się każdego z tańców z osobna. Pomagali jej w tym starsi ludzie, którzy tak jak ona nie mieli dzieci i szukali spadkobierców dla swojej wiedzy. Dzięki temu w Nowym Jorku, mieście emigrantów, trafiła na Ormiankę, która wskazała palcem na długą, czarną kreskę namalowaną konturówką do oczu na górnej powiece i wytłumaczyła: „Takie same kreski malują kobiety w Egipcie. Kiedy tańczysz musisz unieść dłoń do oka, po skosie, w taki sposób, żeby jej nie rozmazać. Ten ruch oznacza pytanie „Co się dzieje?”, ale niektórzy wierzą, że chroni ludzi przez złymi urokami. Potem Lila pojechała do Turcji, gdzie spotkała się z tureckim tancerzem Tayyarem Akdenizem, który jako dziecko mieszkał w romskiej dzielnicy i bawił się z romskimi dziećmi. Gdy przed nią stanął, zaczął dotykać dłonią drugiego ramienia od nadgarstków aż po pachę. „Kiedy Romka tańczy, mówi tym gestem mężczyźnie, że aż potąd chce złote bransoletki. Wyjdzie za niego za mąż dopiero gdy je dostanie” – powiedział. Lilę to olśniło: „Jasne, to zmienia zupełnie znaczenie.” Dowiedziała się też, że niektóre ruchy zostały zaczerpnięte z życia codziennego. Gdy zgiętym ramieniem robiła koło, pokazywała w ten sposób, że mieli kawę, a gdy rękoma zebranymi w piąstkę wykonywała ruch z góry na dół, znaczyło, że pierze ubranie. One wniosły wiele do techniki tanecznej, ale taniec to dużo więcej niż gesty. Nie wystarczy wszystkiego nazwać, aby poczuć świat.

Ana Paola


Ana wyjmuje z górnej szuflady biurka swoją ulubioną chustę w kolorze wina z doczepionymi trzema rzędami złotych monet. Bardzo mi się podoba, też taką chciałabym mieć. Obwiązuję ją wokół pasa i poruszam płynnie biodrami, a monety delikatnie brzęczą. Materiał i dodatki Ana wybrała z Lilą, która pomogła jej ją uszyć.

– Od razu zrozumiałam, że taniec romski trzeba tańczyć sercem, nie głową – mówi zdejmując chustę. Siada z powrotem w fotelu i zaczyna bawić się talarami. – Mnie nie było trudno otworzyć się na emocje, ale nie umiałam ich kontrolować, dlatego na początku moje ruchy były mało zgrabne. Lila mówiła, że dzieje się tak dlatego, bo jestem dużo bardziej rozwinięta emocjonalnie niż fizycznie. Bez problemu pokazuję uczucia, ale żeby wykonać jakiś ruch właściwie, muszę je okiełznać. W niektórych choreografiach prosiła, żebym się wyciszyła, bo brakowało mi równowagi w tańcu i robiłam krok w niewłaściwym kierunku. Dla mnie najtrudniejsze były te elementy, które mają coś wspólnego z tańcem brzucha, bo musiałam pokonać barierę związaną ze wstydem. Zajęło mi trochę czasu zanim dotarłam do tej części mnie związanej ze zmysłowością. Po około pół roku nauki tańca Lila stworzyła dla swoich uczennic grupę „Cyganie”. Zależało jej, żeby dziewczyny się rozwijały, poczuły pasję do tańca. Poza tym miały promować szkołę. Spotykały się z Lilą w soboty po południu, uczyła je choreografii. – Po raz pierwszy wystąpiłyśmy w Domu Kultury Lafayette. Chociaż miałam już doświadczenie w występach na scenie, ciężko było mi zatańczyć przed publicznością ten typ tańca, kojarzonego z uwodzeniem. Przez pierwsze pięć minut byłam naprawdę zdenerwowana, ale kiedy zaczęłyśmy tańczyć do znanej romskiej piosenki „Dili, Dili So Kerdian” („Szalona, szalona, co się dzieje”) , zapomniałam o strachu. Ten kawałek jest bardzo wesoły, uczy że powinnyśmy cieszyć się życiem i sprawił, że poczułam się szczęśliwa niczym mała dziewczynka biegająca po ogrodzie pełnym słodko pachnących kwiatów. Jest to taniec grupowy, wszystkie mniej więcej tak samo poruszamy biodrami i ramionami jak na wietrze, dzięki czemu czuje się, że tworzymy jedność.

Lekcja 3


Labrador podbiega do Lili, patrzy na nią i nie widząc zainteresowania swojej pani, chowa pysk w jej spódnicy. Tancerka traci na moment równowagę i śmiejąc się klepie go po grzbiecie. Psu ta odrobina czułości wystarcza, bo po chwili wybiega drugimi drzwiami prosto do ogrodu. W przejściu mija Beatriz, która przyjechała na zajęcia jak zawsze spóźniona, prosto z pracy. Przemyka przez salę i siada obok mnie w siadzie skrzyżnym. Słucha.



– Europejczykom, którzy zaczęli interesować się Bliskim Wschodem dopiero w XIX wieku, taniec orientalny wydał się oryginalny, bo bardzo różnił się od tańców europejskich. Zauważyli, że nie ma kroków, oparty jest na pracy kości i mięśni – mówi Lila i energicznie porusza ramionami oraz klatką piersiową, aby pokazać nam na czym polega magia tańca romskiego z Arabii. – Nie ma też choreografii, słucha się melodii i proponuje odpowiednie ruchy ciała. Dopiero od niedawna układa się narracje, ale taniec sam w sobie jest abstrakcją. Ty wiesz, co się z tobą dzieje i nieświadomie zmieniasz taniec, bo inaczej się poruszasz niż twój nauczyciel, co innego niż on czujesz. Możesz pokazać historię, ale nie musisz. Ludzie cały czas szukają interpretacji, jednak nie wszystko da się zinterpretować. W książkach z tamtego okresu można natrafić na opisy kobiet romskich, które poza tańcem, najprawdopodobniej z powodu biedy, oferowały mężczyznom również swoje ciała. Występowały też w kabaretach, które różnią się od teatrów. Gdy aktor występuje w teatrze jest szanowany, one tańczyły dla rozrywki. Przez to do tej pory, w niektórych krajach tancerki mają stygmat prostytutek. Później pojawiły się filmy hollywoodzkie, które wpłynęły na to, że taniec arabski zaczął być traktowany jako uwodzicielski, tańczony z myślą o mężczyźnie. Ja również nie jestem akceptowana przez społeczność romską – przyznaje Lila. – Co prawda kiedy założyłam grupę „Egiptanos”, z którą promujemy taniec romski w Meksyku, zachęcałam Romki do nauki u mnie, ale one uważały, że skoro są Romkami, to nie muszą się niczego uczyć. Tak więc Romowie tolerują mnie, bo poprzez taniec jestem ich ambasadorem, ale trzymają na dystans.

Nie mówi teraz wszystkiego. Lila zna język romski, bo miała męża Roma, jednak tamten związek nie udał się. Kuzyni chętnie przychodzą do jej domu na kawę, ale nie dopuszczają do rodzinnych sekretów, nie uważają, że jest jedną z nich. Przecież nie jest matką i nie może spłacić swojego długu wobec romskiej tradycji. „To nieprawda – myśli Lila. – Mam dzieci, moimi dziećmi są uczennice, którym przekazuję całą swoją wiedzę oraz wierzenia, aby przetrwały i nie umarły razem ze mną”. Lila włącza muzykę, staje do nas twarzą i podnosi ramiona do góry.

– Ten gest po arabsku oznacza świat, ale również życie. Każdy ma swój świat na swoją miarę i staje przed problemami, które może rozwiązać. Jeśli czegoś nie mógłby rozwiązać, one jemu by się nie przytrafiły – mówi, a przed moimi oczami od razu stają trudne momenty w moim życiu, których nie rozumiałam, nie umiałam zaakceptować, obrażałam się na los. – Nie zginajcie ramion w łokciach, tylko wykonajcie ten ruch według własnych proporcji, tak samo jak wasze życie powinno być proporcjonalne. Pamiętajcie o ułożeniu palców. Pierwszy palec jest pozytywny, drugi pozytywny, potem neutralny, negatywny i negatywny. Od was zależy, które palce połączycie i co w ten sposób powiecie. Jeśli chcecie powiedzieć mężczyźnie: „Poczekaj na mnie”, dotknijcie oba palce pozytywne.

Ana Paola



Ana pokazuje na swoim iPhonie zdjęcie z jednego z występów, na którym razem z koleżankami przygląda się białej sukience. Bardzo je lubi, bo fotografowi udało się uchwycić rozpacz na jej twarzy.

– To kawałek choreografii „Oczarowana”, który tańczyłyśmy z grupą „Cyganie”, tylko we trzy – uśmiecha się na wspomnienie. – Moja przyjaciółka Nubia grała najstarszą siostrę, Raisa średnią, ja najmłodszą. Byłyśmy w tym tańcu trzema romskimi siostrami i przygotowywałyśmy sukienkę dla panny młodej nie wiedząc, której z nas każą wyjść za mąż. Najpierw z sukienką tańczyła Nubia i za pomocą tańca chciała powiedzieć: „Jestem najstarsza i mało prawdopodobne, że mnie wybiorą”. Raisa tańcząc radośnie z suknią mówiła: „Moim marzeniem jest wyjść za mąż i nie może mnie to ominąć.” A moja postać pokazywała, że nie chcę wyjść za mąż z musu, chcę czegoś więcej, zakochać się i wyjść za mąż z miłości. Lila kazała nam improwizować wykorzystując elementy tańca, które już znałyśmy. Dramat tej postaci musiałam pokazać również wyrazem twarzy i gestami. Dlatego odsuwałam się od sukienki, robiłam krok do tyłu. Na końcu moje siostry ubrały mnie w suknię, aby pokazać, że to ja zostałam wybrana do ślubu. A ja tego nie chciałam, próbowałam ją zdjąć.

Muzyka była na żywo, zespół grał na gitarze, skrzypcach, saksofonie i kontrabasie, Lila śpiewała po romsku. Nagle skrzypce zagrały smutno i na Ane spłynęły emocje. Zdała sobie sprawę, że ludzie nie mają nad wszystkim w życiu kontroli, nie wszystko wybierają. Co prawda ona wybrała sobie mężczyznę, jednak gdzie indziej jakiejś kobiecie powiedzą, że nie może być z tym, którego kocha. Jej mama wyszła za mąż z miłości, ale owdowiała zanim Ana się urodziła. Można z dnia na dzień stracić wszystko, co się posiada. Gdy kończyła ten taniec, łzy spływały jej po policzkach.

Lekcja 4


Mężczyzna tworzy historię, kobieta buja w obłokach. Kobieta kocha niebo i ziemię, widzi więcej. Dlatego niebo i ziemia mówią, że podarują jej jeden taniec, aby z jego pomocą mogła opisać to co widzi. Nie może przy tym powiedzieć ani słowa. W ten sposób zrodził się taniec romski w Arabii, Romowie stamtąd przekazują sobie tę legendę z pokolenia na pokolenie.

