sobota, 13 lutego 2016

Polka, która ukończyła szkołę rabinów. "Matka mnie ochrzciła, dla mojego bezpieczeństwa"

Miriam Gonczarska pracuje w Nowym Jorku jako osoba duchowna w szkole dla dziewcząt z ortodoksyjnych domów. Nam opowiada o tym, jak odkrywała, że jest Żydówką, czego dowiedziała się o przeszłości swojej rodziny i jak uczyła się rozmawiać z Bogiem. - W mojej religii musi być możliwość zadawania pytań - mówi.
Jako pierwsza polska Żydówka skończyłaś szkołę rabinacką Maharat w Nowym Jorku. Skąd ten pomysł?
- Mam poczucie, że w judaizmie tak naprawdę jest jedno przykazanie: wiedza. Nie mogę cofnąć czasu, nie mogę powstrzymać Holokaustu, ani porozmawiać z dziadkami, ale mogę się uczyć. Dzięki temu, że czytałam pisma rabinów i mieszkam w chasydzkiej dzielnicy w Nowym Jorku, dowiedziałam się bardzo dużo nie tylko o tradycji żydowskiej, ale też o tym, jak żyło pokolenie moich dziadków. Ta wiedza otworzyła mi drzwi do rozumienia nie tylko ich i mojego ojca, ale też mnie samej.
Maharat oznacza tyle co Przywództwo Halachiczne, Duszpasterskie i Toraniczne. Urodziłam się w Polsce, w kraju, który przed moim urodzeniem był stolicą żydowskiej edukacji, jednak ja już wyrastałam na „pustyni”. Dzisiaj, chociaż już dużo wiem, nadal czuję niedosyt.
Trudno było zostać praktykującą Żydówką w Polsce w czasach komunizmu?
- Dostęp do tradycji żydowskiej w powojennej Polsce był bardzo ograniczony. Komuniści tolerowali środowiska świeckie, po wojnie powstało Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów Polskich i ludność żydowska była traktowana dobrze jako mniejszość etniczna i narodowa. Do 1968 roku nawet w mniejszych miastach były kluby dyskusyjne, powstawały teatry w jidysz i istniały szkoły żydowskie. O ile życie kulturalne było obecne, to religijne praktycznie nie istniało.
Niektórzy Żydzi asymilowali się, a inni chcieli być praktykujący, ale było to bardzo trudne. W czasach stalinowskich ubój religijny czy obrzezanie mogły być przyczynami prześladowania ze strony władz. Później było nieco lepiej, jednak atmosfera w Polsce nie sprzyjała rozwojowi społeczności żydowskiej.

Odczułaś to na własnej skórze?
- W latach 80. zdarzało mi się przychodzić do warszawskiej synagogi. Próbowałam nawiązać kontakt ze starszymi ludźmi, których tam zastałam, ale oni traktowali mnie dosłownie jak powietrze. - Dzień dobry - mówiłam. Nie odpowiadali. Po latach zapytałam jednego pana, dlaczego tak się wobec mnie zachowywał. Usłyszałam, że dziecko należało chronić, więc starał się mi pokazać, że nie jestem tam mile widziana. Chciał skłonić mnie, abym trzymała się z daleka od wszystkiego, co żydowskie. Z drugiej strony podejrzewał, że mogłam się podszywać pod Żydówkę, a w rzeczywistości być donosicielką.

Kiedy dowiedziałaś się, że jesteś Żydówką?
- Byłam jeszcze dzieckiem. Tata miał w domu papierową miniaturę Tory, takiej jak te trzymane w Świętej Arce w synagodze. Nie chciał, żebym jej dotykała. - Otwórz to, bo chcę zobaczyć, co tam jest napisane - poprosiłam pewnego razu. - Nie - odpowiedział krótko. Nie odpuszczałam. W końcu się poddał, odwinął zwój i pokazał mi jedną literkę.- Widzisz, i tak nie umiesz tego wymawiać - stwierdził. Chciałam, żeby coś mi przeczytał, ale usłyszałam, że to są historie dla dorosłych. - To ja się kiedyś ich sama nauczę - obiecałam. - Jak dorośniesz, to nie będziesz chciała mieć z tą księgą nic wspólnego - usłyszałam. - Jak dorosnę, to będę znała każdą literę w tej księdze -odparłam i nagle zapadła głęboka cisza. Nie zapomnę tej rozmowy do końca życia.
W tamtym momencie zrozumiałam, że zetknęłam się z innym wymiarem rzeczywistości, niż ta, która mnie otaczała - komunistycznej szarości i świeckiej homogeniczności. Dzisiaj wiem, że przede wszystkim dotknęłam głębokiej rany mojego ojca, która jednocześnie była źródłem jego duchowości.
W niedługim czasie tata zmarł i został pochowany na cmentarzu żydowskim w Warszawie. Chodziłam tam codziennie, bo to była dla mnie ucieczka przed światem. Wiedziałam o swoich korzeniach, ale były one tajemnicą w kontakcie ze światem zewnętrznym. Mama kiedyś mi powiedziała: - Powinnaś być bardzo dumna z tego, że jesteś Żydówką. Oczywiście jesteś też Polką. Ludzie będą mówić różne bzdury. Być może usłyszysz, że nie jesteś Polką, ale nie możesz się tym przejmować. Lepiej jednak nie mów o tym nikomu.
Trudno w kilku zdaniach zawrzeć więcej sprzeczności... Zresztą wyobraź sobie, że stajesz pośrodku kościoła i mówisz: - Mam HIV. W tamtych czasach tak czuła się osoba, która wypowiadała publicznie słowo „Żyd”. Przed przyznaniem się do pochodzenia powstrzymywał strach i dziwny wstyd.
Odczułaś to na własnej skórze?
- W latach 80. zdarzało mi się przychodzić do warszawskiej synagogi. Próbowałam nawiązać kontakt ze starszymi ludźmi, których tam zastałam, ale oni traktowali mnie dosłownie jak powietrze. - Dzień dobry - mówiłam. Nie odpowiadali. Po latach zapytałam jednego pana, dlaczego tak się wobec mnie zachowywał. Usłyszałam, że dziecko należało chronić, więc starał się mi pokazać, że nie jestem tam mile widziana. Chciał skłonić mnie, abym trzymała się z daleka od wszystkiego, co żydowskie. Z drugiej strony podejrzewał, że mogłam się podszywać pod Żydówkę, a w rzeczywistości być donosicielką.
Kiedy dowiedziałaś się, że jesteś Żydówką?
- Byłam jeszcze dzieckiem. Tata miał w domu papierową miniaturę Tory, takiej jak te trzymane w Świętej Arce w synagodze. Nie chciał, żebym jej dotykała. - Otwórz to, bo chcę zobaczyć, co tam jest napisane - poprosiłam pewnego razu. - Nie - odpowiedział krótko. Nie odpuszczałam. W końcu się poddał, odwinął zwój i pokazał mi jedną literkę.- Widzisz, i tak nie umiesz tego wymawiać - stwierdził. Chciałam, żeby coś mi przeczytał, ale usłyszałam, że to są historie dla dorosłych. - To ja się kiedyś ich sama nauczę - obiecałam. - Jak dorośniesz, to nie będziesz chciała mieć z tą księgą nic wspólnego - usłyszałam. - Jak dorosnę, to będę znała każdą literę w tej księdze -odparłam i nagle zapadła głęboka cisza. Nie zapomnę tej rozmowy do końca życia.
W tamtym momencie zrozumiałam, że zetknęłam się z innym wymiarem rzeczywistości, niż ta, która mnie otaczała - komunistycznej szarości i świeckiej homogeniczności. Dzisiaj wiem, że przede wszystkim dotknęłam głębokiej rany mojego ojca, która jednocześnie była źródłem jego duchowości.
W niedługim czasie tata zmarł i został pochowany na cmentarzu żydowskim w Warszawie. Chodziłam tam codziennie, bo to była dla mnie ucieczka przed światem. Wiedziałam o swoich korzeniach, ale były one tajemnicą w kontakcie ze światem zewnętrznym. Mama kiedyś mi powiedziała: - Powinnaś być bardzo dumna z tego, że jesteś Żydówką. Oczywiście jesteś też Polką. Ludzie będą mówić różne bzdury. Być może usłyszysz, że nie jesteś Polką, ale nie możesz się tym przejmować. Lepiej jednak nie mów o tym nikomu.
Trudno w kilku zdaniach zawrzeć więcej sprzeczności... Zresztą wyobraź sobie, że stajesz pośrodku kościoła i mówisz: - Mam HIV. W tamtych czasach tak czuła się osoba, która wypowiadała publicznie słowo „Żyd”. Przed przyznaniem się do pochodzenia powstrzymywał strach i dziwny wstyd.
Strach przed czym?
- Strach przed nieznanym i niezrozumiałym, który wynikał z ukrywania w sobie żydowskiej puszki Pandory... Strach, że ona się nagle otworzy. Strach przed wykluczeniem, strach przed samym sobą. Przerażenie koszmarną, zbyt ciężką do udźwignięcia historią i tym, co się może jeszcze wydarzyć.
Potem dowiedziałam się, że nie tylko ja się bałam. Kiedy w 1968 roku z powodu działań Gomułki i jego ekipy Żydzi wyjeżdżali z Polski, wielu z nich sądziło, że zaraz nastąpi drugi Holokaust. Niewiele trzeba było, żeby wpadli w panikę, bo oni żyli w cieniu przeszłości. Poza tym w kraju był też wyczuwalny antysemityzm, który objawiał się na różne sposoby.

