Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 października 2016

"W PRL-u fryzury były ciekawsze. Dzisiaj fryzury zeszły na psy"

Zbigniew Kuty, mistrz fryzjerstwa, swój zakład prowadzi w centrum Łodzi.                Od niemal sześćdziesięciu lat obserwuje zmieniającą się modę.                                     - W PRL-u fryzury były ciekawsze - twierdzi. - Z jednego zawinięcia                     można było zrobić masę fryzur. Poziom pracy był bardzo wysoki. Dzisiaj     fryzjerstwo zeszło na psy.
Ciężko jest panu rozczesać moje włosy.
- Włosy po myciu z reguły rozciągają się o jedną trzecią długości. Jednak                     farbowane nie są tak elastyczne i przy rozczesywaniu końcówki się strzępią.
Może powinnam używać farby bez amoniaku?
- Jeśli jakaś firma sprzedaje farbę bez amoniaku, to zastępuje go substancją                   pochodną. Doradzić farby nie mogę, bo to, że jakaś jest droga, wcale nie znaczy,                       że jest dobra. Kiedyś były lepsze. Kolor trzymał się na włosach. Dzisiaj wypłukuje                     się po paru umyciach i znowu trzeba chemię nakładać. Jednak reklamodawcy             zachwalają je, twierdząc, że odrostów nie widać.
Jest pan fryzjerem od ponad 57 lat. Jakie kolory były modne na początku                     pana drogi zawodowej?
- Było dwóch fryzjerów - Zbyszek i Hirek. Przed świętami szła kobieta do Zbyszka                         i pytała:- Jaki kolor jest modny w tym sezonie? Zbyszek odpowiadał, że wszystkie           odcienie czerwieni. Inna pani pytała o to samo Hirka. - Zimne, niebieskie - mówił.                Dlatego że jeden mógł dostać czerwoną farbę, a drugi niebieską. Taka inspiracja.
Został pan fryzjerem z przypadku?
- Ojciec kiedyś zapytał: - Zbychu, chcesz być fryzjerem? - Mogę być - odparłem.                       Nie wiedziałem na co się decyduję, bo w życiu nie byłem u fryzjera. Tata miał                 maszynkę ręczną, którą mnie strzygł. Trzeba było siły, żeby jej użyć. Dzisiaj wisi na           ścianie w moim salonie.
Podstawówkę skończyłem w czerwcu '59, a w lipcu już poszedłem do terminu.                   Miałem wtedy 13 lat. Praktyki trwały trzy lata i po egzaminach zostałem                     najmłodszym czeladnikiem w Izbie Łódzkiej od przeszło pięćdziesięciu lat.
Jak wyglądały pana praktyki?

- Zakład fryzjerski należał do mojego wujostwa. Mieścił się w tym samym domu co             dzisiaj, ale po drugiej stronie bramy. Stałem i przyglądałem się temu, co robi mój                 wujek. Musiałem nauczyć się trzymać nożyczki w garści, a to nie jest takie proste.               Śrubę trzeba mieć na zewnątrz, ostrza poziomo, ruch zgrać z grzebieniem.                  Godzinami stałem przy ścianie i ćwiczyłem, żeby ręce się wprawiły.