Lila prosi, żebyśmy ustawiły się pod ścianą. Po chwili idziemy na lekko ugiętych nogach przed siebie obracając się wokół własnej osi. Najpierw unoszę głowę do góry, potem opuszczam ją do dołu. Mam wrażenie, że znów jestem dzieckiem i zataczałam w parku kółka, żeby choć na chwilę zakreciło mi się w głowie, poczuć trawę pod stopami, wiatr we włosach i zapatrzyć się w słońce. Moje serce zaczyna żywiej bić, mam ochotę, żeby ta chwila trwała jak najdłużej.

– Gdy spoglądacie w górę, widzicie niebo, a w dół piekło – tłumaczy przenosząc wzrok z sufitu w stronę podłogi. – Pamiętajcie, że taniec romski nie jest złożony z kroków, ja mówię o nim, że jest tańcem kaligraficznym. Składa się z linii prostej, okręgu, ósemki symbolizującej nieskończoność i spirali. Trzy są skrętem i tylko jedna to figura prosta. Linia mówi o cyklach, bo rodzisz się i umierasz. Okrąg jest obietnicą, że życie nigdy się nie zakończy.

Lila płynnie zatacza koło nadgarstkami, biodrami, klatką piersiową, szyją i głową, można odnieść wrażenie, że w ogóle nie ma kości.

– Spirala to życie, a czas nam dany nie jest linią prostą. Wystarczą te cztery podstawowe elementy, żeby stworzyć swoją własną choreografię – twierdzi. – Tak samo jak język, również ten taniec ma przecinki, czasowniki, kropki, rzeczowniki. Wszystko zależy od tego w jaki sposób każda z was weźmie do ręki długopis i zacznie nim pisać. Musisz położyć długopis na jednej części ciała by zdecydować, co chcesz z nią zrobić. Romowie mówią, że na prawej dłoni wyryta jest przeszłość, na lewej przyszłość, a więc obracając biodrami w lewą stronę mówisz o tym co będzie, w prawą o tym co było. Okrąg możesz zrobić dłońmi, ramionami, głową, tak jak czujesz. Potem przełóżcie długopis do oka i zacznijcie nim pisać, następnie połóżcie na biodrze i na piersiach. Na naszych zajęciach nauczę was tak tańczyć, abyście każdą częścią ciała mogły pisać jak długopisem.

Po chwili wprowadzam swoje ciało w płynny, przelewający się ruch. Odkrywam, że czuję się bezpieczna w otoczeniu innych kobiet, bo razem poszukujemy ukrytej w nas zmysłowości, chcemy nauczyć się swojego ciała. Poza tym one mnie nie oceniają, nie usłyszę od nich, że mój taniec jest nieprzyzwoity, jak i nie tańczę po to, żeby się komukolwiek spodobać. Robię to dla siebie.

Anna Paola



Słychać dzwonek do drzwi. Ana spogląda na zegarek i marszczy czoło, bo domyśla się, że właśnie przyszedł jej pacjent. Wychodzi po niego i prosi, żeby zaczekał na nią w poczekalni. Jeszcze nie chce kończyć rozmowy. Nie zdążyła powiedzieć, że dla niej taniec jest ważnym elementem życia. Pozwala jej uwolnić emocje, dzięki czemu ma cierpliwość dla swoich pacjentów i potrafi otworzyć się na ich problemy. Jest bardziej zadowolona z siebie, spokojna i ma lepsze relacje z bliskimi. Taniec to jej własna przestrzeń, a jako terapeutka uważa, że każdy powinien mieć coś swojego, czemu poświęca swój czas, może zagłębić się w siebie z dala od pracy oraz relacji z rodziną.

– Na zajęciach każda choreografia budzi we mnie coś nowego – zapewnia mnie. – Są to dla mnie doświadczenia spirytualne, było kilka momentów, które zmieniły mój sposób myślenia nie tylko o tym tańcu, ale i o mnie samej.


Więcej reportaży o tańcu w moim ebooku: "W rytmie ciała"

Jak żyć?

Z Eleną Poniatowską, polską księżniczką i największą reporterką w Meksyku, przeprowadziłam wywiad w jej domu w Mexico City.

- Jak żyć? - zapytałam.

- Należy żyć pamiętając, że nie jesteśmy sami na świecie, wokół nas też są ludzie, którzy mają swoje potrzeby i oczekiwania. Jeśli o tym zapomnimy, to zamkniemy się w sobie, nic innym z siebie nie damy, nic w nas nie zakwitnie.

Ale Meksyk!

Mój ebook "Ale Meksyk" został wybrany ebookiem roku. Zapraszam do czytania!


A jeśli interesuje was taniec, to mam drugą propozycję, ebooka "W rytmie ciała"

sobota, 1 grudnia 2012

Mozart w Londynie

W pracy nie odnajdywałem się. Po dwóch tygodniach Mo stwierdził, że za dużo czasu spędzam na zmywaniu garów i nie pomagam w przygotowywaniu dań. Innym razem nawrzeszczał „Za wolno pracujesz!” Albo: „Głupi jesteś, nic dziwnego, że spałeś na ulicy!” A harowałem ile się dało.



Bułat Okudżawa: Mozart po strunach przebiera, Struna muśnięta wibruje i drga...



Od dawna planował wyjechać do Anglii, aby jak mówi rozwijać się muzycznie. – Jako dziecko bardzo chciałem pójść do szkoły muzycznej, ale mieszkałem z rodzicami we wsi Popowo Kościelne, tata cały dzień pracował i nie miał czasu dowozić mnie do miasta. Później w Polsce nie miałem pieniędzy, żeby opłacić kurs dla dorosłych.

Miał siedem lat kiedy odkrył, że w kościele śpiewa o kwintę wyżej od innych, dzięki czemu pieśni brzmią harmonijniej. Potem zaczął wsłuchiwać się w odgłos organów i od tego dnia interesował się wszystkim, co ma klawisze. Sam nauczył się grać na pianinie. Rodzice kupili mu prosty keyboard, na nim skomponował swój pierwszy utwór – walczyka.
– Zrozumiałem, że urodziłem się kompozytorem – wspomina. – Potem dostałem komputer i odkryłem świat techniki, ale po kilku latach wróciłem do muzyki. Zacząłem szukać w internecie informacji o muzyce, wypożyczać książki o teorii muzycznej i harmonii.

W Polsce skończył dwuletnie studium informatyczne, potem ekonomiczne.
– Mój brat zaczął chodzić z córką dyrektora szkoły podstawowej, kiedyś naprawiłem mu komputer i powiedział, że w jego szkole potrzebny jest informatyk – mówi.

Dostał pracę jako opiekun dzieci w wieku 3-6 lat, w wolnych chwilach naprawiał szkolny sprzęt.
– Szalenie lubiłem pracę z dziećmi, bo miałem u nich autorytet. Jak pan Jarek krzyknął to musiały się słuchać!

Z myślą o wyjeździe za granicę poszedł na filologię angielską i jeszcze przed końcem pierwszego roku zarejestrował się w polskiej agencji jako au-pair.
– Wiedziałem, że będę musiał zostawić pracę w szkole, rodzinę, przyjaciół, ale potrzeba rozwoju była większa. W moim przekonaniu Londyn jest największą stolicą muzyczną Europy. Nawet Mozart był w Londynie. A ilu muzyków mieszkających w Polsce zostało wypromowanych na świecie?

Po jakimś czasie Jarek znalazł rodzinę, która go zechciała. Z 25 kilogramową torbą z książkami (głównie o muzyce) poleciał do Londynu.
– Realia mnie zaskoczyły – przyznaje. – Pojechałem na rok, a pierwsza rodzina wytrzymała ze mną trzy dni. Miałem opiekować się trzylatkiem, gotować i sprzątać.

Mama chłopca prowadziła własną firmę, całymi dniami siedziała zamknięta w swoim pokoju. Mieszkała z konkubinem w dużym domu, w którym wynajmowała pokoje dwóm dziewczynom z zagranicy.
– Pierwszego wieczora kąpałem małego, ale on nagle zaczął wrzeszczeć, w końcu zajęła się nim mama – opowiada. – Nazajutrz usłyszałem od niej, że kartofle za wolno obieram. Faktycznie strasznie gubiłem się w kuchni, jeszcze nie wiedziałem, gdzie jaki garnek stoi. Trzeciego dnia poszedłem z chłopcem i z jego mamą do przedszkola. Miałem go stamtąd odebrać, ale z moją orientacją w terenie, zgubiłem się.

Kiedy wrócił do domu wszyscy na niego czekali.
– Mama dziecka stwierdziła, że muszę wracać do Polski, bo nie ma do mnie nerwów. Niestety nie miałem pieniędzy na podróż, w ogóle nic nie zarobiłem.

Był zaskoczony kiedy dwie koleżanki, które razem z nim mieszkały, złożyły się na bilet lotniczy.


Bułat Okudżawa: Mozart ojczyzny dla nut nie wybiera żyje po prostu, to znaczy, że gra



Przed powrotem do Polski nawiązał kontakt z państwem Brown, którzy też szukali opiekuna do dzieci przez agencję. Rodzina mieszkała w drogiej dzielnicy na Robin Hood Way. Ojciec, John, był znanym rzeźbiarzem, jego żona pracowała w domu mody. Zaczął u nich pracę po wakacjach.
– Lubiłem bawić się z dziećmi i odrabiać z nimi lekcje, to taki nauczycielski nawyk.

Jeden z chłopców grał na saksofonie, trochę mu pomagałem. W końcu miał czas na doszkalanie się. Przeczytał tom „Zasady muzyki” Wesołowskiego o zapisie nutowym, potem kupił „Przewodnik po orkiestracji” po angielsku.
– Dla mnie samo czytanie było ekscytujące – twierdzi.

Niestety trzy razy w środku nocy obudził Johna, kiedy wracał z wychodnego. Próbował zamykać drzwi delikatnie, ale one trzaskały.
– John stwierdził, że to moja wina. Kiedy obudziłem go po raz kolejny, usiedliśmy w salonie i powiedział, że przegiąłem. Usłyszałem też, że z dzieciakami bawię się nieostrożnie, bo widział jak jeździliśmy na rowerach po ulicy. „Czasami nie myślisz” – podsumował. Czułem się winny, zgodziłem się wyprowadzić.

W cztery miesiące pracy udało mu się odłożyć pieniądze, więc postanowił zostać w Londynie. Nocował u Polaków, budowlańców, których poznał w polskim pubie na Ealing Broadway. Spał na łóżku jednego z nich, który w tym czasie wyjechał.
– Zacząłem wysyłać cv przez internet, chodziłem po pubach, pytałem o pracę dla informatyka, ale Anglicy wymagali ode mnie lokalnego papierka. Nawet zapisałem się do agencji jako asystent nauczyciela. Niestety nie mieli wolnego etatu.

Po tygodniu musiał zmienić lokum.
– Znalazłem ogłoszenie, że jacyś Polacy szukają współlokatora do mieszkania. Pokój kosztował 70 funtów tygodniowo, musiałem wyłożyć depozyt za miesiąc z góry. Niestety miałem tylko 280 funtów w kieszeni, resztę rozłożyli mi na raty. Po dwóch tygodniach kasa mi się skończyła, nie miałem na czynsz i współlokatorzy kazali mi się wyprowadzić. Jeszcze powiedzieli na pożegnanie: „Zrobiłeś nam świństwo”.