Jak na przykład?
- Przede wszystkim o Żydach myślało się sprzecznie wewnętrznie - że są mądrzy, inteligentni, ale też przebiegli, chytrzy. Jednocześnie są w jakimś sensie ofiarami ostatniej wojny i tę wojnę przegrali. Istniało poczucie, że Żydzi nie są Polakami, są przeciwko Polsce, a bycie Żydem oznacza antypolskość i antychrześcijaństwo. A więc Żydzi są naroślami, czymś obcym. Nie mogłam się pogodzić z takim myśleniem o nas, bo ja jednak czułam się Polką i uważałam się za polską patriotkę. Chodziłam na marsze i demonstracje „Solidarności”...
Twoim zdaniem to podejście się zmieniło?
- Oczywiście ewoluowało. Dzisiaj więcej Żydów funkcjonuje w sferze publicznej i jako Polacy są akceptowani. Chociaż w dalszym ciągu różnym ludziom próbuje się w formie zarzutu wyciągnąć pochodzenie żydowskie pradziadków. W niektórych środowiskach było i jest przeświadczenie, że bycie Żydem jest stygmatem.
A dlaczego z byciem Żydem wiązał się wstyd?
- W czasach, w których dorastałam, polski mit narodowy był oparty na waleczności. Natomiast o Żydach mówiło się, że szli na śmierć jak barany. Nadal pamiętam wiersz o nagiej rudej Ryfce [„Ballady i romanse” Władysława Broniewskiego - przyp. red.]. Jakże był inny niż opowieść o Rudym z „Kamieni na szaniec”. Naga wariatka biegnąca bez celu i bohater, który pomimo tortur nie tylko nie zwariował, ale również nie zdradził swoich przyjaciół. Było coś w Holokauście, co odbierało mi poczucie dumy, w kontekście tego, co uważało się za wartości w polskiej kulturze. Za komuny były publikowane opowieści o bohaterskich powstańcach getta, ale w moim środowisku nikt o tym nie wspominał. Nie byłam w stanie zrozumieć, jak to możliwe, że w całej żydowskiej społeczności nie znalazł się ani jeden bohater. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że nie słyszę całej historii.
Tata opowiedział ci o swojej rodzinie?
- Bardzo mało. Miałam wrażenie, że ukrywa wiele ze swoich wspomnień. Nie ze wstydu, ale raczej dlatego, że całą rodzinę stracił w czasie wojny i w związku z tym czuł winę ocalałego.
Moja mama na tematy żydowskie mówiła bardziej otwarcie, ale też nie było to łatwe, bo pożogę powstania w getcie widziała z okien piwnicy, w której była schowana. Myślała wtedy, że będzie następna do rozstrzelania.
Zachowały się jakieś pamiątki po rodzinie?
- Absolutnie nic. Na stronie internetowej znalazłam archiwalne zdjęcia sprzed wojny z Przyrowa, miejscowości pod Częstochową, i jest możliwe, że na jednym z nich znajduje się mój dziadek. Nie jestem pewna. Jest to zdjęcie zarządu gminy żydowskiej, a mój dziadek był jej przewodniczącym. Ale i tak mam wiele. Miałam rodziców, wiem, gdzie znajduje się grób ojca oraz skąd pochodzi moja rodzina, jak i to, że przed wojną nazwisko rodowe brzmiało „Garcarski”, a nie „Gonczarski”. Wiem, że dziadek czytał gazetę po polsku i wspierał polską niepodległość. To dużo informacji w porównaniu do ludzi, których rodzice wiedzą tylko tyle, że byli dziećmi ocalałymi z Holokaustu.
Nie dowiedziałam się w dzieciństwie jednak tego, co było dla mnie najważniejsze. Chciałam zrozumieć, kim byli moi dziadkowie i móc nawiązać z nimi wewnętrzny dialog. Ale oni pochodzili z innego świata niż ten, w którym ja się wychowałam. Nie sądzę, że sobie wyobrażali, że ich wnuczka nie będzie znała jidysz, hebrajskiego ani podstaw judaizmu.
W twoim rodzinnym domu były zachowane tradycje żydowskie?
- Prawie wcale, ale to nie było dziwne. Moi rówieśnicy w ogóle nie wiedzieli, że są Żydami. Najczęściej dowiadywali się o tym jako nastolatki od sąsiadki albo dalszej kuzynki.
Pamiętam jednak, że mój tata zawsze jadł kurczaki. Kiedyś byliśmy w domu we dwójkę i chciałam zjeść kurczaka z bułką i masłem. Tata mi na to nie pozwolił. - Dlaczego nie chcesz dać mi masła, przecież kurczak jest suchy? - zapytałam. - Bo my tak nie robimy - odpowiedział. Nie wytłumaczył mi, dlaczego nie wolno łączyć tych dwóch produktów ze sobą, więc dopiero po latach zrozumiałam, co miał na myśli. Z kolei moja mama nie była wychowywana w tradycji żydowskiej, ale wyniosła z domu tradycję mistyczną. Znała midrasze, legendy, opowieści...  W naszym domu myśl żydowska była wymieszana z mistyką i filozofią z całego świata.

Próbowałaś na własną rękę dowiedzieć się czegoś o zwyczajach żydowskich?
- Tradycja żydowska stała się dla mnie czymś fascynującym, ale równocześnie bolesnym, jakimś obowiązkiem, którego nie potrafiłam wypełnić. Pamiętam, jak stałam nad grobem mojego ojca i zastanawiałam się, dlaczego nie jestem do końca pewna własnej tożsamości. Byłam taką nie do końca udaną kontynuacją. Nie miałam jeszcze świadomości, że gdzieś daleko w Izraelu i w Ameryce jest życie żydowskie. A nawet gdybym o tym wiedziała, to było ono oderwane od tradycji polskich Żydów. Czułam się zagubiona duchowo i religijnie.
W czasach „Solidarności” była presja, żeby opowiedzieć się po jednej ze stron. Po wielu naciskach znajomych mama, dla mojego bezpieczeństwa, zgodziła się mnie ochrzcić, chociaż było to wbrew woli mojego zmarłego ojca. Miałam wtedy dziesięć lat i to miał być wyjątkowy dzień. Początkowo nawet tego chciałam, bo myślałam, że może to uporządkuje moje życie, odpowie na niektóre pytania i mój problem zniknie. Pięć minut po chrzcie zrozumiałam, że zrobiłam błąd. Uświadomiłam sobie, że jestem pierwszą ochrzczoną osobą w historii mojej rodziny. Miałam wrażenie, że zdradziłam siebie i osobę, którą kochałam...  Nie mam pojęcia, dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam.
Pewnie zrobiłaś to dlatego, bo czułaś się też Polką.
- Oczywiście, że czułam się Polką. Chciałam znać historię Polski czy literaturę, jak każdy dobrze wykształcony Polak. A Polska to kraj katolicki. Przeważyło chyba jednak to, że byłam na drodze poszukiwań duchowych. Jako dziecko prosiłam w myślach: - Jeśli jesteś Boże, to mi się objaw. Pragnęłam raz na zawsze rozwikłać tę zagadkę i mieć pewność, że jest coś więcej. Słyszałam wtedy głęboką ciszę i zostawałam sama z trudnymi pytaniami.
Większość twoich kolegów była z katolickich domów?
- Tak, ale ten ich katolicyzm był powierzchowny. Rozmawiałam z nimi o wierze, bo miałam taki okres, że chciałam być bardziej papieska od papieża. Wydawało mi się, że moi koledzy w ogóle nie wiedzą, o czym mówią. Próbowałam jednak tak samo jak oni przeżywać święta i obrzędy religijne. Myślałam, że to się da zrobić.
Kiedyś poszłam na lekcję religii do katolickiego kościoła i ksiądz powiedział tak: - Jeśli osoba ochrzczona umrze bez ostatnich sakramentów, ale przed śmiercią pojedna się z Bogiem, to jej dusza pójdzie od razu do nieba. Jeśli ktoś był nieochrzczony, to pójdzie do czyśćca. Odważyłam się zapytać: - Moi dziadkowie zginęli w Auschwitz, gdzie zostali zamordowani przez chrześcijan, bo protestanci to też chrześcijanie. I ten protestant, ponieważ był ochrzczony i może w ostatniej chwili nawrócił się, pójdzie do nieba, podczas gdy mój dziadek, który był Żydem i postępował całe życie zgodnie ze swoją wiarą, a na koniec stał się ofiarą, pójdzie teraz do czyśćca? Natychmiast zostałam wyrzucona z lekcji. Ksiądz poprosił też, żebym więcej nie przychodziła. Wtedy zrozumiałam, że to nie może być moja religia, bo w mojej religii musi być możliwość zadawania pytań.
W judaizmie jest miejsce na pytania?
- Talmud otwierają niezwykle głębokie poszukiwania teologiczne, ale każde pokolenie dopisuje kolejną warstwę pytań, które często pozostają bez odpowiedzi. Mam nadzieję, że ja również kiedyś będę miała zaszczyt uczestniczyć w tym procesie. Moim zdaniem nie trzeba znać wszystkich odpowiedzi. Czy nie jest tak, że teologia, która stara się odpowiedzieć na wszystkie pytania, w końcu kostnieje i zamiera?