Pamięta pan pierwsze cięcie włosów?
- To nie było od razu całe ścięcie. Najpierw baczek mogłem odciąć, potem                     wyrównać włosy z tyłu głowy. Ciężko szło. Kiedyś wujek kazał mi namydlić butelkę           pędzlem. Postawiłem ją na szyjce i delikatnie zbierałem brzytwą pianę. Innym                     razem musiałem namydlić balon i go ogolić. Czasem się udawało.
Ciężko goliło się brzytwą?
- Kiedy po raz pierwszy przyszedłem do zakładu i zobaczyłem błyszczące ostrze             niemieckiej brzytwy, to aż oczy zamknąłem ze strachu. Dzisiaj wciąż ją mam                               w szufladzie, tylko stal ściemniała.
Wujek prosił swoich klientów: - Przyjdź pan na golenie. Chłopak się będzie uczył                           i najwyżej panu ucho utnie. No to miałem trzech, czterech, czasem pięciu panów                      na dzień. Ja się uczyłem, majster był zadowolony, że robię postępy, a oni mieli                   usługę za darmo. Szybko nauczyłem się golić, ale bywało wesoło.
Zaciął pan kogoś?
- A to raz? Przyszedł kiedyś facet po kielichu. Ja już wtedy goliłem. W zakładzie               mieliśmy radio Szarotkę na baterię. Pamiętam, że był Wyścig Pokoju, wszyscy                   słuchali sprawozdania. Do Poznania był etap. Jeden kolarz uciekał, Gazda go                       gonił. Namydliłem klienta, wziąłem brzytwę, naostrzyłem na skórzanym pasie,             pojechałem po policzku i chciałem pojechać pod ustami. Nagle sprawozdawca                 krzyczy: - Gazda pierwszy! Facet podnosi się z fotela, a brzytwa mu prosto w                        zęby. Boże kochany, jak ta krew tryskała! Nawet nie miał pretensji, bo sam                           podskoczył. Ale kaleczyło się czasem... Raz chłopakowi końcówkę ucha                         obciąłem. Nawet nie poczuł.
Niebezpieczne narzędzie.
- Pewnie, że niebezpieczne. Wiadomo co kiedy fryzjerowi odbije? Krew lała się                            z wargi, z ucha, z nosa. Z brodawki leciała mocno. Panowie przychodzili do mnie                      na golenie codziennie, co drugi, trzeci dzień. Jeden dziadek odwiedzał mój zakład                     w każdą sobotę. W Łodzi mieszkało dużo Żydów. Mieli bladą skórę, prawie siną,                          i czarny zarost. Jeśli jakiś pan mecenas golił się rano, a randkę miał wieczorem,                       to wpadał do mnie po raz drugi po południu, bo jego twarz wyglądała już na brudną.

Wtedy mężczyźni przychodzili do fryzjera na golenie, bo nie było dobrych żyletek.                     Od kilkunastu lat już się tego nie robi z obawy przed AIDS, "wątróbką". Zostało                 strzyżenie. Chłopaki często sami się strzygą, dziewczyny noszą długie włosy.                     Roboty nie ma.







Kiedyś miał pan więcej pracy?
- Kiedyś ludzie bardziej o siebie dbali. Kobiety częściej przychodziły do fryzjera,                 ubierały się elegancko. W piątek, w sobotę pełno było pań w moim zakładzie,                             bo szykowały się na niedzielę. Tak się też mówiło: - Jutro niedziela, to mięso na                    obiad i biała koszula. Nie robiłem zapisów, musiały czekać w kolejce.
W latach 50., 60. pensje w Łodzi też nie były wysokie, ale była praca. Żona zrobiła               sobie fryzurkę, mąż kupił pół litra i oprócz tego mogli pójść do kawiarni czy na                 dancing. Kawaler się ogolił, po pracy stanął na rogu i się rozglądał. Miał własne             pieniądze i może nie miał za to co kupić, ale czuł się wolnym człowiekiem.
Zmiany w Polsce obserwuję, patrząc na liczbę klientów w salonie. Po '89 jeszcze                 przez kilka lat ludzie mieli pracę, potem wydali oszczędności, nie wiedzieli, gdzie                 mogą zarobić, a życie było coraz droższe. Teraz wielu łodzianom ledwo starcza                        do pierwszego. Dzielnica Stare Polesie zrobiła się kiepska. Zresztą Łódź jest                       biedna w stosunku do innych dużych miast w Polsce. Przyleci taka pani do fryzjera             zrobić sobie fryzurkę? A gdzie z tym uczesaniem pójdzie? Do restauracji?                                Nie stać jej na to. Woli kupić buty chińskie za 20 złotych, które zaraz się rozlecą.
Tymczasem na Zachodzie jest wiele zakładzików, w których pracują jedna bądź                     dwie dziewczyny. Otwierają je wcześnie rano i kobiety - zamiast same męczyć                           się w domu - wpadają do nich przed pracą na czesanie. Tam również mężczyźni                         dbają o zarost. W Polsce młodzieńcy chodzą po ulicy w dziurawych spodniach i                         wyglądają, jakby trzy dni siedzieli w śmietniku, bo taka moda. Jakby dziewczyna                      nie dała się przytulić, to od razu by się ogolił.
W czasach pańskiej młodości bród nie nosili?
- Zawsze nosili brody lub wąsy, ale to była ozdoba. Zarost miał kształt, był ładny.                 Dzisiaj jeden kolega zapuści, drugi, dziesiąty, to ja też. I wygląda potem, jakby                        miał myjkę do kąpieli na twarzy. W Łodzi jest parę zakładów, które się nazywają                 Barber Shop, bo po polsku źle by to brzmiało. Tam strzygą wąsy, bródkę, myją                     brody i smarują je jakimś kosmetykiem. Taka usługa kosztuje kilkadziesiąt złotych.                  Nie każdy ma forsę na takie głupoty. Fryzjerki w zakładach najczęściej na męskim                            zaroście się nie znają, bo tego ich na kursach nie uczą. Jeśli jakaś dziewczyna                       trafi na takiego dziadka jak ja, to może jeszcze czegoś się dowie, bo ja tym               zajmowałem się na co dzień.