Nie miał dokąd iść. Kolega powiedział mu, że jedna Polka prowadzi hostel i wynajmuje pokoje za 60 funtów tygodniowo.
– Na miejscu okazało się, że za pokój bierze 120 funtów – mówi. – Budowlańcy z Polski, z którymi zamieniłem na korytarzu kilka zdań powiedzieli, że mnie przygarną. Dopiero wtedy właścicielka zgodziła się żebym płacił 60 funtów.

Jarkowi poszczęściło się. Jeden z nich zabrał go na zastępstwo na budowę, musiał zaszpachlować szpary w płocie.
– Był to chwiejny typ, uciekł z Polski, bo kogoś po pijaku poturbował i groziło mu więzienie. Podobne akcje zdarzały mu się w Anglii. Pewnie zabrał mnie ze sobą do pracy tylko dlatego, że musiał uregulować zaległe płatności z ciapatym, a nie znał angielskiego.

Po tygodniu Jarek został bez pieniędzy, musiał opuścić hostel.
– Ostatniego dnia zostawiłem tam bagaż i poszedłem przenocować do kolegi Darka – mówi. – Następnego dnia wróciłem po rzeczy a właścicielka policzyła mi 10 funtów więcej. „Jak nie zapłacisz to wezwę policję i powiem im, że okupujesz pokój” – powiedziała.

Darek, który jest menadżerem w sklepie z polską żywnością zapłacił za bilet powrotny Jarka swoją kartą kredytową.


Bułat Okudżawa: Ach, to nieważne, co będzie, a zresztą – losy i ciosy ukryte za mgłą



Jarek jest uparty i postanowił jeszcze raz wrócić do Anglii jako au-pair. W internecie znalazł nieznajomą rodzinę w okolicach Cambridge. Na bilet zarobił naprawiając kolegom komputery.
– Jenny i Richard mieli dwóch chłopców w wieku czterech i dziewięciu lat. Byłem ich pierwszym facetem au-pair. Już wiedziałem jak mam grać przed nimi, żeby byli zadowoleni z mojej pracy. To zajęcie bardziej przypomina służbę niż zajmowanie się dziećmi.

Jenny była nauczycielką muzyki. Wysłuchała utworów Jarka i stwierdziła: „Idziesz w dobrym kierunku”. W ramach ćwiczeń musiał przełożyć kwartet smyczkowy Mozarta na orkiestrację. Jednak po dwóch tygodniach usłyszał od niej, że nie czuje się dobrze, kiedy obcy facet kręci się po domu. Dała mu czas na znalezienie nowej rodziny. Jarek przez tę samą witrynę trafił na inne małżeństwo z północnego Londynu z siedmiorgiem dzieci.
– Z natury jestem odważny, więc do nich poszedłem – przyznaje.

Dzieci były w wieku od 9 miesięcy do 14 lat.
– Ich rodzice twierdzili, że wszystko da się z nimi załatwić. Powiedzieli, żebym czuł się u nich jak u siebie w domu, a ja wziąłem to na serio. Pomyślałem, że to będzie najlepsza rodzina, na jaką trafiłem.

Dzieci były samodzielne, ale po czterech dniach wezwano Jarka na rozmowę.
– Mama maluchów powiedziała, że już nie mam tej pracy. „Za wygodnie siedziałeś na sofie” – usłyszałem. – „Przy śniadaniu położyłeś łokcie na stole i zająłeś za dużo miejsca”. „Patrzyłeś na mój biust jak rozmawialiśmy”.

Przez kilka dni spał u Darka. W końcu zadzwonił do Bernadetty (pół Polki, pół Angielki), którą też poznał w polskim pubie. Pamiętał, że jej mama Polka, wynajmuje w domu wolne pokoje. Został jej przedstawiony. „Mój mąż narzeka na hałasy, więc już tego nie robimy – powiedziała. – Ale ponieważ córka ciebie zna, możesz zostać na noc”. Dostał pokoik na piętrze i nocował tam przez dwa tygodnie. W ciągu dnia roznosił życiorysy, wieczorem jadł kolację z panią Kazią, z którą się zaprzyjaźnili i przed powrotem jej męża szedł do swojego pokoiku.
– Dopiero po jakimś czasie jej mąż zorientował się, że tam jestem, ale nic nie powiedział. Tylko w soboty i niedziele miałem problem z noclegiem, bo ich rodzina przyjeżdżała do Londynu. Dwa weekendy spędziłem w autobusie. Najgorszy był ostatni, bo złapałem wtedy grypę i z gorączką jeździłem całą noc po mieście.

Usiadł o drugiej w nocy z tyłu autobusu i zasnął. W pewnym momencie usłyszał jak ktoś głośno po polsku mówi: „O kurwa, we śnie gościa ojebali!” Zerwał się na nogi. „Ja pierdzielę, nie mam plecaka” – zauważył. W plecaku miał wydrukowane cv i dwie książki o muzyce. Bardzo mu na tych książkach zależało, więc zapytał Polaków czy coś widzieli.
– No i cisza. Spytałem o to samo Angielkę, a ona wskazała mi na dwóch gości. „Oddajcie mi moją torbę” – powiedziałem i sięgnąłem po plecak, bo leżał pod krzesłem. A oni tylko: „Co się głupio gapisz?” Poszedłem na koniec autobusu, położyłem plecak pod głowę i zasnąłem.

Następnej nocy natknął się na ogłoszenie na ulicy, szukano kogoś do pracy w restauracji marokańskiej. Była trzecia nad ranem, ale postanowił zadzwonić.
– Byłem już zdecydowany wracać do Polski – przyznaje.

Jakiś męski głos spytał czy pracował kiedyś na kuchni. „Nie, ale szybko się uczę” – przyznał. Mężczyzna kazał mu przyjechać do restauracji następnego dnia. „Ok. biorę ciebie – powiedział właściciel jak tylko go zobaczył.
– Cały wieczór zmywałem gary. Po pracy jego dziewczyna Zora, też Marokanka, która nam pomagała, zapytała gdzie mieszkam. „Nigdzie” – odpowiedziałem. „To gdzie będziesz spać?” „Nie wiem”. Zora porozmawiała z Mo, moim nowym szefem i powiedziała, że mogę przenocować za darmo u niej w domu.

W mieszkaniu nie było gazu, bieżącej wody i nieszczelne okna. Razem z nimi mieszkał Mo i dwóch Jamajczyków.
– W pracy nie odnajdywałem się. Po dwóch tygodniach Mo stwierdził, że za dużo czasu spędzam na zmywaniu garów i nie pomagam w przygotowywaniu dań. Innym razem nawrzeszczał „Za wolno pracujesz!” Albo: „Głupi jesteś, nic dziwnego, że spałeś na ulicy!” A harowałem ile się dało.

Któregoś dnia Jamajczyk, który z nimi mieszkał wytłumaczył mu:
– Mo jest ćpunem, nieraz tłukł się z Zorą i musiałem jej pomóc. Kiedyś miał majątek i wszystko przećpał. Jedynie co mu zostało to ta restauracyjka.

Jarek wiedział, że długo w tej pracy nie wytrzyma i zaczął szukać innej. W końcu przyjęli go do hotelu.
– Mo zwolnił mnie zanim zdążyłem mu powiedzieć, że odchodzę. „Przez twoją pracę więcej straciłem niż zyskałem” – krzyczał i kazał mi posprzątać wszystkie zakamarki w kuchni.

Ostatniego dnia Jarek usłyszał, że ma oddać klucze od domu, w przeciwnym razie mu nie zapłaci.
– Zrobiłem co kazał, chociaż w mieszkaniu zostały moje rzeczy. Wieczorem zadzwoniłem do Jamajczyka i on wpuścił mnie do środka. Czytałem w swoim pokoju „Encyklopedię muzyczną”, kiedy wszedł Mo i zaczął się na mnie gapić. „Co tu robisz?” – spytał w końcu. „Śpię.” Weszła Zora. „Ty go tu wpuściłaś?” „Tak.” Zora pozwoliła mi zostać dwa tygodnie dłużej. Potem wynająłem pokój niedaleko pracy.

Bułat Okudżawa: Niech pan starań nie szczędzi, Maestro, Niechże do czoła przyłoży pan dłoń!




Hotel, w którym pracował był czterogwiazdkowy, miał cztery piętra, na każdym znajdowało się 80 pokoi. Jarek został przydzielony na room service. Donosił jedzenie z kuchni do pokoi gości.
– Na początku musiałem nauczyć się przygotowywać tacę z jedzeniem, a z natury jestem zapominalski… Team leader, który we wszystkim bardzo mi pomagał, zachorował, jego zastępcy widzieli, że sobie nie radzę. Do tego ta sytuacja z kanapką…

Miał zawieźć gościowi kanapkę. Pojechał do niego z wózkiem, podniósł pokrywkę i okazało się, że tacka jest pusta.
– Gość na mnie patrzy, ja na niego, w końcu zacząłem przepraszać. „Zaraz przyniosę pana kanapkę” – powiedziałem. On na to: „Ok.” Na drugi dzień przyszedł do mnie menadżer: „Był hałas o tę kanapkę, od tej pory będę cię obserwował.”

W czasie Wielkanocy Jarek musiał wziąć bezpłatny urlop. Z nudów sięgał po zeszyt do nut, spoglądał na sekwencje i przez sześć godzin wystukiwał palcami muzykę o blat.
– Po świętach menadżer przepytał mnie szczegółowo z regulaminu, czegoś nie wiedziałem. „Zapominasz o niektórych rzeczach, nie możemy kontynuować współpracy” – powiedział.

Znów został bez pracy. Z braku zajęcia poszedł do POSK-u (Polski Ośrodek Kulturalny) na otwarcie wystawy malarskiej. W pewnym momencie podszedł do niego Anglik i zaproponował przeprowadzenie kilkudniowego badania wśród Polaków na temat palenia papierosów. Płacił 80 funtów dziennie. Przy wywiadach pomagała mu Lucyna, która pracuje w „Cafe Nero”. Jednym z jej stałych klientów był pan Graham, dziennikarz freelancer. Od niedawna prowadził własną firmę. Zapytał Lucynę czy zna jakiegoś informatyka. „Znam, mogę ci przedstawić” – odpowiedziała.
– Umówiłem się z nim na wywiad o pracę – mówi Jarek. - Spodobałem mu się i przyjął mnie na okres próbny. W tym samym czasie zadzwonili do mnie z agencji i dali do opieki starszego, sparaliżowanego pana. Od rana zmieniałem mu pieluchę, masowałem żeby nie miał odleżyn, podcierałem, a po południu szedłem do biura. Zabawne, kiedy miałem te dwie prace odezwała się do mnie również inna agencja, chcieli dać mi pracę asystenta nauczyciela. Nawet Anglik od ankiet zadzwonił do mnie i zaproponował żebym za 100 funtów tygodniowo opiekował się jego pieskami, kiedy on będzie na wakacjach.

Od ponad roku Jarek pracuje jako informatyk. Zrezygnował z pracy opiekuna. Firma się rozrasta i niedawno dostał tytuł menadżera.
– Właśnie wróciłem ze szkolenia z Izraela, uczyłem później ludzi z biura nowego oprogramowania. O dziwo nawet się nie denerwowałem. Praca nauczyciela nauczyła mnie publicznie przemawiać, a po pobycie w Anglii łatwiej jest mi się wysłowić.