Nauczyłaś się rozmawiać z Bogiem?
- Rozmowa z Bogiem jest trudną sztuką. Trzeba umieć milczeć i znieść tę ciszę. Milczenie, które jest modlitwą, rozmową, spotkaniem, odnalazłam na żydowskim cmentarzu. Będąc tam, miałam wrażenie, że moja dusza mówi językiem, którego nie znam. Z każdą wizytą na grobie mojego ojca wydawało mi się, że zaczynam rozumieć coraz więcej. Coraz wyraźniej zdawałam sobie sprawę, że muszę poznać żydowską historię, judaizm, hebrajski i jidysz.
Katolicy mówią o powołaniu i ja mam zwyczajnie inne zadania do wykonania. Cieszę się, że byłam po obu stronach płotu, bo to doświadczenie wiele mnie nauczyło. Rozumiem, że współcześnie katolicyzm ma wiele do zaoferowania. Jestem pod wrażeniem przemian w kościele w XX wieku, które były kontynuowane przez Jana Pawła II. Natomiast cieszę się też z tego, kim dzisiaj jestem i nie chcę być kimś innym. Uważam też, że razem tworzymy oblicze Boga, bo wszyscy zostaliśmy stworzeni na jego podobieństwo. Trzeba mieć dużo siły i pokory w sobie, by widzieć Boga w każdej religii, jednak jest to możliwe.
Kiedy zaczęłaś mówić otwarcie, że jesteś Żydówką?
- W liceum już działałam w środowisku żydowskim, więc mówiłam o tym dość otwarcie. W latach 90. było ono podzielone na dwie grupy: młodych, urodzonych po wojnie, i tych ocalałych z Holokaustu.
Dla mnie najważniejsza była podróż duchowa. Zaangażowałam się w życie religijne do tego stopnia, że czasem świeccy Żydzi byli zaniepokojeni moją religijnością. Judaizmem zaczęłam się zajmować na poważnie, kiedy poznałam rabina Schudricha. Musiałam się nauczyć angielskiego, bo na ten temat było bardzo niewiele książek w języku polskim. Czasem tylko starsi Żydzi opowiadali mi, jak im się kiedyś żyło.
Czego się od nich dowiedziałaś?
- Byli dla mnie takim mostem pomiędzy światami. Kiedyś poszłam odwiedzić cmentarz, na którym był pochowany tata. Nad sąsiednim grobem stał mężczyzna. Zapalał świeczki. - O co chodzi z tymi świeczkami? - zapytałam. - Dzisiaj jest święto Chanuka -odpowiedział. - Słucham? - Kiedyś na Izrael napadli Grecy i zniszczyli świątynię -odparł. - Jaką świątynię? -  dopytywałam. - Nie wiesz jaką świątynię? Jerozolimską. Potem Machabeusze ją odzyskali, oczyścili i my z tej okazji obchodzimy święto. Tak dowiedziałam się o radosnym święcie Chanuka.

Mówisz po hebrajsku?
- Tak. Nauka nie była łatwa i zajęła mi wiele lat. W końcu zaczęłam samodzielnie czytać teksty religijne, Torę i ją rozumieć. W połowie lat 90. pojechałam do Izraela i studiowałam dalej. Bardzo chciałam zobaczyć ziemię moich przodków.
I jaka była twoja reakcja?
- W czasie tej wizyty w 1995 roku parę rzeczy mnie uderzyło. Kiedy poszłam do dzielnicy chasydzkiej, miałam wrażenie, że ktoś włożył mnie do filmu sprzed II wojny światowej, tylko nie wiedziałam dlaczego kolorowego zamiast czarno-białego. Odezwał się we mnie syndrom drugiego pokolenia - tych, których rodzice przeżyli Holokaust. - Ludzie, uciekajcie, za chwilę będzie wojna! - myślałam z lękiem. Wydawało mi się, że trzeba stamtąd wywieźć wszystkie dzieci. Tylko gdzie je wywieźć?
Drugą reakcją był ogromny żal, że moja rodzina nie ocalała, że nie wyrosłam w tradycji żydowskiej, w pełnym tego słowa znaczeniu. Czułam niepewność, czy jestem autentyczna w tym, co robię, czy wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Przed przyjazdem wydawało mi się, że jestem jak to brzydkie kaczątko, które nigdzie nie pasuje, a potem wypłynie na jezioro, dostrzeże łabędzie i nagle zauważy: - Jestem jak te łabędzie! A ja wypłynęłam na to jezioro i te łabędzie na mnie patrzą, ja patrzę na nie i ani te łabędzie nie są takie jak ja, ani ja jak te łabędzie. A mój dziadek mawiał do mojego ojca: - Ja to ja, ty to ty.
Jak Żydzi z Izraela reagowali na Żydówkę z Polski?
- O, Rosjanka - słyszałam. - Nie, nie, jestem z Polski - odpowiadałam. - A to prawie to samo. To było straszne, bo wiele osób w środowisku syjonistyczno-religijnym, do którego należałam, w ogóle nie rozumiało mojej historii. Zajęło mi wiele lat znalezienie wspólnego języka ze środowiskiem żydowskim w Izraelu i w Stanach Zjednoczonych, z ludźmi wychowanymi poza polskim doświadczeniem. Uparłam się. Żeby to zrobić, musiałam zamknąć pewną część mojej polskości w jakimś pudełku i zacząć żyć w ich rzeczywistości.
Na szczęście dużo się zmieniło od tego czasu. W ostatnich latach w Izraelu byli Aleksander Kwaśniewski, Lech Kaczyński, Donald Tusk. Premierzy i prezydenci Izraela jeździli też do Polski. Teraz nawet mniej wykształcony Izraelczyk widzi różnicę między Polską a Rosją oraz zdaje sobie sprawę z napięcia pomiędzy tymi krajami.
Dobrze ci się mieszka w dzielnicy chasydzkiej w Nowym Jorku?
- Tak. Jest też tutaj sporo Żydów, którzy mają polskie pochodzenie. Bardzo się lubimy, bo cechuje ich wielowarstwowe myślenie i pęd do wiedzy. Wielu ortodoksyjnych Żydów jest wykształconych religijnie, ale niekoniecznie świecko, bo obawiają się, że szkoła może być źródłem asymilacji. Żydzi o polskim pochodzeniu opierają się temu myśleniu, mają pokończone uniwersytety.
Widzę też, jak bardzo nasze kultury się wymieszały przez wieki. Wchodzę do koszernego sklepu i na koszernej półce z mlecznymi produktami są nasze polskie naleśniki. Fakt, że w chasydyzmie pije się piwo przy różnych okazjach też jest typowo polską tradycją. Pomijając to, że stroje chasydzkie są strojami z Europy Wschodniej.
Rosół, barszcz, karp w galarecie, chałka występują w obu kulturach. Kuchnia na pewno nas łączy, a jednak Żydzi często uważają nas za antysemitów i Polacy nie
zawsze się z tym zgadzają.

- Żydowska pamięć, jako przekaz głównie religijny, jest taka, że Polska była kolejnym krajem, do którego Żydzi przybyli po wygnaniu. Nie we wszystkich tych wspomnieniach Polska była miejscem przychylnym Żydom. Wynika to trochę z faktu, że Holokaust najbardziej dotknął właśnie polskich Żydów. Narracja historyczna w dużym stopniu jest tworzona przez węgierskich Żydów i inne grupy, które we wcześniejszych pokoleniach mieszkały w Polsce. Część z nich na skutek przesunięcia granic wyjechała z terenów, których dzisiaj w ogóle nie uważamy za polskie - z Ukrainy, Białorusi, Litwy. Żydzi doświadczyli rosyjskich pogromów na terenach dawnej Rzeczpospolitej przed rozbiorami i teraz ich potomkowie myślą, że w Polsce był antysemityzm. Ten obraz jest wypaczony, ponieważ głos polskich Żydów jest dużo mniej słyszalny. Na szczęście on jest. Dzięki temu bardzo wiele osób ma świadomość procesów historycznych i uważa, że byliśmy gośćmi mile widzianymi w Polsce.
Z drugiej strony istnieje też - moim zdaniem najśmieszniejsza - polska narracja filosemicka, kompletnie absurdalna, według której Żydzi rządzą światem, są strasznie inteligentni, ja też chciałbym być Żydem. Pokazuje ona przekonanie, że Żydzi są lepsi od Polaków, ale niekoniecznie musi być źródłem antysemityzmu. Tymczasem społeczność żydowska jest zupełnie różnorodna. Niektórzy ludzie są bardziej inteligentni, inni mniej. Tak samo jest z kreatywnością czy konformizmem.
W tej chwili pracujesz w szkole dla dziewcząt z ortodoksyjnych domów żydowskich w Nowym Jorku.
- Tak, jestem zatrudniona jako osoba duchowna w szkole dla dziewcząt z problemami. Od pewnego czasu różne środowiska, w tym chasydzkie, zmagają się z problemami emocjonalnymi, w tym samobójstwami wśród nastolatków. Niektórzy z nich chcą odejść od religii, bo nie umieją się odnaleźć w świeckim świecie. Oczywiście jest to trudne dla ich rodziców, którzy nie wiedzą, jak się zachować w tej sytuacji.
Jesteś uważana za osobę duchowną, bo w Stanach ukończyłaś religijną szkołę Maharat.
- To nie jest jedyna szkoła, która kształci kobiety, ale miała świetny program z zaawansowanym treningiem liderskim, duszpasterskim i psychologicznym. Chciałam jeszcze lepiej zrozumieć judaizm, sięgnąć w głąb żydowskiej tradycji. W Maharat uczyłyśmy się, jak prawo żydowskie zachowywać, ale również jak je zmieniać, i dla mnie było to wyjątkowe przeżycie.
Poza tym, chociaż mieszkałam w Izraelu, to nie byłam w stanie pewnych zjawisk zrozumieć bez poznania świata amerykańskich Żydów. Podziały, poglądy i przekonania amerykańskich Żydów przekładają się na to, jak myślą Żydzi na całym świecie, a przynajmniej muszą się do tego ustosunkować. Izraelska kultura jest dużo bliższa europejskiej niż amerykańska. Zresztą państwo Izrael zostało zbudowane w większości przez europejskich, często polskich Żydów.
Amerykańscy Żydzi zwykle uważają, że są narodowościowo Amerykanami, a Żydami w sensie religijnym. Ci, którzy postrzegają się jako grupę etniczną, najczęściej wyjeżdżają do Izraela i czują się z tym krajem bardzo związani.