Cały czas myśli o szkole muzycznej. Niedawno kupił nowoczesne pianino cyfrowe M-Audio ProKeys 88 i poszedł na warsztaty muzyczne, aby spotkać kogoś z branży. Poznał trzech kompozytorów: Crispina, Richarda i Johna, komponują muzykę do filmów i reklam. Jeden z nich Chrystian, zaprosił go do swojego studio nagraniowego. Zgodził się przesłuchać płytę z muzyką Jarka. „Masz pasję i talent” – powiedział.
– Ucieszyłem się, nareszcie ktoś usłyszał w mojej muzyce to, co ja słyszę – stwierdza Jarek. – Zaczęliśmy się regularnie spotykać. Na początku byłem podejrzliwy, ale okazało się, że ma dziewczynę i moje wątpliwości rozwiały się.

Po miesiącu znajomości Chrystian zamówił u Jarka muzykę do programu sportowego. 14 minutowe nagranie napisał w dwa tygodnie.
– Puścili to w telewizji i będą z tego pieniądze – cieszy się.

Tekst ukazał się w "Dzienniku Katolickim" w Londynie

czwartek, 26 kwietnia 2012

Koledzy z Haiti

10-milionowe Haiti położone na wyspach na Morzu Karaibskim, jest jednym z najbiedniejszych krajów na świecie. 12 stycznia 2010 państwo nawiedziło trzęsienie ziemi o sile 7 stopni w skali Richtera. Zginęło 316 tysięcy osób, 350 tysięcy odniosło rany, półtora miliona zostało bez domów.

Joseph Jackson, 36 lat

Mogła być 17:00 kiedy to się stało. Byłem na dachu, tam była siłownia i podnosiłem ciężary, co po mnie chyba widać. Nagle się coś poruszyło, to dach się poruszył. Jeden odważnik przeleciał obok mojej nogi, a ja nadal robiłem swoje, bo nigdy wcześniej coś takiego mi się nie przytrafiło. Odwróciłem głowę i zobaczyłem, że kolega zeskakuje z dachu, potem drugi skacze, trzeci skacze. Pomyślałem: „Co się dzieje?”. I też zeskoczyłem. Dobrze, że to było tylko drugie piętro. Znajomy złamał nogę, mi się nic nie stało.

Stanęliśmy na środku drogi. Ziemia trzęsła się, myślałem że to koniec świata. Rozejrzałem się dookoła, ale nic nie zobaczyłem, sam kurz. Unosił się w powietrzu przez jakieś 20 minut, albo i dłużej. Kiedy przestało trząść i kurz zniknął, ruszyłem przed siebie. To co widziałem jest nie do opisania. Samochody były poprzewracane, drzewa połamane. Na Haiti domy buduje się bardzo blisko siebie, wszystkie zawaliły się. Ludzie wychodzili z nich a to bez ramienia, a to bez nogi, po prostu obrzydliwość. Minąłem budynek, który z przodu nie miał ściany. W środku mężczyzna był przyciśnięty przez mebel, miał otwarte oczy. Już nie żył.

Dzielnica, w której mieszkaliśmy z rodzicami, nie została zniszczona, straciliśmy tylko prąd i wodę. Ale nie chcieliśmy spać w domu, bo co kilkanaście sekund ziemia ruszała się. Ludzie ze strachu krzyczeli, ja też. W nocy wyszliśmy z sąsiadami na ulicę, rozłożyliśmy koce i zawiesiliśmy latarkę na kiju. Dodatkowo wyznaczyliśmy dziesięciu facetów, którzy chodzili po okolicy i pilnowali, żeby nie zbliżył się do nas jakiś złodziej. Później dowiedzieliśmy się, że zostało zniszczone więzienie, więźniowie uciekli i napadali na innych, to było szalone. Zorganizowaliśmy naradę i pożyczyliśmy od znajomego policjanta pistolet. Gdyby ktoś chciał nas okraść, albo kogoś zgwałcić, miałby problem. W dzielnicy obok złapali złodzieja. Nałożyli na niego oponę samochodową, rozlali benzynę a na koniec podpalili.

Następnego dnia przylecieli żołnierze z USA, aby nam pomóc, ale tak naprawdę niewiele mogli zrobić, było za wielu zabitych. Nasi też pomagali szukać rannych, ja nie dałem rady... Byłem zagubiony i niczemu nie ufałem. Przez kilka dni nie mogłem jeść i nie mogłem spać. Rzadko opuszczałem naszą dzielnicę, bo u nas jeszcze było jako tako. Gdzie indziej przez trzy tygodnie, albo i dłużej czuło się zapach ciał. Do niektórych miejsc nie można było wejść, bo smród był nie do zniesienia.

Do Mexico City przyleciałem w grudniu 2010, bo tutaj mieszkał mój kuzyn i załatwił dla mnie wizę humanitarną. Przyjechałem bez pieniędzy, z jedną walizką, w walizce były ubrania. Wprowadziłem się do kuzyna, ale nie było mi łatwo zamieszkać w jego mieszkaniu, potrzebowałem czasu, żeby się przyzwyczaić. Na Haiti mój dom był parterowy, a ten tutaj ma kilka pięter. No i bałem się, bo u nas był uniwersytet co miał sześć tysięcy studentów, a jak zaczęło trząść to piętra zrobiły „bum”! Nikt nie przeżył.

W Meksyku czuję się okay, mogłby być lepiej, ale nie jest. Zaskoczyło mnie, że miasto jest aż tak olbrzymie i łatwo można się zgubić. Raz miałem spotkać się z kumplem na południu Mexico. Autobusy tutaj przyczepiają do szyby tabliczki z nazwami miejsc przez które jadą. Wsiadłem do autobusu i powiedziałem kierowcy, gdzie chcę wysiąść, chyba zrozumiał. Po godzinie zatrzymał się i zaczął machać na mnie ręką. Popatrzyłem przez szybę, a tam domy bez okien, w asfalcie dziury. „Co jest grane?” – pomyślałem. Zadzwoniłem do kolegi z Haiti, bo nie wiedziałem gdzie jestem. „Musiałeś pojechać w złym kierunku, w Mexico City kilka miejsc nazywa się tak samo”.

No i na początku czułem się dziwnie, bo wszędzie widziałem homoseksualistów. Kiedyś szukałem pracy, było po 18:00, słońce już zachodziło. Zobaczyłem dwóch chłopaków na środku ulicy, obejmowali się i całowali. Pomyślałem: „O mój Boże! Nie wierzę!”. Szedłem dalej i minąłem dwóch facetów, trzymali się za ręce. Wszedłem do metra, a tam dziewczyny całowały się z języczkiem, to akurat mi się podobało. U nas też tacy są, ale ukrywają się, nie wychodzą z tym do ludzi. Jeśli o mnie chodzi to nie mam z nimi problemu, ale raz w barze podszedł do mnie koleś w obcisłej koszulce i w futerku. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że w Zona Rosa prawie wszystkie bary są gejowskie. Gościu powiedział: „Lubię cię.” To mnie obraziło. Jest tyle pięknych kobiet na świecie i tego właśnie chcę, chcę kobietę.

Niedawno zapisałem się do szkoły językowej, bo chcę pracować, ale żeby pracować muszę znać hiszpański. Nie tylko to, chcę też rozumieć co ludzie do mnie mówią, bo kiedyś pytałem w restauracji o pracę i jeden kelner powiedział: „Pincze negro”. Uśmiechnąłem się, a potem kuzyn wytłumaczył mi, że to znaczy „Pieprzony czarnuch”. Nie lubię tego, takie słowa są niesprawiedliwe. Dlatego nie poznałem jeszcze za dobrze Meksykanów i nie daję im siebie poznać, najpierw muszę nauczyć się hiszpańskiego.

Poza tym miałem tutaj problemy z policją. Szedłem ulicą i zatrzymał mnie radiowóz. „Co jest grane?” – zapytałem. Jeden z policjantów wycelował we mnie broń i z tego co zrozumiałem chciał, żebym pokazał mu wizę, a ja nie miałem jej przy sobie. Powiedział, że zawiezie mnie do urzędu imigracyjnego. Zadzwoniłem do kolegi po pomoc, przyjechał z moją wizą i wszystko dobrze się skończyło, ale skoro zatrzymali mnie raz, to samo może się powtórzyć siedem razy.


Moi koledzy z Haiti wiedzą, że nie mam pracy, ani kasy. Niektórzy są tutaj ochroniarzami, inni barmanami i przelewają na moje konto pieniądze. Każdy tyle ile może, dzisiaj na przykład przyjaciel dał mi 200 pesiaków na siłownię, bo pakuję codziennie. Jasne, że nie jestem z tego powodu szczęśliwy, czuję się jak królowa, która mieszka z innymi ludźmi w ich mieszkaniu. Królowa będzie niezadowolona, aż znajdzie swój własny zamek. Znajdę swój zamek jeśli dostanę pracę i poznam jężyk. W końcu chcę ruszyć do przodu z moim życiem. Na Haiti byłem malarzem, murarzem, ogrodnikiem, elektrykiem i lubiłem to robić, tylko że nie mam żadnych certyfikatów. Tutaj chciałbym znaleźć coś podobnego.


Teraz mam więcej czasu, więc szukam tej jedynej. No ale to wcale nie takie proste. Cholernie trudno znaleźć ładną i wesołą babeczkę. Trzy miesiące temu na imprezie u kumpla poznałem grubą latynoskę. Byłem już pijany i tak jak wszyscy paliłem maryhę, a jestem facetem, więc wiadomo, poszedłem z nią do łóżka. Żebym chociaż miał z tego przyjemność, ale nie było mi z nią łatwo. Od tego czasu codziennie do mnie dzwoni, wysyła maile na facebooka, już mam jej dosyć. Mówię, że to była pomyłka i możemy zostać tylko przyjaciółmi, a ona na to, że jestem jej „czekoladką”.


Philipe Babtista, „Chocolight”, 30 lat

Jestem liderem grupy „Papa-Kiu”, producentem muzycznym i organizatorem różnych imprez kulturalnych. Tworzę muzykę, bo ona nie ma swojego kraju, ani języka, ją po prostu się czuje. Przecież czasami ludzie słyszą piosenkę i nie rozumieją słów, ale jest tak piękna, że aż chce im się tańczyć.

Do Meksyku przyjechałem jak miałem 20 lat, bo moim marzeniem było studiować za granicą. Nie miałem tutaj żadnego znajomego i przez pierwsze 10 dni mieszkałem w hotelu, aż skończyły mi się dolary (śmieje się). Potem wynająłem z Francuzem pokój z podwójnym łóżkiem za 700 pesos miesięcznie, to było tyle co nic. Byłem młody, miałem mnóstwo energii, więc chodziłem na imprezy, bo chciałem poznać ludzi i wszystkiego byłem ciekaw.

Pieniądze na studia, w sumie to było siedem tysięcy dolarów, wygrałem na Haiti w konkursie na piosenkę przeciwko wykorzystywaniu do pracy dzieci. Konkurs zorganizowała jedna fundacja chrześcijańska razem z UNICEFem. Mamy z tym duży problem. Prawo tego zabrania, ale często ktoś z pieniędzmi przychodzi do biednych krewnych i mówi, że zaopiekuje się ich siedmioletnią córką, wyśle ją do szkoły, da jeść, ale w zamian będzie musiała sprzątać w domu. Potem wysyłają ją po zakupy, musi prać, prasować, czasem biją. Z dzieci po prostu robi się niewolników. Nasza piosenka była wzruszająca, w rytmie muzyki reggae i szybko stała się hitem radiowym.

Na początku w Meksyku nie znałem zwyczajów i mnie oszukiwano. Jechałem taksówką, a taksówkarz przeprogramował licznik i w dzień płaciłem taryfę nocną. Innym razem chciałem pojechać do centrum i kierowca skręcał co chwila w boczne ulice. Powiedziałem: „To miejsce wygląda znajomo, już tutaj byliśmy.” On na to: „Nie, nie, ale jesteśmy już blisko.” Meksykanów nie okłamują, bo oni mogliby na nich donieść na policję. Po pół roku mówiłem już w miarę dobrze po hiszpańsku i zdałem egzaminy na produkcję muzyczną i handel międzynarodowy. Mama zadzwoniła: „Słuchaj, jak masz zamiar studiować na dwóch kierunkach, tak się przecież nie da?”. Odpowiedziałem: „Dobrze będzie mama, dam sobie radę.” Ale martwiłem się, bo nie miałem pracy.

Kiedyś rozmawiałem z kimś na uczelni po angielsku, akurat jeden z dyrektorów mnie mijał i wezwał do dyrekcji. U nas jak wzywają do dyrekcji to za coś złego. „Chichuachua, czy to dlatego, że nie oddałem pracy domowej?” – zapytałem. „O czym mówisz? Chcemy ciebie zatrudnić jako nauczyciela francuskiego i angielskiego”.

Angielski znałem świetnie, bo skończyłem szkołę amerykańską na Haiti i dwóch moich braci mieszka w Stanach, często z mamą do nich jeździliśmy. No bo moja mama nie tylko jest pastorem, ale do tego jest zaradna. Ma stumetrowy sklep w Port-au-Prince i sprowadza towar między innymi z Miami. Sprzedaje ubrania, biżuterię, wszystko co się da. Amerykanie są w porządku, jednak to Meksyk ma dla mnie magię. Tutaj atmosferę tworzą ludzie, są mili i rozmowni. „Skąd jesteś?” – pytają. „Z Haiti.” „No to chodź, postawię ci piwo, opowiesz mi jak tam jest”. Potem żegnają się i mówią „Mój dom jest twoim domem.” Zawsze powtarzam, że jeśli obcokrajowiec nie zakocha się w tym kraju w ciągu roku, powinien wracać skąd przyjechał.

W Meksyku najbardziej denerwuje mnie korupcja. Jeśli „głowa” kraju jest skorumpowana, to „ciało” też. Policjanci wiele razy wyciągali ode mnie pieniądze. Kilka lat temu wracałem na kacu do domu, zasnąłem za kierownicą, więc przejechałem na czerwonym świetle i „bum”. Uderzyłem w drzewo. Samochód skasowałem, ale na szczęście nic mi się nie stało i wciąż żyję, żeby śpiewać. Przyjechała policja, potem pogotowie i zabrali mnie do szpitala. Powinienem zapłacić ponad 100 tysięcy pesos za zniszczenie drzewa i jazdę po alkoholu, ale mój adwokat dał policjantowi do ręki 8 tysięcy pesos i zostawili mnie w spokoju. Dla mnie to super, tylko że tak naprawdę to było złe, powinienem ponieść konsekwencje za mój błąd. Poza tym jeśli 10 osób zniszczy drzewo i trafią na skorumpowanego policjanta, to budżet państwa straci milion pięćset pesos. Ten milion pięćset mógłby pomóc wielu ludziom. To są małe detale, ale przez to ten kraj nie rozwija się, nie idzie do przodu.

Na Haiti policja jest dużo gorsza. Miałem 16 lat i szedłem z kolegami ulicą. Jeden z nich powiedział: „Patrz, jak niszczą radiowozy, traktują je jakby były ich własnością”. Policjantów było z dziesięciu, myśleli że ja się z nich nabijałem, złapali mnie i zaczęli kopać. To było straszne. Następnego dnia poszedłem złożyć skargę na policję i organizacji praw człowieka. Sam jeden zorganizowałem konferencję prasową i wszystkie gazety o tym pisały. Ich zwolniono ze służby i wsadzono do więzienia. Kiedy wyszli zaczęli nachodzić moją rodzinę, jestem pewien, że chcieli mnie zabić. Wtedy poprosiłem o azyl polityczny w Panamie, a po pół roku dostałem wizę turystyczną do Meksyku.

Nie było mnie na Haiti w czasie trzęsienia ziemi, ale tak naprawdę przeżyłem je podwójnie. Bolało mnie to co się stało i martwiłem się o moich rodziców i rodzeństwo. Tamtego dnia poszedłem do urzędu imigracyjnego, bo załatwiałem papiery dla czterech braci. Kiedy tam byłem zadzwoniła do mnie znajoma Haitanka ze Stanów i powiedziała, że ludzie na Jamajce, Kubie i Dominikanie słyszeli głośne dudnienie, więc musiało stać się coś złego na Haiti. „No co ty? Na pewno to tylko takie gadanie” – uspokajałem ją. Skończyliśmy rozmawiać i po chwili zadzwoniła dziennikarka z „Televisy”. „Czy wiesz co się dzieje z twoją rodziną?” – zapytała. „Jak to co?”. „Na Haiti było potężne trzęsienie ziemi, nic nie słyszałeś?”.

Minął jeden dzień, dwa, trzy, a ja wciąż nie wiedziałem co stało się z moją rodziną. Pierwsze informacje z Haiti nadało CNN, bo tylko ich antena nadawcza u nas nie została uszkodzona. Wiadomości mówiły o tysiącach zabitych. Zmartwiłem się. Usiadłem na tapczanie i zapisałem słowa, które przyszły mi do głowy: „Wiem, że Haiti nie umrze, wiem że Haiti będzie żyć...” Dzisiaj tę piosenkę, „Ayudame SOS” (Pomóż mi SOS), można kupić za dolara na iTunes. Sprzedaliśmy już 40 tysięcy singli, a za zebrane pieniądze fundacja, z którą współpracujemy, wybuduje szpital na Haiti.

Meksykanie w tamtym czasie zachowali się wspaniale. Byłem na ulicy i widziałem jak czterolatka prosiła swoją mamę „Mama, mama, daj mi pieniądze, chcę kupić dla nich wodę.” Dziewczynka poszła do sklepu po butelkę wody i oddała ją na zbiórkę dla Haitańczyków.

Po tygodniu zapytałem znajomego Haitańczyka, czy ma jakieś wieści od swojej rodziny. „Mój wujek zmarł.” – powiedział. Spytałem o to samo koleżankę. Zaczęła płakać. „Moi rodzice...”. Dopiero po dziesięciu dniach dowiedziałem się, że z moich nikt nie zginął

Kiedy przyjechałem do Meksyku mieszkało tutaj tylko 500 Haitańczyków, większość była studentami, wielu zostało. Po trzęsieniu ziemi na Haiti rząd meksykański zgodził się przyjąć 5000 Haitańczyków pod jednym warunkiem, musieli mieć w Meksyku rodzinę. Ja ściągnąłem 7 braci i 13 kuzynów. W moim czteropokojowym mieszkaniu zamieszkało 12 osób, a dla pozostałych wynająłem coś mniejszego.

Przez pierwsze trzy miesiące było mi ciężko, bo musiałem sam zapłacić za czynsz, a to była kupa kasy, aż 15 tysięcy pesos. Na szczęście jako muzyk mam mnóstwo znajomych. Brazylijczyk dawał mi jedzenie ze swojej restauracji, ktoś inny pieniądze. Mówiłem im: „Za dużo ich, muszą iść do pracy.” Kolega odpowiedział: „Przyprowadź do mnie trzech ludzi”. Dzięki temu w ciągu kilkunastu tygodni cała dwudziestka znalazła pracę w restauracjach, albo w ochronie. Do tej pory pomogłem 181 emigrantom.

Bracia i kuzyni za zarobione pieniądze najpierw kupili sobie ubrania, kosmetyki, jakieś naczynia, aż w końcu zaczęli płacić za mieszkanie i jedzenie. Gotowaliśmy i jedliśmy razem, żeby było taniej. Niektórzy dziwili się: „Mój Boże, tutaj każdy codziennie może zjeść kilo ryżu, a u nas tak nie jest, bywa że ludzie nie jedzą po trzy dni, czasem umierają z głodu.” Niestety ciężko im było przyzwyczaić się do życia w Meksyku. Mexico City jest olbrzymie, a oni wcześniej mieszkali w małym kraju. Poza tym nie znali języka. Po roku pojechali na granicę ze Stanami i dostali azyl polityczny. Prawie połowa Haitańczyków, którzy zamieszkali tutaj po trzęsieniu ziemi, już tam jest.

Teraz załatwiam wizy dla ośmiu kuzynów i wujków. Oni zawsze mi pomagali, w naszych żyłach płynie ta sama krew i nie mogę ich zostawić na Haiti, żeby cierpieli biedę. Kilka tygodni temu poleciałem do Port-au-Prince, bo zmarł mój ojciec i musiałem zorganizować pogrzeb. Poszedłem na główny plac, gdzie zawsze odbywały się koncerty, festiwale i chodziłem z rodzicami na spacer. Teraz ludzie śpią tam pod namiotami, albo pod gołym niebem i wegetują, bo nie mogą znaleźć pracy, a bez pracy nie ma jedzenia. Świat im pomagał tylko przez pół roku.

Po czterech dniach na Haiti miałem ochotę zjeść meksykańskie tacos z dużą ilością chili. Wtedy dotarło do mnie, że Meksyk jest krajem, o którym zawsze marzyłem. Myślę po hiszpańsku, piszę po hiszpańsku, tańczę tak jak latynosi i kocham ich jedzenie. Już nie tęsknię za Haiti.


Juan Ricot, 26 lat
Byłem w „Cyber cafe”, niedaleko centrum. Rozmawiałem z kolegą i nagle poczułem, że dom bardzo, ale to bardzo się rusza. Kilka komputerów spadło na podłogę. Pobiegłem na ulicę, stanąłem na środku. Niebo, rośliny, wszystko było pełne kurzu. Ludzie krzyczeli. Nie wiedziałem co się dzieje. Ze strachu zrobiłem siku w spodnie.

Moja dziewczyna uczyła francuskiego w szkole, tak jak ja. O tej godzinie miała lekcje. Jak przestało trząść, poszedłem do jej szkoły, chciałem ją znaleźć. Zobaczyłem, że budynek jest zniszczony, przed nim stali ludzie. Byli to rodzice dzieci. I tam była też mama mojej dziewczyny. Kilka osób chciało wejść do środka, nie wiedzieli jak. Ja nie mogłem się ruszyć. Chciałem płakać, ale nie miałem łez. Jej ciało znaleźli po dwóch tygodniach.

Zanim to się stało chciałem pójść na drugie studia i ożenić się. Po trzęsieniu ziemi zmieniłem plany. Powiedziałem mamie: „Muszę iść mama, mam już 25 lat i chcę mieszkać w innym kraju. Nie chcę mieszkać na Haiti, tutaj nie ma pracy i nie ma przyszłości. Wrócę za 20 lat z pieniędzmi i otworzę restaurację, albo klub nocny.” Mama płakała, bo nie wiedziała co to będzie. Wziąłem ubrania, pieniądze i pojechałem z ciocią i wujkiem do Dominikany, tam wsiedliśmy do samolotu. W Mexico City czekał na nas ich syn.