Kiedy judaizm zaprosił kobiety do dialogu?
- W Talmudzie są prorokinie, które odgrywały ważną rolę w historii żydowskiej. Żony rabinów były często pracownikami socjalnymi, a nieraz kimś więcej - nauczycielkami dziewcząt. W 1935 roku urodzona w Niemczech Regina Jonas przyjęła smichę z rąk liberalnego rabina Maxa Dienermanna. Od dwudziestu lat ruch konserwatywny też kształci kobiety i zezwolił dawać im smichy. Tak więc proces, w którym kobiety mogłyby w dyskusji religijnej uczestniczyć w sposób otwarty i zorganizowany, jest czymś relatywnie nowym.
Czym jest smicha?
- W starożytnym Izraelu można było otrzymać smichę po latach nauki religii, i było to potwierdzeniem, że dana osoba ma wiedzę. Przez kilkaset lat ten zwyczaj nie istniał, ale powrócił. Jeśli nauczyciel ufa twojej wiedzy w kwestiach religijnych i uważa, że masz kompetencje, aby uczestniczyć w procesie tworzenia prawa żydowskiego, otrzymujesz smichę.
Czy twoim zdaniem smicha jest tożsama z byciem rabinem?
- Rabin to osoba duchowna, nauczyciel. Jest to właściwie funkcja człowieka zatrudnionego przez gminę, żeby prowadził życie duchowe i stanowił prawo żydowskie dla lokalnej społeczności. Zdarza się, że osoba cieszy się ogromnym szacunkiem i przez wszystkich nazywana jest rabinem, a nie ma smichy. Może być sytuacja, że ktoś ma smichę i w ogóle nie jest rabinem, bo jest inżynierem albo lekarzem i dla niego ukończenie szkoły dla rabinów było częścią edukacji.
Myślę, że bycie rabinem polega na umiejętności prowadzenia rozmowy o tym, jaki powinien być świat, który współtworzymy, i co to znaczy być człowiekiem. Jednak jak wspomniałam, jest to często zawód nieomal urzędniczy. Ja postrzegam siebie bardziej jako twórcę, artystkę, której narzędziem i warsztatem są relacje międzyludzkie. Jestem też naukowcem, ciągle chcę się rozwijać.
W jakiej roli widzisz siebie w przyszłości?
- Chciałabym być żydowską teolożką. Jako absolwentka Maharat należę do środowiska bardziej nowoczesnego. Jesteśmy krytykowani przez ultraortodoksyjny świat za zmiany, w tym te dotyczące roli kobiet. Dla mnie wciąż jest zagadką, jak pogodzić tradycję i nowoczesność. Z jednej strony uważam, że edukacja jest szalenie ważna i kobiety muszą mieć prawo do własnych poszukiwań duchowych oraz intelektualnych. Ten model, że mężczyzna - ojciec czy mąż - jest wodzem duchowym kobiety, nie zawsze jest realistyczny. Z drugiej strony tradycja jest najważniejszym elementem w tożsamości żydowskiej.
Obecnie pęd do nowoczesności jest postrzegany jako coś pozytywnego. Widać to w najprostszych sytuacjach - jeśli w sklepie pojawia się coś nowego, to musimy tego spróbować. Trzeba się zastanowić, czy taka postawa jest dobra dla tradycji żydowskiej. Czy to nowe jest wartością, w której chcemy tworzyć? A może wartością jest zachowanie tradycji?

Miriam Gonczarska. Urodziła się w Warszawie. Od początku lat 90. XX wieku związana była z odbudową społeczności żydowskiej w Polsce. Współtworzyła pismo „Jidele”, współpracowała z czasopismem „Midrasz”, a także była koordynatorką programów edukacyjnych przy Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich i redaktorką hebrajskiej sekcji Kol Polin Polskiego Radia dla zagranicy. Jej teksty publikowane były w czasopismach takich jak „Więź”, „Gazeta Wyborcza” czy „Przegląd Powszechny”. Występowała w roli eksperta w dziedzinie prawa i religii żydowskiej, zarówno w programach telewizyjnych, jak i w prasie. Współtworzyła przy Gminie Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie reformowaną społeczność Ec Chaim. W 2015 roku  ukończyła Yeshivat Maharat w Nowym Jorku i jako pierwsza ortodoksyjna kobieta w historii Europy otrzymała smichę.
Wywiad ukazał się w "Weekendzie" na stronie gazeta.pl

niedziela, 10 stycznia 2016

Swastyka na Dalekim Wschodzie to klucz do raju. Dlaczego naziści posłużyli się tym symbolem?

Swastyka - symbol znienawidzony podczas II wojny światowej - ma przynajmniej 12 tysięcy lat i do czasu zawłaszczenia przez hitlerowców budziła pozytywne skojarzenia. Marcin Klebba, badacz swastyk, opowiada m.in. o swastykach "ukrytych" w bieliźnie, znajdujących się na fińskich samolotach czy polskich odznaczeniach wojskowych. Okazuje się bowiem, że swastyka widniała na orderach 3. Pułku Strzelców Podhalańskich.


Koleżanka w czasie wakacji za granicą zauważyła, że tatuaż na ramieniu kelnera ma formę swastyki. Oburzyła się, a kelner widząc jej reakcję, powiedział: „Jesteś z Polski, prawda?”.
- To naturalne, że ludzie są podejrzliwi, widząc swastykę. Sam o jej istnieniu dowiedziałem się - jak pewnie większość osób - na lekcjach historii w szkole podstawowej. Kojarzyłem więc ten znak z okresem II wojny światowej i z nazistami. Dopiero później odkryłem, że to nie jest symbol hitlerowski, lecz wywodzi się z pierwotnych kultur.
W czasie studiów archeologicznych na zdjęciach zabytków zobaczyłem swastyki i podobne do nich znaki. Profesorowie tłumaczyli, że są to symbole słońca, które nawiązywały do okresu, kiedy było ono dla ludzi bogiem.    
Jakie są najstarsze przypadki odnalezionych swastyk?
- Najstarsza swastyka znajduje się w Dolinie Ararat w Armenii. Została wyryta na skale około 10 tysięcy lat p.n.e. Na rysunku widoczni są łowcy polujący na jelenie, krzyż, dwie swastyki prawoskrętne oraz spirala. To znalezisko jest w Armenii powszechnie znane. Koleżanka, która była tam na wakacjach, kupiła bransoletkę z tym wzorem.
Z kolei na stanowisku w Mezyniu, na Ukrainie, znaleziono pozostałości po szałasach łowców i zbieraczy oraz wiele przedmiotów wykonanych z kości. Na nich znajdowały się meandry [ornamenty - przyp. red.] zdobnicze; niektóre z nich wyglądają właśnie jak swastyki. Również w jednej z jaskiń w Brazylii znaleziono krzyże wpisane w koło, w tym swastyki.
Do końca nie wiemy, skąd wziął się ten symbol. Niektórzy twierdzą, że wywodzi się z Mezopotamii od starożytnych Sumerów, ale nie mamy na to dowodów. Na pewno swastyka miała duże znaczenie w Troi. Swastyki tam odnalezione są bardzo podobne do symbolu współcześnie używanego przez Hindusów. Stąd też wielu badaczy sądziło, że swastyka hinduska wywodzi się z Troi. Wydaje mi się jednak, że jest na tyle prostym znakiem, że mogła równolegle zostać wymyślona w różnych miejscach.
Czy swastyki odnajduje się na całym świecie?
- Do tej pory nie stwierdzono ich w Australii, wśród dawnych kultur aborygeńskich. Niewiele tych symboli zlokalizowano w pobliżu biegunów. Najwięcej pochodzi z Europy starożytnej. Jest ich tak dużo, że badacze skupiają się nie na tym, gdzie występują, ale raczej na rejonach, w których jest ich wyjątkowo duża koncentracja. W Azji natomiast swastyki rozpowszechniły się wraz z rozwojem buddyzmu.
W Ameryce Północnej różne plemiona indiańskie znały ten znak i wyszywały go na ozdobach bądź odzieniu. Z czasem pojawił się on w kulturze zachodniej, ale był raczej wyrazem globalizacji niż efektem lokalnych wpływów. Na przykład w Stanach Zjednoczonych jest most, na którym wyryte zostały swastyki. Mogą symbolizować ochronę przed powodzią, ponieważ inżynierowie amerykańscy inspirowali się mostem w Indiach wybudowanym w podobnych warunkach, a w tamtej kulturze swastyka była m.in. symbolem boga Indry, który sprawował kontrolę nad wodą. Później błędnie sądzono, że te swastyki upamiętniały Indian. Warto jednak przy tej okazji dodać, że po II wojnie światowej niektóre plemiona zaprzestały używania tego symbolu dla poszanowania jej ofiar.
A skąd się wzięła nazwa „swastyka”?
- Sama nazwa wywodzi się z języka sanskryckiego i oznacza przynoszący szczęście. Swastyka znana jest też pod innymi określeniami. Po niemiecku hakenkreuz tohaczykowaty krzyż. Można też określić ją mianem łamanego krzyża lub załamanym krzyżem. W Grecji swastykę nazywano gammadion od ułożenia czterech greckich liter gamma „Γ”, a w krajach anglosaskich i skandynawskich kojarzyła się z czterema nogami i była znana jako fylfot, czyli wiele nóg. W języku chińskim jest określana mianem wan.
W północnej części Kanady, w Ontario, jest nawet mała miejscowość, która od 1911 roku nazywa się Swastika. Po II wojnie światowej władze chciały zmienić nazwę, ale mieszkańcy się na to nie zgodzili. Do dzisiaj taką nazwę noszą również dwa jeziora, z czego jedno znajduje się w Stanach Zjednoczonych.