Na początku byłem i zadowolony i smutny, że jestem w Meksyku. W dzień jechałem na Zocalo, na Polanco i do innych ładnych miejsc, a w nocy nie mogłem spać. Myślałem o moim kraju, o mamie. Czasem tak tęskniłem, że aż bolało w środku. Ale nie chciałem wracać na Haiti, tutaj jest mi lepiej.

Na początku zaskoczyło mnie, że w Meksyku dużo par całuje się na ulicy. Meksykanie całują się kiedy chcą, nie jest ważny czas, ani miejsce. Jeśli ktoś chce to całuje i już! To mi się podoba, bo na Haiti nie całujemy się tak dużo, nawet w domu. No i na Haiti żeby zaprosić dziewczynę na randkę, muszę porozmawiać z nią dwa, trzy razy. A tutaj jak się dziewczynie spodobam, to od razu ze mną wyjdzie. Jeszcze z żadną Meksykanką nie spotykam się, ale wiem, że tak jest, bo widziałem to w telenoweli meksykańskiej.

Poznałem kilka słów po hiszpańsku i musiałem iść do pracy. Spacerowałem po ulicy, wchodziłem do sklepów i pytałem czy kogoś potrzebują. W gazecie znalazłem ogłoszenie, że jakieś biuro szuka młodych chłopców. Poszedłem do tego biura, tam czekał na mnie mężczyzna, zaczął ze mną rozmawiać. Potem dostałem od niego smsa: „Masz ładne oczy.” „Co to jest?” – pomyślałem. Teraz wiem, że szukał chłopca, ale do łóżka.

Po dwóch miesiącach zacząłem pracować jako kelner. Praca była ciężka, bo miałem siedem stolików i ciągle coś chcieli. Kiedyś klient zapytał: „Jak jest przygotowana ta zupa?”. A ja nic nie zrozumiałem, tylko na niego patrzyłem. Przez to mnie wyrzucono, ale nie dziwię się. Teraz pracuję w firmie co wysyła paczki, przenoszę pudła z miejsca na miejsce. Praca mi się nie podoba, to nie jest to, co chcę robić. Chcę uczyć francuskiego, tak jak na Haiti.

Inaczej pracuje się z Meksykanami, a inaczej z Haitańczykami. Tutaj każdy chce zaprzyjaźnić się z szefem. Mówią: ”Szefuniu to, szefuniu tamto.” Potem czują się ważni i mi rozkazują: „Masz posprzątać!”. Oni myślą, że jestem w Meksyku dla pieniędzy, a potem wrócę na Haiti. Często pytają: „Dlaczego nie masz dziewczyny Meksykanki, byłoby ci łatwiej?”

Miasto jest duże i ludzie są różni. Jechałem do kościoła, w metrze ktoś mnie zobaczył i nadepnął na stopę. A ja na to nie pozwalam. „Co robisz?” – zapytałem. Chłopak krzyknął: „Jak ci się nie podoba to nie bierz metra”. Innego dnia jakiś gościu mnie popchnął łokciem. Uderzyłem go pięścią. Popatrzył na mnie, nic nie powiedział.

Do tego mieszkamy w biednej dzielnicy, młodzi podchodzą do mnie na ulicy i pytają czy chcę marihuanę. Myślą, że jestem z Jamajki i lubię narkotyki. Mówię im: „Nie jestem taki jak wy.” Nasi sąsiedzi też na początku nam dokuczali. Jeden chłopak pukał głośno do drzwi jak już spaliśmy, czasem ręką, czasem nogą. Jednego dnia pokłóciłem się z tatą chłopca: „Jak go złapię, to go zbiję”. „Nie możesz.” – powiedział. „No to zobaczysz”. Potem pukali do nas nastolatkowie. Poszedłem z tym na policję i przestali.

Często w naszym mieszkaniu organizujemy imprezy dla kolegów z Haiti, bo my bawimy się inaczej niż Meksykanie. Słuchamy rytmów compa, rap i zuk, to są rytmy karaibskie. Jemy kurczaka z ryżem i fasolą, pijemy piwo. Cały czas głośno rozmawiamy, śmiejemy się. Niektórzy mieszkają tutaj długo i narzekają, że trudno o dobrą pracę, bo nie jesteśmy stąd.

Meksyku cały czas się uczę. Sami Meksykanie mi mówili: „Jeśli czegoś nie wiesz, to źle dla ciebie”. Poszedłem do sklepu, chciałem kupić krem, nie wiedziałem jak to się nazywa po hiszpańsku i dali mi żel. Innym razem kupiłem w metrze kanapkę. Włożyłem do niej pomidory i paprykę. Ugryzłem ją. Zrobiło mi się gorąco. Patrzę, a to nie papryka, to chili! A do tego ta tortilla, jest we wszystkim. Jedzą tacos z tortillą, enchiladas z tortillą, w zupie też jest tortilla. Na Haiti używamy widelce, noże i łyżki, oni tortillę jedzą rękami.

Ostatnio byłem głodny, poszedłem do baru i powiedziałem: „Chcę coś zjeść, ale nie mam pesos, mam dolary.” On do mnie: „Dam ci 60 pesos za 10 dolarów.” A w banku dają 11 za dolara. Już wiedziałem jak się zachować. Odpowiedziałem: „Spadaj”.


Evens Hyppolite, 25 lat
Wyszedłem z pracy, byłem już na ulicy i ziemia zaczęła się ruszać, to było jak fale morskie. Asfalt pękał, budynki przechylały się najpierw w jedną, potem w drugą stronę. Upadłem na ziemię i zacząłem krzyczeć: „Co się dzieje?!”. Myślałem, że umrę. Widziałem jak restauracja na przeciwko zawala się, w środku byli ludzie...

Gdy przestało trząść, dziękowałem Bogu, że żyję. Jeszcze minuta i nie byłoby Haiti, mnie też by nie było. Wstałem i rozejrzałem się, ale nie mogłem uwierzyć w to co widzę. Wszystkie budynki były zniszczone, gdybym nie wiedział co to za ulica, nie wiedziałbym gdzie jestem. Poszedłem do domu, a tam już nie ma domu, tylko ruiny. Mama z bratem siedzieli na ulicy i płakali. Obok leżała babcia. Zawalił się na nią sufit, znaleźli ją przy drzwiach. Oni byli wtedy na zakupach.

Do Meksyku przyleciałem z rodzicami, dwiema siostrami i kuzynem, na Haiti został tylko mój najstarszy brat. W Mexico City mieszkał mój wujek i to on ze wszystkim nam pomógł. Jeśli o mnie chodzi, to przyjechałem tutaj, bo chciałem pójść tutaj na studia, zawsze chciałem studiować za granicą. Ale szybko skończyły się nam pieniądze i musieliśmy poszukać pracy. Moje siostry niczego nie znalazły i po roku pojechały do Stanów, mieszkają teraz u cioci i chodzą tam do szkoły. Mój tata ostatnio dostał pracę w fabryce aluminium, a mama czasami gotuje w restauracji u wujka. Mama chce wracać, a tacie zaczęło się tutaj podobać.

Ja najpierw znalazłem pracę w restauracji, byłem kelnerem. Płacili mi mało, ale dostawałem dobre napiwki i mogłem u nich jeść. Jedzenie meksykańskie różni się od naszego, gdybym się nie przyzwyczaił, byłoby mi ciężko. Ale przyzwyczaiłem się, chyba nawet za bardzo, bo teraz jem wszystko co pikantne. Moja mama w domu nie używała tabasco, ani niczego takiego, więc poszedłem do sklepu i kupiłem dwie puszki chili. Na to mama: „Po co ci to, brzuch będzie ciebie boleć?”. Teraz wiem, że miała rację.

W pracy było wszystko dobrze, ale któregoś dnia moja szefowa powiedziała mi, że mam iść do kuchni. Chciała żebym zrobił jedzenie i pozmywał naczynia, a na to się nie umawialiśmy. Innym razem powiedziała, że mam umyć piec i ja się nie zgodziłem. Inni kelnerzy byli Meksykanami, ich do tego nie zmuszała. W następnym tygodniu kazała mi gotować, więc powiedziałem, że rzucam tę pracę. To ją zdenerwowało. Powiedziała: „Jesteś nieprofesjonalny”. Odpowiedziałem: „To nieprawda, ty mnie nie szanujesz!”

Potem nie miałem pracy przez pięć, albo sześć miesięcy. Aż kolega z Haiti znalazł ogłoszenie, że jakaś firma szuka kogoś z francuskim i kreolskim. Rozmowę o pracę prowadziło inne, wynajęte biuro. Poszedłem tam i facet kazał mi się rozebrać. Zapytałem: „Po co to?”. „Muszę sprawdzić czy nie masz tatuaży”. Wszystko musiałem zdjąć, majtki też, no ale myślałem, że to normalne. Dostałem tę pracę, ale o tym co się stało powiedziałem mojej nowej szefowej. Wkurzyła się. Po kilku dniach przyszła do mnie i powiedziała: „On już dla nas nie pracuje!”

W biurze odbieram telefony od Haitańczyków ze Stanów i wysyłam dla nich pieniądze na Haiti. Meksykanie są bardzo mili, dziewczyny dają mi buzi na dzień dobry, koledzy żartują ze mną, ale zajęło mi trochę czasu, żeby zrozumieć dlaczego coś robią. Na przykład my za plecami źle o nikim nie mówimy, a tutaj to normalne. Dwaj koledzy z działu są przyjaciółmi, cały czas żartują, pomagają sobie. A jak jeden z nich poszedł kiedyś do domu, to drugi od razu zaczął go obgadywać: „Nie lubię go, zawsze czuje się lepszy i do tego źle pracuje.” Albo inna sytuacja. Chciałem wynająć mieszkanie, koleżanka sama zaproponowała: „Jeśli potrzebujesz poręczyciela, tutaj jestem.” Pojechałem podpisać kontrakt, a ona zniknęła. Zadzwoniłem do niej, nie odebrała. Znowu zadzwoniłem i znowu nie odebrała. Do tej pory nie odbiera. Zapytałem w pracy czy to normalne i jeden Meksykanin powiedział mi: „Powiedziała ci to, co chciałeś usłyszeć”. Teraz gdy coś obiecują, to ja już wiem, że to puste słowa i nic nie znaczą.

Ogólnie nie za bardzo lubię Meksyk, bo jak mówi mój kolega: „Meksyk rozwija się szybciej niż jego mieszkańcy”. Ludzie tutaj myślą: „Quien no transa, no avansa” (bez sztuczek nie da się awansować). Mnie uczono, żeby nie robić tego co koledzy, bo złodziejstwo jest złodziejstwem, a tutaj ludzie zawsze wykorzystują sytuację. Raz poszedłem do małej restauracji na kawę. Zapytałem kelnerkę ile kosztuje. Powiedziała: „25 pesos”. Zapłaciłem w kasie i dopiero wtedy zobaczyłem menu, w środku była inna cena. „Słuchaj, ta kawa tyle nie kosztuje, powinienem zapłacić 15 pesos.” Ona popatrzyła na mnie. „To są ceny z zeszłego roku, już się zmieniły”.