Jak wyglądają znajdowane przez badaczy swastyki?
- Dzielą się na kilka rodzajów. Klasyczne mają formę krzyża równoramiennego, ze wszystkimi ramionami zagiętymi pod kątem prostym w jedną stronę, w prawo bądź w lewo. Cztery ramiona określają cykle, np. cztery kierunki świata lub cztery pory roku. Jeśli ramiona są łagodnie zakończone, to swastyka jest bardziej okrągła i sprawia wrażenie, jakby szybko wirowała.
Swastyka może też mieć więcej ramion zagiętych w tym samym kierunku - choćby dwanaście. Takim symbolem jest znak czarnego słońca, składający się z trzech nałożonych na siebie swastyk.
Wieloramienną swastykę znali też Słowianie.
- Tak. Nazywana jest kołowrotem. Składa się z dwóch nałożonych na siebie swastyk, ale występowała także w klasycznej postaci. Słowiański bóg, którego symbolem była swastyka, czasami przedstawiana jako krąg ognisty, to Swaróg. Stąd też określenie tego znaku także jako swarga, swarzyca, swarożyca lub świąszczyca. Bóg Swaróg był kojarzony z ogniem, z cyklem natury. Oddawano mu cześć, aby zapewnić cykl, w którym słońce ogrzewało świat.
Słowianie mieli swastyki również na naczyniach, ozdobach i odzieży. Jednak nawet w dalekiej przeszłości, w innych kulturach,  nie zawsze ten symbol eksponowano, czasami wręcz był on ukrywany. Jednym z takich przykładów jest znalezisko archeologiczne z okolic Garwolina, datowane na około 2500 lat p.n.e. Odkryto tam dwa megalityczne groby z kultury amfor kulistych (archeologiczne określenie ludności żyjącej pod koniec epoki kamienia na terenach Polski; po przedstawicielach tej kultury pozostały m.in. naczynia o kulistym kształcie - przyp. red.). W grobach tych pośród innych znalezisk natrafiono na dwa naczynia ceramiczne ze swastykami. Mała amforka miała swastykę na brzegu, poniżej ucha. W większej swastyka była ukryta wewnątrz. Dostrzeżono ją tylko dlatego, że naczynie pękło.
W średniowieczu swastykę można było znaleźć na spodach naczyń. Stanowiła znak garncarski, ponieważ w tym okresie producenci tworzyli renomę własnej marki. Ale kto by pomyślał, że znajdziemy swastyki w epoce kamienia, gdy na terenie Polski mieszkały ludy, które zajmowały się pasterstwem? Okazuje się, że w niektórych kulturach zdobienie miało znaczenie nie tylko dla sfery wizualnej, ale i duchowej. Jeśli uważano, że swastyka ma moc uzdrawiania, to trunek, który był przechowywany w naczyniu nią ozdobionym, mógł zostać w ten sposób uświęcony.
Obecnie też można znaleźć ukryte lub ledwo widoczne symbole swastyki na przedmiotach codziennego użytku, np. bieliźnie, starych ręcznych maszynkach do strzyżenia - w miejscu gdzie odchyla się główkę ostrza - a nawet na papierze toaletowym. Wzór bywa używany nieświadomie - na przykład jeden z producentów bielizny prawdopodobnie kupuje zdobiony swastyką materiał w Indiach, gdzie ten symbol budzi pozytywne skojarzenia.

W Polsce swastyka kojarzy się jednoznacznie, jest uważana za hitlerowski symbol. Czy ludzie nie patrzą na ciebie podejrzliwie, wiedząc, że zajmujesz się badaniem jej pochodzenia, a nawet prowadzisz stronę internetową o swastykach?
- Gdy promotor na trzecim roku studiów poprosił, żeby zaproponować temat pracy licencjackiej, rzuciłem odważnie, że może powinienem napisać o swastykach na Bliskim Wschodzie, bo nie ma na ten temat uporządkowanych informacji. Kiedy to usłyszeli moi koledzy z roku, zaczęli się śmiać, chociaż już wcześniej spotkali się z tym symbolem na zajęciach i wiedzieli, jakie miał dawniej znaczenie. Jak pokazałem prezentację, na której przedstawiłem mapę świata ze swastykami oznaczającymi miejsca, w których znaleziono ten symbol, na początku poczuli się dość nieswojo, jakby to była jakaś inwazja. Potem akademicka wiedza wygrała z emocjami.
Innym razem poprosiłem kogoś z rodziny, żeby skserował mi książkę ze zdjęciami swastyk, na co miałem pozwolenie jej autora. Osoby, które przypadkowo zerknęły na wydrukowane strony, były przerażone, widząc zdjęcia swastyk, bo w ich mniemaniu oznaczają zło.
W tym czasie w Polsce odbywała się wystawa wykopalisk prowadzonych przez Henryka Schliemanna w Troi. Znaleziono tam wiele przęślików [ciężarki przymocowane do wrzecion - przyp. red.] ze swastykami, ale w ramach ekspozycji prezentowanej w naszym kraju nie przedstawiono ani jednego zabytku z tym symbolem. Nie wiem, czy celowo, czy nie, ale już wcześniej, kiedy zwiedzałem wystawę sztuki starożytnej w Muzeum Narodowym w Warszawie, zauważyłem, że niektóre naczynia ustawiono tak, jakby swastyki miały być niewidoczne. Bardzo trudno było przecisnąć się między gablotami i zobaczyć je z drugiej strony.
W takim razie znalezienie informacji na temat swastyk musi być nie lada zadaniem.
- Teraz jest łatwiej, bo można na ten temat przeczytać chociażby w Wikipedii. Poza tym kilka osób na bieżąco aktualizuje strony internetowe o tym symbolu. Natomiast w czasie studiów w bibliotece uniwersyteckiej znalazłem dwie książki o swastykach, w tym jedną po rosyjsku. Wysłałem zdjęcia rycin do mojego dziadka, żeby przetłumaczył opisy. Drugą pozycją była „Swastyka w dziejach cywilizacji” Filipa Buddy. Dla mnie to było ważne odkrycie. Wcześniej w słownikach znajdowałem podstawowe informacje. Brakowało w nich przykładowych zdjęć, a z kolei na stronach internetowych nie było podpisów pod różnymi swastykami.

Później zauważyłem, że niektórzy twórcy opisów w słownikach popełnili błędy, przepisując jeden od drugiego. Jedni opisywali swastykę lewoskrętną jako prawoskrętną i odwrotnie. Teraz już wiem, że rozbieżności mogły wynikać z mylnego określania kierunku ruchu wirowego. Zrobiłem kiedyś ankietę na próbie 100 osób i zauważyłem, że dla części badanych ta sama swastyka sprawia wrażenie ruchu w jedną stronę, a dla pozostałych - w przeciwną. Niewielu dopuszczało taką możliwość, że swastyka może sprawiać wrażenie obrotu w obie strony. Okazuje się, że hitlerowska swastyka jest prawoskrętna, choć zawsze myślałem, że sugeruje ruch obrotowy w lewą stronę.
Czy to, w którą stronę odginają się ramiona, wpływa na symbolikę swastyki?
- Nie jestem zwolennikiem poglądu, że swastyka prawoskrętna, czyli wyglądająca tak jak hitlerowska, niesie tylko złe znaczenie, a lewoskrętna - tylko dobre. Z takim podziałem się jednak spotkałem. Wydaje mi się, że chodzi o to, by ludzie byli w stanie dostrzec różnicę. Aby widząc swastykę na końcu świata, mogli sobie wytłumaczyć: Ta jest lewoskrętna, w takim razie nie jest nazistowska.
Swastyka jest dobrze znana w Azji. W kulturze hinduskiej symbolizuje m.in. boginię Kali, Indrę, Ganeśa. W buddyzmie oznacza osobę oświeconą, klucz do raju. Często znajduje się na piersiach Buddy - ma wówczas ramiona wygięte w jedną lub w drugą stronę. W takich sytuacjach trudno powiedzieć, żeby jedna swastyka była demoniczna, a druga dobra, bo w tej kulturze oba kierunki są spójne. Pomiędzy ramionami swastyki czasami maluje się kropki będące przedstawieniem istot, w które można się reinkarnować. Natomiast geometryczny układ ramion pokazuje cykl reinkarnacji.
Dopiero po II wojnie światowej badacze rozróżnili swastyki prawo- i lewoskrętne, chociaż dla mieszkańców Azji nie ma to większego znaczenia. W niektórych miejscach z pamiątkami można kupić naklejki z czarną swastyką na białym, a nawet czerwonym tle. Bardzo przypomina to symbol hitlerowski, ale wcale nim nie jest. Dla ludzi wierzących jest synonimem boskości.

Dlaczego naziści posłużyli się tym symbolem?
- Bezpośrednio przed II wojną światową swastyka była popularna w Niemczech w neopogańskich i mistycznych kręgach o charakterze rasistowskim. Grupy te wspierały ideę odnowy starożytnej kultury aryjskiej wywodzącej się z Dalekiego Wschodu. Na przykład godłem Stowarzyszenia Thule była wówczas swastyka otoczona promieniami, leżąca za nagim mieczem. Właśnie takie skojarzenia i zastosowania nadały swastyce negatywne, antysemickie znaczenie. W tym symbolu widziano zapowiedź odrodzenia czystości rasowej w Europie. W dodatku Niemcy znajdowali przedmioty zdobione swastykami podczas badań wykopaliskowych w Europie oraz etnograficznych np. w Indiach i w Tybecie, gdzie dotarli w styczniu 1939 roku. To wszystko powodowało, że zaczęli tworzyć mit jedności z przeszłością i jednocześnie ekspansji na przyszłość.
Niektórzy członkowie Stowarzyszenia Thule należeli do Niemieckiej Partii Pracy, której Hitler został członkiem, a potem przewodniczącym. Był on pod dużym wrażeniem swastyki. Jak to określił w „Mein Kampf”, swastyka oznaczała powierzenie misji i walki o zwycięstwo rasy aryjskiej, a zarazem oznaczała triumf ideału pracy twórczej, która zawsze była i będzie antysemicka. Swastyka przez to, że jest postawiona na kancie, sprawia wrażenie ruchu, ekspansji, ambicji i jest bardzo hipnotyzująca. Dlatego Hitler użył jej jako symbolu NSDAP, partii Trzeciej Rzeszy.
I przez to ten symbol stał się znienawidzony w Europie.
- To ludzie, którzy posługują się symbolem, nadają mu znaczenie. Lotnictwo łotewskie w okresie międzywojennym używało bordowej swastyki na białym tle. Z kolei znakiem lotnictwa fińskiego w czasie II wojny światowej była niebieska swastyka. Stało się tak, bo szwedzki baron Erich von Rosen, który w 1918 roku, podczas wojny domowej, podarował armii fińskiej pierwszy samolot, w swoim herbie miał swastykę. Od hitlerowskiej różniła się głównie kolorem.

Czy polskie wojsko też używało tego symbolu?
- W czasie II wojny światowej 3. Pułk Strzelców Podhalańskich miał swastykę na orderach. Górale nazywali ją krzyżykiem niespodzianym i uważali, że to dobry znak. Poza tym w okresie Młodej Polski literaci i artyści interesowali się Orientem, symboliką, w tym również swastyką. Stanisław Eljasz-Radzikowski, lekarz, malarz i badacz Podhala, ozdabiał swe publikacje znakiem swastyki prawoskrętnej i lewoskrętnej, a Mieczysław Karłowicz, kompozytor, dyrygent i taternik, tak oznaczał ulubione ścieżki górskie. W Tatrach, w miejscu, w którym zginął, postawiono na jego cześć pomnik z wyrytą swastyką. Także w naszej kulturze do niedawna na chlebie odciskano znak swastyki, życząc komuś pomyślności, dobrobytu i płodności.
Jak widzisz przyszłość swastyki?
- Niektórzy mówią, że były kiedyś plany rehabilitacji swastyki, ale to się nie udało. Mimo wszystko nadal są grupy działaczy społecznych czy religijnych podejmujących wyzwanie przywrócenia tego symbolu. Wydaje mi się jednak, że jest jeszcze za wcześnie, żeby wyrokować na temat jego przyszłości. Wciąż żyją osoby, które pamiętają wojnę i nie są w stanie zmienić swoich przekonań oraz opinii o swastyce.
Inna sprawa, że nie wszystkie informacje na temat swastyki są znane. Współcześnie jest ona obecna i uważana za świętą w religiach Dalekiego Wschodu. Gdyby była jednym ze znaków chrześcijaństwa współcześnie używanym w Europie, to może byłaby inaczej postrzegana? A przecież była kiedyś uważana za chrześcijański symbol. Do dzisiaj odwołuje się do niej Etiopski Kościół Ortodoksyjny. W kościołach w Polsce też można spotkać swastyki, np. w katedrach we Włocławku czy w Przemyślu. Tam ludzie ich nawet nie zauważają, tak bardzo są już do tego widoku przyzwyczajeni. I właśnie o to chodzi.
Przecież swastyka była symbolem pogańskim
- Pogańskie tradycje kulturowe były częściowo asymilowane z duchem Kościoła i w nim przetrwały. Swastyki były znane już w początkach chrześcijaństwa. Krzyż to nie jest przecież jedyny symbol wiary. Najpierw była nim ryba, później pojawiły się również inne znaki, między innymi właśnie swastyka. Wzięła się ona z kultury rzymskiej. W katakumbach w Rzymie są rysunki swastyk i fossorów, czyli tych, którzy byli budowniczymi grobowców; później nazywano tak osoby zajmujące się grzebaniem zmarłych. Często swastyki występowały w towarzystwie świętych, są umieszczone np. nad głowami świętych w kościele w Kijowie oraz na sarkofagu św. Ambrożego w Mediolanie.

Jednak wciąż istnieją grupy neonazistowskie, które posługują się tym symbolem. Mamy tak po prostu zapomnieć, co dla nich oznacza swastyka?
- Jeżeli swastyki używają ludzie agresywni, jest zrozumiałe, że inni to potępiają. Ale byłoby niesłuszne obawiać się wszystkich, którzy jej używają, nawet tych, którzy traktują ów symbol z szacunkiem, noszą go na szyi jak medalik lub mają przypięty jako breloczek do plecaka. W 2005 roku Unia Europejska próbowała zakazać używania swastyki, ale prace nad tym zostały wstrzymane.
Właśnie powstaje film irlandzkiego reżysera „My Swastika”, który pokazuje, że wiele osób ma własny punkt widzenia swastyki. Z drugiej strony nie możemy całkowicie przekreślać historii. Ten symbol w ciągu 12 lat panowania hitlerowskich Niemiec został znienawidzony przez ludzi. Ale przecież przez 12 tysięcy lat był uważany za coś dobrego.
W Chinach złota swastyka jest znakiem ruchu Falun Gong. Ludzie identyfikujący się z tym ruchem uprawiają praktyki medytacyjne i żyją zgodnie z wyznawanymi zasadami wszechświata, czyli są prawdomówni, życzliwi i cierpliwi. Rząd Chin, zaniepokojony skalą zainteresowania praktykami Falun Gong, zaczął prześladować jego członków, ponieważ okazało się, że jest ich więcej niż członków Komunistycznej Partii Chin. Od 1999 roku według potwierdzonych danych ponad 3800 osób zginęło w więzieniach, a organy wielu zostały dziwnym trafem oddane do transplantacji. Tak więc historia zatoczyła koło. Wcześniej naziści, których symbolem była swastyka, zabijali ludzi pod wpływem ideologii, a teraz osoby używające tego znaku są prześladowane. Nie można ludzi oceniać, tylko patrząc na symbol, należy przyglądać się ich czynom.
 Marcin Klebba. Pochodzi z Gdyni. Ukończył archeologię na Uniwersytecie Warszawskim i pracował w Muzeum Archeologicznym w Gdańsku. Podczas studiów stopień licencjacki otrzymał za pracę na temat swastyk na Bliskim Wschodzie. Wyniki swoich poszukiwań przedstawił na wielu konferencjach. Po latach zbierania informacji postanowił opublikować stronę internetową, która byłaby bazą danych na temat swastyk: www.swastyki.pl. Interesuje się także pomorskimi kręgami kamiennymi, megalitami w różnych krajach oraz lichenometrią. Zajmuje się popularyzacją archeologii. Pracuje w Centrum Nauki Kopernik.
Wywiad ukazał się w "Weekendzie" na gazeta.pl

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Polka w krajach arabskich: W Katarze to ja prowadzę samochód, a panowie siedzą z tyłu i nie mają z tym problemu

Mirka Czerna budowała studnie w Sudanie, a teraz jako delegat Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża pomaga imigrantom, którzy trafili do więzień w krajach Zatoki Perskiej. Nam opowiada, jak odnalazła się w arabskiej kulturze. - Zawsze jestem traktowana tu z szacunkiem - przekonuje.
Przeglądając twój profil na Facebooku odniosłam wrażenie, że cały czas jesteś w podróży. W jakim kraju znajdujesz się obecnie?
- Teraz służbowo jestem w Katarze. Tutaj dzień pracy zaczyna się około szóstej rano i trwa mniej więcej do pierwszej po południu. Dlatego dzisiaj już o siódmej rano byliśmy ze współpracownikami z Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża w więzieniu. W tej chwili jestem znów w hotelu i siedząc przy basenie, sprawdzam służbowe e-maile. Mogę to robić w pokoju hotelowym, ale wolę tutaj.
Nie za dobrze ci?
- Pamiętaj, że musiałam wstać wcześniej, żeby dotrzeć do więzienia. Ludzie w Katarze są do takich godzin pracy przyzwyczajeni. Funkcjonują trochę inaczej niż Polacy. Najczęściej po pracy wracają do domu, ucinają sobie drzemkę, potem budzą się i wieczorem, gdy jest już chłodniej, znów wychodzą z domów. W ciągu dnia temperatura może dochodzić tu do czterdziestu kilku stopni. Nie sposób wtedy spacerować po ulicy.
Przywykłaś do takich temperatur?
- W Kuwejcie, gdzie obecnie mieszkam na stałe, jest jeszcze goręcej. Na szczęście prawie wszędzie mamy klimatyzację. Próbuję namawiać moich znajomych na aktywności na świeżym powietrzu, ale większość osób ma przed tym opory.


Kraje arabskie odwiedzam od wielu lat, więc czuję się tutaj dobrze i nie miałam problemów z zaaklimatyzowaniem się także w nowej kulturze. Myślę, że masz podobnie z Meksykiem.
Pewne rzeczy na początku mnie dziwiły. Na przykład to, że Meksykanie nie umieją odmawiać i przez to są niesłowni.
- Nadal ci to przeszkadza?
Teraz już rozumiem meksykańską kulturę. A ciebie zaskoczyły jakieś sytuacje?
- Niektóre zachowania mi przeszkadzają, na przykład brak punktualności. Natomiast mam wrażenie, że chcesz, żebym powiedziała, że Arabowie mnie denerwują i że trudno było mi się przystosować do życia tutaj. Ale ja naprawdę jestem bardzo szczęśliwa.
Spodziewasz się pewnie, że jako kobieta jestem dyskryminowana, albo że mężczyźni nie chcą mnie słuchać. Zupełnie tego nie zauważam. W Katarze znajdujemy się teraz na tzw. wizycie więziennej z koleżanką i dwoma kolegami. I tak naprawdę to my, kobiety, jesteśmy liderami tej wizyty, zadajemy więźniom pytania i wyrażamy rekomendacje w imieniu naszej organizacji. Zazwyczaj ja prowadzę samochód, a panowie siedzą z tyłu i nie mają z tym problemu. Nie jesteśmy w żaden sposób dyskryminowane.
Czy twoi znajomi z krajów arabskich pytają o Polskę?
- Moi znajomi sporo podróżują i mają pewne wyobrażenie na temat Europy. Rzadko jednak jeżdżą do naszej części kontynentu, więc najczęściej pytają mnie o to, jaka jest Polska w porównaniu z krajami zachodnimi i co u nas można zobaczyć.
I co im odpowiadasz?
- Mówię im, że warto przyjechać do Polski ze względu na naszą kulturę, ale wspominam też, że niektóre kraje Europy Zachodniej, np. Francja, Hiszpania czy Włochy, mają więcej zabytków. W Polsce wyjątkowo piękna jest przyroda - jeziora, góry, lasy. Chociaż szczerze mówiąc nie potrafię sobie wyobrazić, żeby ludzie z Kataru czy z Kuwejtu zaczęli chodzić po naszych górach. Prowadzą dość leniwy tryb życia i raczej nie zrozumieliby naszej potrzeby pieszych wycieczek, skoro można przejechać się na punkty widokowe samochodem.