Ale nie mogę powiedzieć, że Meksykanie są rasistami, oni są ignorantami. No bo żeby być rasistą, to trzeba najpierw wiedzieć, że są tylko cztery rasy. A jak znajomego pytam jaką jest rasą, to mówi: „metyską.” Taka rasa nie istnieje. Myślę, że Meksyk jeszcze nie jest przyzwyczajony do obcokrajowców, prawie nie ma tutaj kolorowych i przez to jak widzą mnie na ulicy, to pokazują palcami. „Patrz tam, czarny!”. Niektórzy myślą, że ich okradnę, albo oszukam. Pamiętam, że raz poszedłem do sklepu po chleb, zapłaciłem za niego i wyszedłem na ulicę. Strażnik zaczął za mną biec z krzykiem: „Nie zapłaciłeś, nie zapłaciłeś!”. Skoro wielu Meksykanów kradnie to myślą, że jestem taki sam jak oni, ale to jest ich problem.

W Meksyku po raz pierwszy miałem dziewczynę, poznałem ją przez internet. Spotkaliśmy się kilka razy, potem wprowadziła się do naszego mieszkania. Zawsze chciałem mieć dziewczynę Meksykankę, ale ona okazała się inna niż mi się wydawało. Myślała, że skoro jestem z zagranicy, to jestem bogaty i ciągle musieliśmy gdzieś wychodzić, a to do baru, a to na dyskotekę, bo cały czas była znudzona. Ale nie pracowała i nie chciała pracować. Zawsze mówiła, że chce mieć swój biznes, tylko że nie miała pieniędzy. Tłumaczyłem jej: „Żeby mieć swój biznes, najpierw musisz iść do pracy i zaoszczędzić, samo się nie zrobi.” „Tak, masz rację” – odpowiadała i dalej siedziała w domu. Do tego tak jak wielu Meksykanów żyła z dnia na dzień. Kiedyś mi powiedziała, że chce mieć ze mną dziecko, bo fajnie byłoby z nim się bawić. „Dziecko to nie zabawka, żeby mieć dziecko trzeba mieć plan” – mówiłem. Ona tego nie rozumiała, bo miała 11 braci i myślała, że jakoś damy radę.

Czułem, że jesteśmy inni. Meksykanie mówią dużo o uczuciach i na początku myślałem: „Wow, oni się bardzo kochają.” Teraz wiem, że to nieprawda, bo zdradzają się, okłamują, nie zawsze kochają naprawdę. No ale moja dziewczyna wiele razy pytała mnie: „Dlaczego mnie nie całujesz przy ludziach?”. Mówiłem prawdę: „Bo nie chcę, nie jestem przyzwyczajony.” Ona na to: „Jesteś nieczuły”. I obrażała się. Potem w domu, żeby przeprosić puszczała poetyckie piosenki i mówiła piękne słowa. Ale ja nie mówiłem za dobrze po hiszpańsku, mało rozumiałem. Dopiero teraz rozumiem, co chciała powiedzieć.

Do tego pracowałem cały dzień i jak chciałem wieczorem spędzić z nią czas w domu, to ona wychodziła do przyjaciół. I to beze mnie! Czasami wysyłała mi wiadomość: „Dzisiaj nie wrócę, zostanę u koleżanki.” My na Haiti nie mamy takiego zwyczaju i dla mnie to była głupota, bo miała swój dom. W końcu powiedziałem jej: „Skoro jesteśmy razem, to jesteśmy razem, bez zasad nasz związek nie ma przyszłości.”

Kiedyś poszliśmy na imprezę do czyjegoś domu. Jej przyjaciel pokłócił się o coś ze swoją dziewczyną. No i moja dziewczyna zostawiła mnie samego w pokoju, bo musiała go pocieszyć. Obudziłem się o pierwszej w nocy, jej nie było. Nie wiedziałem co myśleć. Poszedłem do pokoju i zabaczyłem, że go obejmuje. „Kto jest teraz twoim chłopakiem, on czy ja?” – zapytałem. Zdziwiła się: „Co się stało?”. „Jak to co? Pokłócił się ze swoją dziewczyną, musi z nią porozmawiać, a ty czego tu chcesz?”.

Innego dnia znów mi powiedziała: „Wychodzę z Alexem.” Zrobiło się ciemno, zadzwoniłem do niej: „Jesteś z Alexem?”. „Tak.”. „To już nie wracaj”. Wszyscy mi powiedzieli, że zachowałem się jak macho, że byłem zaborczy, a to nieprawda. Ten przyjaciel był też przyjacielem jej ex chłopaka, nie ufałem mu. Haitanki też mają kolegów ale Meksykanie są inni, wykorzystują sytuację. Ktoś ich pociesza, a oni zaraz mówią do dziewczyny: „Jaka jesteś piękna.”

Wyprowadziła się i po tygodniu zadzwoniła do mnie, żeby mnie obrazić. Powiedziała: „Nie jesteś w swoim kraju, powinieneś wracać do siebie, bo zabierasz Meksykanom pracę.” Odpowiedziałem: „Słuchaj, przyjechałem do Meksyku, aby pomóc twojemu krajowi, bo dzięki temu, że tutaj jestem to płacę podatki, wynajmuję mieszkanie i ktoś na tym zarabia. Wyobraź sobie, że jakaś firma z Francji otworzy w Meksyku biuro, bo mieszkają tutaj obcokrajowcy co znają francuski. I dzięki mnie wy zyskujecie.”

Tekst ukazał się na stronie Wysokich Obcasów, 2012

poniedziałek, 18 lipca 2011



Każdy zrobił, co trzeba to zbiór reportaży, w których możemy przejrzeć się jak w lustrze, a widząc swoje odbicie, zachwycić się nim lub przerazić. Zebrane teksty sześciu dziennikarek opowiadają o życiu w Polsce na początku XXI wieku, odwołując się niekiedy do historii – czasem niezbyt odległej, innym razem sięgającej wstecz aż do czasów pogańskich.

Bożena Aksamit, Katarzyna Kokowska, Ewa Orczykowska, Oliwia Piotrowska, Ewa Wołkanowska i Honorata Zapaśnik przeszły się ulicami polskich miast w poszukiwaniu ludzi, którzy tworzą naszą współczesność.

Kogo spotkały na swojej drodze, kogo wysłuchały i opisały? Warszawskich trzydziestolatków zafascynowanych muzyką ludową, niepełnosprawnych aktorów teatralnych, cygańskiego wychowanka domu dziecka, amerykańskich amiszów z Mazowsza, Polki, które przestały być grzeczne, twórcę niezwykłego łódzkiego studia teatralnego, Wietnamczyków nielegalnie przebywających w Polsce, ofiary policyjnych pobić, kresowiankę z pokolenia Kolumbów, nieuleczalnie chorą, władającą sześcioma językami mieszkankę Meksyku, muzyka folkowego – wyznawcę neopogaństwa, szantażystów i szantażowanych. I wreszcie poetę zarabiającego na życie pracą w piekarni.

Reporterki obserwują dyskretnie, nie narzucając się ze swoją obecnością. Wnikliwie relacjonują to, co widzą, jak przez okno nad zlewem, o którym wspomina jedna z bohaterek: „W domach amiszów najważniejsze jest okno nad zlewem. Kobieta obserwuje przez nie swoje dzieci. Wy tego nie robicie. Nic nie wiecie o najważniejszym oknie”.

Seria Lektury reportera to próba poszukiwań tego co ważne w nas samych, w naszym życiu oraz w naszych bezustannych dążeniach do szczęścia i spełnienia. Reportaż jest tu narzędziem do opowiedzenia historii niebędących fikcją. Ich przekaz potrafi być dotkliwy i przejmujący.

Mottem serii Lektury reportera staje się wypowiedź jednego z bohaterów reportaży: „Czym jest spełnienie? Słuchaj, jeśli niczego nie chcesz, nic nie musisz mieć. Szczęście w ogóle nie polega na tym, co mam. Szczęście polega na tym, czy jestem zadowolony z tego, co już mam. Chodzi o życie w zgodzie z przeznaczeniem”.

piątek, 8 lipca 2011

Zagłada

Rankiem, po paru godzinach otępienia, czekało nas tylko milczenie zagłady

Rudolf Hoess, komendant KL Auschwitz:
Gdy się przychodziło do obozu, Cyganie wychodzili z baraków, grali na instrumentach, kazali dzieciom tańczyć, pokazywali zwykle swoje sztuczki. Był tam duży ogródek dla dzieci, w którym mogły do woli bawić się wszelkimi zabawkami. Gdy się do nich mówiło, odpowiadali swobodnie i ufnie. Byłoby rzeczą interesującą przyglądać się życiu i obyczajom Cyganów, gdyby nie przejmujący grozą rozkaz, który aż do połowy 1944 znali w Oświęcimiu oprócz mnie jedynie lekarze. Cyganie do ostatniej chwili nie wiedzieli, co ich czeka.

Tadeusz Joachimowski, numer obozowy 3720:
Z końcem lipca 1944 roku przyszedł do mnie Lagerfuehrer Bonigut i powiedział mi, że likwidacja pozostałych przy życiu Cyganów jest przesądzona, że nic więcej nie może zrobić dla Cyganów i że on sam nie chce wziąć udziału w tej akcji. Oświadczył mi, że w przeddzień akcji likwidacyjnej zgłosi się do szpitala jako chory. 31 lipca Lagerfuehrer oświadczył mi, że zgłasza się do szpitala.

Tadeusz Snieszko, numer obozowy 29620:
W dniu 1 sierpnia 1944 roku w obozie cygańskim było jeszcze około 5 tysięcy osób, wsród których przewazały kobiety, dzieci i ludzie starzy. Było także trochę młodych mężczyzn, którzy nie chcieli opuscić swoich rodzin.

Alfred Galewski, nr obozowy 151599:
Z początkiem lipca 1944 wybrano Cyganów w wieku 16-28 lat zdolnych do pracy i wysłano ich do Niemiec na roboty. W połowie lipca wybrano znowu mężczyzn, kobiety i dzieci, których bliscy krewni, jak ojciec, brat, mąż itd., służyli w wojsku niemieckim, i odesłano również do Niemiec na roboty.



Josef Reinhardt:
Miałem 16 lat, gdy Mengele przeprowadził ostatnią wielką selekcję w Zigeunerlager. Selekcja wyglądała następująco: "Na lewo! Na prawo! Na lewo! Na prawo!". Zostaliśmy wówczas wysłani w transport do Buchenwaldu, bo jeszcze mogliśmy pracować. Był to ostatni transport, który wyjechał.

Dr Rudolf Weisskopf, numer obozowy 71261:
31 lipca 1944 roku rano oznajmiono mieszkańcom obozu za pośrednictwem blokowych, że ma być zorganizowany transport roboczy i że wszyscy młodzi, zdolni do pracy mężczyźni i kobiety mogą się do niego zgłaszać. "Będziecie żyć w lepszych warunkach, będziecie pracować i dostawać większe przydziały żywnosciowe, będzie wam dobrze!". Od razu zglosiło się kilkuset Cyganów, a po dalszych namowach blokowych i rodzinnych naradach liczba ta jeszcze wzrosła. Zgłaszających się spisywano najpierw przed blokiem. Było ich około 3 tysięcy.