W jaki sposób odpoczywają?
- Kuwejtczycy są zamożni i mają swoje domki nad morzem, do których jadą wiosną lub jesienią. W lecie, gdy jest za gorąco, by być na zewnątrz, ci bardziej aktywni wkładają sportowe buty, dresy i idą na spacer do centrum handlowego. Niektóre z centrów są tak olbrzymie, że można w nich spędzić cały dzień. Dziewczyny wkładają najmodniejsze ubrania i spacerują ze sobą pod rękę, patrząc z oddali na chłopców.
Jakie ubrania są modne?
- Bardziej religijne dziewczyny noszą czarne abaje, ale strój ten może być też ozdobiony cekinami i falbankami. Zdarza się, że mają na sobie spodnie oraz bluzki z długim rękawem, a na głowie hidżab. Ale są i modnisie, które chodzą w spódnicach, z ładnie ułożonymi włosami i nie mają z tego powodu problemów.
Czy ty musiałaś zmienić swój sposób ubierania się?
- Staram się wyczuwać, co wypada włożyć i jak się zachować, bo nie mam ochoty gorszyć ludzi swoim sposobem bycia. Natomiast nie jest tak, że ktoś mi coś narzuca. Na strzeżoną plażę wychodzę w bikini. Miejscowe kobiety tak by się nie ubrały, bo nie chcą.
Poza tym w każdym kraju muzułmańskim są odmienne wymagania co do stroju. W wielu krajach arabskich kobiety zakrywają całkowicie włosy, natomiast w Iranie hidżab sięga do połowy głowy. Kiedy przyjechałam do Iranu, na początku próbowałam założyć chustę w taki sam sposób, ale cały czas mi się zsuwała. Owinęłam ją więc dookoła głowy na arabską modłę i było mi widać tylko twarz. Irańczycy zaczęli mi tłumaczyć: -Nie musisz zakrywać wszystkich włosów. W końcu kobiety mi pokazały, że powinnam zrobić koka i na nim zawiesić chustę, bo dzięki temu się trzyma.

Od czego zaczęło się twoje zainteresowanie krajami arabskimi?
- Gdy byłam mała, podróżowaliśmy z rodzicami po naszej części Europy, wówczas oddzielonej od reszty świata żelazną kurtyną. Po upadku komunizmu zaczęliśmy jeździć samochodem po Europie Zachodniej. Nie spaliśmy w drogich hotelach, nie jedliśmy w ekskluzywnych restauracjach, byliśmy zaopatrzeni tylko w mapę i konserwy. W 1996 roku po raz pierwszy pojechaliśmy na Bliski Wschód, do Palestyny, Izraela i Egiptu. W czasie tej podróży obchodziłam czternaste urodziny. Właśnie wtedy ta całkiem inna kultura bardzo mnie zainteresowała. Podobało mi się, że ludzie pytają, czy wszystko u mnie dobrze i zapraszają do siebie. Niektórzy określiliby to jako zaczepianie, a dla mnie jest to po prostu otwartość. Czasami zastanawiam się, czy gdybyśmy wtedy pojechali z rodzicami do Indii albo do Chin, to zainteresowałabym się kulturą indyjską lub chińską? Nie wiem.
Po powrocie z wycieczki zaczęłam szukać informacji na temat krajów arabskich. Czytałam książki, bo internetu wtedy nie było, oglądałam programy w telewizji. Mama kupiła mi samouczek do nauki arabskiego, próbowałam poznać język na własną rękę. Moja pasja rozwijała się i kiedy skończyłam szkołę średnią, zaczęłam studiować arabistykę. W czasie studiów coraz częściej przebywałam w krajach arabskich, a teraz od kilku lat mieszkam tutaj i pracuję.
Który kraj arabski najbardziej polubiłaś?
- Syrię, ale ta Syria, jaką znałam, już nie istnieje. Był to kraj gościnnych ludzi, niesamowitych zabytków architektury, dobrego jedzenia. Spokojne miejsce, w którym byłam szczęśliwa. Naprawdę pęka mi serce, gdy czytam o tym, co się tam teraz dzieje.
Po pierwszym roku studiowania arabistyki poleciałam do Syrii na letni kurs języka arabskiego. Nie załatwiłam sobie wcześniej zakwaterowania, więc od razu z lotniska w Damaszku pojechałam na Stare Miasto. Miałam nadzieję znaleźć jakiś tani hotel. Była godzina piąta rano, szłam uliczkami z dużym plecakiem na plecach, a z mniejszym z przodu. Wtedy zatrzymał mnie jakiś starszy mężczyzna. Zaczęliśmy rozmawiać. Zaprosił mnie do domu na herbatę. Byłam zmęczona po podróży, więc się zgodziłam. Gdy usłyszał, że będę szukała jakiegoś miejsca do zamieszkania, od razu powiedział: - Zatrzymaj się u nas w domu. - Ile miałabym zapłacić za wynajęcie pokoju? - zapytałam. A on mówi: - Nic. I tak ten pokój stoi pusty, możesz się do nas wprowadzić.Skorzystałam z tej oferty na kilka tygodni. Tak naprawdę nie jestem sobie w stanie wyobrazić, żeby podobna sytuacja zdarzyła się w Polsce.
Dziwne, przecież nadarzyła się okazja, żeby zarobił dodatkowe pieniądze.
- Oczywiście, w krajach arabskich niektórym bardzo zależy, żeby zarobić pieniądze na przybyszach, ale są też ludzie, którzy zwyczajnie chcą pomóc i poznać podróżników. Po prostu są nas ciekawi. Sami nie mogą jeździć po świecie, więc świat do nich przyjeżdża. Poza tym zależy im, żeby turyści mieli dobrą opinię o ich kraju. Słynna arabska gościnność wciąż jest częścią ich kultury.

Pewnie niektórzy dziwią się, widząc na ulicy blondynkę z niebieskimi oczami. W dodatku mówiącą po arabsku.
- Rzeczywiście, ludzie zwracają na mnie uwagę. W Darfurze na mój widok mówią między sobą po arabsku cudzoziemka. Czasami matka pokazuje mnie swojemu dziecku. Jednak zawsze jestem traktowana z szacunkiem.
Masz też rację, że często ich zaskakuje, że mówię w ich języku. Pamiętam nawet taką sytuację, gdy w jednej z małych wiosek w Darfurze rozmawiałam z mieszkańcami w tym języku i jakaś starsza kobieta zapytała mnie w pewnym momencie: - Ty nie jesteś stąd. Jesteś z Chartumu? Dla niej najprawdopodobniej Chartum jest końcem świata.
Mówisz, że nowo poznani ludzie często cię do siebie zapraszają. A nie boisz się wejść do domu nieznajomego?
- Zazwyczaj jest tam cała rodzina. Przebywanie w arabskim domu, gdzie są kobiety i dzieci, jest bezpieczne. Zdecydowanie bardziej boję się podczas pobytu w niektórych dużych europejskich miastach niż na Bliskim Wschodzie.
Raz w samolocie z Trypolisu do Bengazi w Libii poznałam mężczyznę, który również zaprosił mnie do swojego domu w gościnę. Zamieszkałam tam z jego ojcem, matką, drugą żoną jego ojca oraz z jego siostrami i braćmi. Rodzina bardzo sympatycznie mnie przywitała. Z gospodarzem i jego bratem pojechaliśmy w góry, a siostry pokazały mi miasto i nawet zabrały mnie do lokalnego fryzjera na strzyżenie.
Jego siostry nie próbowały cię swatać?
- Czasem kobiety mnie pytają, dlaczego nie mam męża i dzieci. Zawsze odpowiadam: -Potem, potem.
Co ciekawe, ich brata spotkałam dwa, trzy lata później w Damaszku w Syrii. Następnie podczas rewolucji libijskiej zaobserwowałam na jego Facebooku, że razem z rebeliantami jechał z Bengazi, by obalić reżim Kaddafiego.
Twierdzisz, że tamtejsi ludzie są otwarci, a tymczasem większość Polaków obawia się uchodźców z Syrii.
- W każdym kraju można zaobserwować różne postawy względem uchodźców i imigrantów - zarówno bardzo przyjazne, jak i wrogie. Zazwyczaj wrogo nastawieni są ludzie, którzy nie mieli żadnego kontaktu z innymi kulturami. Stąd bierze się ich strach.
My powinniśmy pamiętać, że w czasie drugiej wojny światowej do Iranu trafiło kilkadziesiąt tysięcy uchodźców z Polski. Znaleźli tam bezpieczne miejsce, w którym mogli przetrwać wojnę. Kiedyś otrzymałam od Irańczyka książkę na temat polskich uchodźców w Isfahanie. Naprawdę każdy z nas może się znaleźć po stronie, która pomaga, lub po stronie, która tej pomocy potrzebuje.

Masz pracę, w której pomagasz ludziom. Jak ją znalazłaś? A może ona sama cię znalazła?
- W czasie studiów pisałam pracę magisterską na temat sytuacji w obozach palestyńskich w Libanie i prowadziłam tam badania terenowe. Jednocześnie poczułam, że mam wystarczająco dużo czasu i energii, żeby jako wolontariuszka pomagać w lokalnych organizacjach pozarządowych, które tworzyły różnego rodzaju programy dla dzieci i młodzieży. Wykonywałam przede wszystkim pracę administracyjną przy pisaniu projektów.
I jak te obozy wyglądają?
- Często ludzie, słysząc „obóz dla uchodźców”, wyobrażają sobie rząd namiotów. Tymczasem obozy palestyńskie w Libanie istnieją już od lat 50. XX wieku i ludzie mieszkają tam w normalnych budynkach. Żyje w nich drugie, trzecie czy czwarte pokolenie uchodźców i cały czas ich liczba rośnie ze względu na duży przyrost naturalny. Ogromne skupisko Palestyńczyków znajduje się na bardzo małym terenie, więc uliczki między budynkami są wąskie i wszędzie widać zwisające kable elektryczne.
Ludzie starają się tam prowadzić normalne życie. Otwierają restauracje, sklepiki, kawiarnie, kawiarenki internetowe oraz sklepy z różnymi usługami, np. krawieckimi. Niektórzy pracują w budownictwie. W obozie biorą śluby, urządzają przyjęcia urodzinowe, mają cmentarze, a dzieci chodzą do szkół, gdzie uczą się m.in. historii. Niektórym udaje się nawet wyjechać na studia za granicę. Niestety, mają bardzo ograniczone możliwości, żeby znaleźć pracę w swoim zawodzie poza obozem i rozpocząć lepsze życie. Spotkałam szewca, który jest z wykształcenia inżynierem, albo lekarza zajmującego się robieniem kanapek z falafelem. Oczywiście, oni cały czas marzą, żeby powrócić do miejsca, z którego pochodzą. Do Palestyny.
Po studiach wyjechałaś z Polską Akcją Humanitarną do Darfuru. Czym się tam zajmowałaś?
- Przez półtora roku pracowałam przy projektach wodno-sanitarnych, które przede wszystkim polegały na wierceniu studni i instalowaniu pomp wodnych, żeby miejscowa ludność miała dostęp do wody. Poza tym w każdej wiosce tworzyliśmy komitety wodne i uczyliśmy mieszkańców, w jaki sposób mogą naprawiać pompy, żeby byli niezależni od organizacji pomocowych. Przeprowadzaliśmy też akcje spryskiwania terenów, na których rozmnażają się komary, żeby zwalczać malarię. Pieniądze na projekt pochodziły ze zbiórki pieniędzy organizowanej przez "Gazetę Wyborczą" i z MSZ-owskiego programu „Polska Pomoc”, który miał na celu wsparcie krajów rozwijających się.
Nadzorowałaś ten projekt?
- Byłam jedyną cudzoziemką i kobietą w zespole. Pozostali współpracownicy byli Sudańczykami. A ja zostałam ich szefową. Zdawałam sobie sprawę, że to może być trudne do zaakceptowania przez mężczyzn starszych ode mnie i pochodzących z kultury, w której raczej oni zarządzają. Natomiast miałam bardzo fajnego asystenta projektu i umówiliśmy się, że to on będzie wydawał polecenia innym pracownikom. Sam nie miał problemu z tym, że musiał mnie słuchać. Nasze relacje służbowe były bardzo dobre. Zresztą mój system zarządzania nie polega na wydawaniu rozkazów.

Jaka w Sudanie jest sytuacja z dostępem do wody?
- Darfur jeszcze sto lat temu był o wiele bardziej zielony i było łatwiej o wodę. Mieszkały tam plemiona zarówno osiadłe, zajmujące się uprawą ziemi, jak i nomadzi, którzy przenosili się ze zwierzętami z miejsca na miejsce. Kiedy nastąpiło ocieplenie klimatu, zaczęły się problemy. Plemiona osiadłe i nomadzi chcieli korzystać z tej samej wody i zamieszkiwać tę samą ziemię. Budowanie studni i zapewnienie dostępu do wody może więc w pewien sposób zlikwidować konflikty między mieszkańcami Sudanu.
Bardzo często kobiety albo dzieci muszą iść wiele kilometrów do punktów z wodą, która nadaje się do picia, i potem wracać z 20-litrowymi baniakami do swoich wiosek. Często w czasie tej drogi dochodzi do napadów lub gwałtów. Tak naprawdę w momencie stworzenia nowej studni zapewnialiśmy mieszkańcom także bezpieczeństwo i dostęp do edukacji. Tam, gdzie jest studnia, kobiety nie muszą spędzać wielu godzin na zdobywaniu wody, tylko mogą np. zrobić ogródek przy domu. A dzieci mogą pójść do szkoły.
Ludzie okazywali ci wdzięczność za pomoc?
- Często w jakiś sposób mi dziękowali. Zdarzyło się na przykład, że kobiety z jednej wioski przyszły pieszo osiem kilometrów do naszego biura i przyniosły mi w prezencie żywą kurę, ręcznie zrobione przykrywki na jedzenie i zioła.
Pomyślałam, że skoro już mam żywą kurę, to stworzę małe gospodarstwo domowe. Jednak poszłam tego dnia z moim asystentem na spotkanie i po powrocie do biura odkryłam, że nasza kucharka postanowiła z własnej inicjatywy zrobić mi przyjemność, więc moją kurę zabiła i przygotowała dla nas na obiad.
Musiałaś być zaskoczona... A gdzie spałaś w czasie swojej misji?
- Obok biura, w którym pracowałam, znajdował się jeden budynek z dwiema sypialniami i tam nocowałam. Budynek był murowany, ale szpary w oknach były takie, że wiatr wiał do środka. A w czasie pory deszczowej woda kapała na podłogę przez dach. Prąd mieliśmy w określonych godzinach i nie było go w nocy. W lecie w środku było gorąco, więc z pomocą któregoś ze współpracowników wynosiłam moje łóżko na zewnątrz i spałam na świeżym powietrzu. Oczywiście pod moskitierą.

Kiedy wyjechałaś z Sudanu?
- Moja praca w Darfurze zakończyła się niespodziewanie. W marcu 2009 roku Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze wydał list gończy za prezydentem Sudanu. Omar Hasan Ahmed El-Baszir został oskarżony o zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludności. Następnego dnia władze sudańskie wyrzuciły wielu pracowników humanitarnych, więc miałam kilka godzin na spakowanie walizek i musiałam zostawić wszystkie moje projekty. Niedługo po powrocie do Polski wyjechałam na kolejną misję z Polską Akcją Humanitarną do Palestyny, gdzie nadal pracowałam w resorcie wodno-sanitarnym.
Nie tęskniłaś za jakąś spokojną pracą blisko rodziny?
- W pewnym momencie zrobiłam sobie roczną przerwę i rozpoczęłam w Europie drugie studia magisterskie z międzynarodowej pomocy humanitarnej. Otrzymałam na nie stypendium Komisji Europejskiej. Potem pracowałam w Departamencie Pomocy Humanitarnej w ramach Komisji Europejskiej. Prawdopodobnie mogłabym zostać tam na długo, ale znów poczułam potrzebę wyjazdu do pracy w terenie. Aplikowałam do różnych organizacji humanitarnych i byłam zaskoczona, bo chcieli mnie przyjąć aż do pięciu z nich. Wybrałam Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża.
Czy właśnie taki jest twój pomysł na życie?
- Właśnie rano rozmawiałam z moją koleżanką na temat tego, jak długo jeszcze będziemy tak pracować. Co rok lub półtora przenosimy się z jednego kraju do drugiego. Jest to fajne i ciekawe, ale po jakimś czasie staje się uciążliwe, szczególnie jeśli chce się stworzyć rodzinę. Ja jednak nie wyobrażam sobie powrotu do Polski. Jeśli wrócę do Europy, to może do Brukseli lub Genewy, gdzie jest możliwość pracy w organizacjach międzynarodowych.
Czuję, że robię coś naprawdę ważnego: pomagam ludziom i jeszcze mi za to płacą. Tak naprawdę bardzo lubię moją pracę, chociaż spotykam się z różnymi trudnymi przypadkami. Ale świadomość, że jestem w stanie zmienić życie ludzi, daje mi dużą satysfakcję. Nie pracuję tylko dla pieniędzy, ale też po to, żeby innym było lepiej. Cieszę się, widząc rezultaty mojego wysiłku.
I radość ludzi.
- Tak. Pamiętam jak w Darfurze w jednej wiosce zainstalowaliśmy pompę i zaczęła płynąć woda. Na początku nie powinno się jej pić, tylko przepompować, żeby przeszła przez rury, ale mieszkańcy rzucili się na nią i każdy chciał się napić jako pierwszy.
Teraz najczęściej pomagam imigrantom, którzy trafili do więzień w krajach Zatoki Perskiej. Ostatnio miałam kilka takich sytuacji, że przychodzili oni do naszych biur w innych krajach, żeby przekazać informację Mirce w Kuwejcie, że są wdzięczni za pomoc.

Mirosława Czerna. Pracownik humanitarny, arabistka, podróżniczka. Obecnie pracuje dla Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża. Wcześniej była wysłanniczką Polskiej Akcji Humanitarnej. Pracowała m.in. w Palestynie, Sudanie, Iraku, Kuwejcie, Katarze, Bahrajnie, Libii. Na kolejną misję wyjeżdża do Liberii. Podwójna magister: arabistyki i islamistyki na Uniwersytecie Warszawskim oraz Międzynarodowej Pomocy Humanitarnej na University College of Dublin. Jej wielką pasją są podróże, odwiedziła ponad 70 krajów. Podczas podróży zależy jej nie tylko na tym, by zobaczyć zabytki, ale także, żeby być jak najbliżej ludzi: zatańczyć na weselu, zjeść rodzinne śniadanie czy porozmawiać ze współpasażerami podczas podróży lokalnym transportem. Nurkuje, chodzi po górach, skacze ze spadochronem, pływa kajakiem, jeździ konno, lubi sporty walki.
Wywiad ukazał się w "Weekendzie" na gazeta.pl