Tadeusz Joachimowski, numer obozowy 3720:
1 sierpnia 1944 o godzinie 14 podstawiono na rampę kolejową, która od strony południowej graniczyła z obozem cygańskim, długi pociąg towarowy. Następnie przyprowadzono z Oświęcimia Cyganów i ustawiono ich przy pociągu towarowym od strony obozu. Cyganie zaczęli rzucać się na druty. Wtedy więzień Brachmann Willi, który pełnił wówczas funkcję Lageraltestera, zawołał wszystkich więźniów funkcyjnych Polaków i polecił im stworzyć kordon wzdłuż ogrodzenia dla odganiania zbliżających się Cyganów. Gdy do wagonów towarowych stojących na rampie kończono "ładować" Cyganów, wtedy z wrzaskiem wpadł do obozu cygańskiego doktor Mengele i kazał funkcyjnym odejć od drutów, aby Cyganie mogli się pożegnać.

Dr Rudolf Weisskopf, numer obozowy 71261:
Wybranych Cyganów załadowano do wagonów, ale zasuwane drzwi pozostały otwarte. Pociąg stał na bocznicy kilka godzin, Cyganie mogli podchodzić pod same druty, nikt im tego nie bronił. Przez ogrodzenie z drutów można było podawać odjeżdżającym flaszki z wodą, kawałki chleba, części odzieży. Pożegnania ciągnęły się w nieskończoność.

Dr Lucie Adelsberger:
Doktor Mengele ze śmiechem pozdrowił z daleka dwóch chłopców cygańskich, którzy także odjeżdżali. Byli to jego pupile, którzy zawsze przy nim byli, mogli razem z nim jechać autem po obozie, ufali mu dziecięco i mówili o wszystkim, co się działo w obozie.

Amalie Schain, numer obozowy Z-10636:
Moja siostrzyczka powiedziała na pożegnanie: "Ty wyjeżdżasz, a nas spalą". Były to ostatnie słowa, które usłyszałam z jej ust.

Dr Rudolf Weisskopf, numer obozowy 71261:
Wreszcie o godzinie 15 esesmani zamknęli drzwi wagonów, jeszcze ostatnie krótkie pożegnanie z mieszkańcami obozu i pociąg ruszył, znikając za pierwszym zakrętem. Ostrzegawcze lampy elektryczne znowu się zapaliły, prąd został z powrotem włączony.

Tadeusz Snieszko, numer obozowy 29620:

Po apelu wieczornym doktor Mengele kazał wystapić wszystkim lekarzom i pielęgniarzom Polakom. Zaprowadzono nas do obozu męskiego B IId w Brzezince i osadzono w Straskompanie. W obozie cygańskim pozostali lekarze Żydzi. Zarządzono "Lagersperre".

Marian Perski, numer obozowy 11036:
Po wieczornym apelu do obozu cygańskiego przyjechali ciężarowym samochodem SS-mani z Sonderkommandem w liczbie około 20 Żydów, którzy na okna i drzwi wejściowe wszystkich zamieszkanych baraków przybili deski na krzyż, aby nikt nie mógł wyjść.

Dr Rudolf Weisskopf, numer obozowy 71261:
Około piątej przyjechała długa kolumna ciężarówek oraz oddział uzbrojonych w automaty żołnierzy na motocyklach. Równoczesnie do obozu wpadła horda pijanych w sztok, ryczących dziko esesmanów, którzy zachowywali się jak nieprzytomni.

Tadeusz Joachimowski, numer obozowy 3720:
Do obozu cygańskiego przybyli SS-Oberscharfuehrer Clausen, który był kierownikiem akcji, SS-Unterscharfuehrer Buntrock zastępujący Boniguta, SS-Unterscharfuehrer Kurpanik pełniący funkcję Rapportfuehrera w obozie B IId, SS-man Wolf - Blockfuehrer z obozu B IId, 10 SS-manów z przybyłej eskorty oraz 50 Żydów pracujących w Sonderkommando. Reszta eskorty SS pozostala na zewnątrz obozu.

Dr Rudolf Weisskopf, numer obozowy 71261
Uzbrojone oddziały szalejących morderców wtargnęły do bloków. Krwiożerczy jak wilki zaczęli niemiłosiernie tłuc Cyganów, słabych mężczyzn i płaczące kobiety, wyrywać krzyczące z przerażenia dzieci z rąk dorosłych i rzucać je na podstawione cieżarówki, aby zmusić dorosłych do wchodzenia na platformy samochodów. Cyganie próbowali się bronić, esesmani szarpali ich wsród straszliwego wrzasku, ordynarnych przekleństw i wyzwisk; walili Cyganów na oslep kolbami, ciężkimi kijami, batogami i wpychali ich na auta. Dookoła pilnowali tlumu wrzeszczący blokowi. Było to prawdziwe piekło.

Tadeusz Joachimowski, numer obozowy 3720:
Sonderkommando wchodziło do bloku i wyganiało wszystkich Cyganów. Przy drzwiach wejsciowych bloku stali: Kurpanik i jeszcze jeden SS-man, ja jako Rapportschreiber obozu cygańskiego i Rapportschreiber obozu B IId. Polecono każdemu z nas liczyć wychodzących. Liczylismy każdy osobno. Przechodzilismy kolejno od bloku do bloku.

Józef Piwko, numer obozowy 117784:
Słychać było świst nahajek, przekleństwa, płacz, wrzask. Od czasu do czasu padał strzał z rewolweru. Bezbronni Cyganie opierali się, uciekali pomiędzy blokami, chowali się w barakach. Opierających się bito i kopano bezlitosnie.

Dr Rudolf Weisskopf, numer obozowy 71261:
Pierwsza załadowana ciężarówka ruszyła eskortowana przez patrol esesmanów na motocyklach z gotowymi do strzału automatami. W całym obozie zapanowała niesamowita panika. Wszyscy krzyczeli i płakali, kobiety wyrywały sobie włosy z głowy, dzieci zanosiły się od płaczu. Kobiety straciły od krzyku głos i już tylko charczały, gryzły, biły na oślep wokół siebie i drapały, ale były bezsilne wobec gwałtownego naporu zdrowych, po zęby uzbrojonych katów. Wsród piekielnego zgiełku wpychano i rzucano je na auta.

Alfred Galewski, numer obozowy 151599:
Przez cały czas trwania akcji na terenie szpitala cygańskiego obecny był doktor Mengele.

Tadeusz Joachimowski, numer obozowy 3720:
Podczas tej akcji zgłosiła się do doktora Mengele Niemka z pięciorgiem dzieci. Mąż jej był Cyganem. Doktor Mengele polecił jej udać się do bloku, w którym poprzednio był "Kindergarten", i zapewnił ją, że nie pozwoli jej zabrać. Kiedy do bloku "Kindergarten" weszło Superkommando, Niemka oswiadczyła im, że bloku nie opuści, gdyż jest Niemką i otrzymała zezwolenie od doktora Mengele pozostania w nim razem z dziećmi. Natychmiast przekazano to Clausowi. Claus przyszedł do bloku "Kindergarten" i kazał Niemce oddać dzieci, ponieważ są one dziećmi Cygana, natomiast jej zapewnił życie. Propozycji tej nie przyjęła i wraz z dziećmi została siłą wyprowadzona z baraku i dołączona do grupy Cyganów.

Bernard Ebstein:
Pewna Cyganka Reichsdeutscherka opusciła swoje dzieci, pozostawiając je tym samym do zagazowania. Doktor Mengele zwrócił się do niej z zapytaniem, jak mogła rodzone dzieci opuscić. Cyganka ubliżyła mu, mówiąc: "Ty łotrze, ja wiem, że ty zrobisz ze mną to samo co z moimi dziećmi". Doktor Mengele natychmiast przeznaczył ją do krematorium.

Tadeusz Joachimowski, numer obozowy 3720:
Doktor Mengele zabrał do auta dzieci cygańskie - bliźnięta, na których przeprowadzał swoje doświadczenia - i zawiózł je do obozu macierzystego w Oświęcimiu I. Dzieci te nie zostały przyjęte, wobec tego przywiózł je z powrotem.

Dr Rudolf Weisskopf, numer obozowy 71261:
Zgiełk wokół nas uciszał się powoli; na zewnątrz gruchotały jeszcze naładowane cieżarówki, jeszcze parę minut, kilka krótkich chwil, Cyganie odjadą...

Alfred Galewski, numer obozowy 151599:
Krótko po północy akcja się skończyła, gdyż cały obóz cygański został opróżniony.

Dr Rudolf Weisskopf, numer obozowy 71261:
Obóz był jak wymarły. Ale jednak nie! Usłyszeliśmy jakieś dziecięce płaczliwe głosiki... Blokowy zaczął szukać. Dwie małe cygańskie dziewczynki przerażone piekielnym zgiełkiem schowały się na najwyższej koi pod siennikiem. Uszły przenikliwym oczom pijanych zbrodniarzy. Jakiś kapo znalazł dorosłą Cygankę, która ukryła się w studzience kanalizacyjnej. Trzęsąc się ze strachu, spędziła w przeraźliwym smrodzie całą noc. Kapo wyciągnął ją siłą z ukrycia. Za chwilę przyjechał mały wojskowy samochód sanitarny z czerwonym krzyżem na dachu i po bokach. Sanitariusz SS odebral ostatnie Cyganki. Sanitarka odjechała w kierunku krematorium.

Anna Chomicz, numer obozowy 44174:
Widziałyśmy z odcinka B Ia kolumny Cyganów prowadzone na zagładę odcinkami B IIc i B IId oraz główną Lagerstrasse miedzy B IId-f a B Ib w kierunku krematoriów II i III. Od strony kolumn dobiegały potworne krzyki.

Leon Wintraub:
Widziałem, jak ich brano do komory gazowej, na początku kilkuset naraz. Zobaczyłem straż SS z psami i wieźniów, którzy byli pełnomocnikami wyładowujących ludzi z transportu do krematoriów I, II i III. Trochę weszło do nr IV. Potem zobaczyłem auto z oficerami SS i cywilnymi, wybrali okolo 20 kobiet z kilku tysięcy przy krematorium IV. 20 kobiet zostało na podwórzu przed krematorium. Te liczne setki ludzi zostały umieszczone w komorze gazowej, w tym samym czasie 20 kobiet zostało wziętych do drugiej części krematorium i zamiast zagazowania zostały zastrzelone przez straż SS. Zostały na podłodze w krematorium, a krew wyciągnięta z kilku z nich i różne części wycięte z ich ciała, wszystko włożyli do walizki i odjechali.

Dr Rudolf Weisskopf, numer obozowy 71261:
Powietrze cuchnęło, nie sposób bylo oddychać, czuliśmy smród palonego mięsa i włosów.

Leon Wintraub:
Widziałem ciemnoczerwone płomienie wystrzelające trzy metry wysoko z kominów. Odór palącego się mięsa był bardzo silny i był w powietrzu cały dzień. Spalenie wszystkich zajęło w przybliżeniu trzy godziny.

Dr Rudolf Weisskopf, numer obozowy 71261:
Nadaremnie próbowalismy zasnąć. Grobowa cisza wokół nas w tym tak hałasliwym obozie była czymś niezwykłym. Brakowało nam tego znajomego gwaru. Rankiem, po paru godzinach otępienia, czekało nas tylko milczenie zagłady.


Korzystałam z Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, Instytutu Pamięci Narodowej - Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu i Księgi Pamięci. Opracowanie jest częścią książki "Europa według Auschwitz" projektu Marka Millera z Laboratorium Reportażu. Tekst ukazał się również w Dużym Formacie.