Kiedyś każdy fryzjer męski miał u siebie golenie, strzyżenie, wąsy, brodę. Klienci                mówili, czy chcą spiczastą bródkę, na łopatkę, krótszą czy dłuższą. Wąsy długie                      lub podkręcane. Co kilka lat moda się zmieniała. Raz strzygłem na "księcia Józefa",           innym razem "na Stalina".













Pan strzygł, a klient zwierzał się z problemów?
- Fryzjer jest jak spowiednik. Ludzie przychodzą do mnie ze wszystkimi                       problemami. Jeśli znam kobietę kilka lat, a bywa też, że strzygę jej rodziców,                       męża, dzieci, a potem wnuki, to wiem, o czym rozmawiać. Kiedy przychodzi do                     mnie po raz pierwszy i mówi o sprawach osobistych, wtedy muszę słuchać i                 przytaknąć. A przytaknij w momencie, który jej nie pasuje!
Na ścianie w pana salonie wisi dyplom za zdobycie czwartego miejsca na               ogólnopolskim konkursie fryzjerskim w Poznaniu.
- Kiedy zostałem czeladnikiem, musiałem iść do wojska. Ze służby wróciłem                                w 1966 roku. Rok później umarł mój wujek i ciocia przepisała zakład na mnie.               Zdobyłem tytuł mistrzowski i zacząłem brać udział w różnych konkursach.                     Wygrałem kiedyś mistrzostwo Łodzi za pokaz fryzur w Izbie Rzemieślniczej                                w Łodzi, innym razem zająłem czwarte miejsce w Polsce. Potem ożeniłem                               się i przyszły dzieci. Musiałem z czegoś zrezygnować.
Zrezygnował pan z konkursów.

- Tak, bo wcale nie było łatwo się do nich przygotować. W każdym konkursie brało               udział kilkudziesięciu uczestników. Musiałem zrobić mojej modelce dwa lub trzy           uczesania, tj. dzienne, wieczorowe i fantazyjne. Do każdej z fryzur wkładała inną           sukienkę. Te kreacje czasem wypożyczałem w teatrze. Potem przechadzała się                           z ułożonymi włosami po wybiegu, uśmiechała się do kamery. Przed pokazem                 wszystkie uczesania musiałem trenować po kilkanaście razy. Wiadomo, że                               nie robiłem tego przy klientach, tylko zostawałem po pracy.













Jakie fryzury były modne w PRL-u?
- Różne. Ale trzeba przyznać, że były ciekawsze. Robiło się strzyżenie brzytewką,               potem włosy nawijało się na wałki i rozczesywało. Z jednego zawinięcia można                       było zrobić masę fryzur. Poziom pracy był bardzo wysoki. Dzisiaj fryzjerstwo zeszło                  na psy.
A dlaczego?
- Klub Fryzjerstwa Artystycznego się rozleciał. Cech nikogo nie obchodzi. Jakaś           dziewczyna skończyła praktykę fryzjerską i poszła pracować do fabryki. Potem                 przyszła przemiana, fabryka rozleciała się w latach 90. Ona - mając 50                                      lat - przypomniała sobie, że jest fryzjerką. Gdy ja zaczynałem, trudno było dostać               lokum od miasta. Z tego powodu w Łodzi działało około 300 salonów fryzjerskich.                Teraz wszędzie są lokale do wynajęcia.
Taka pani kupi krzesła, postawi lustro i już ma zakład. Co chwilę ktoś otwiera nowy                      i po kilku miesiącach plajtuje, bo właścicielowi się wydaje, że wystarczy pomachać     nożyczkami, żeby zarobić pieniądze.
Teraz każdy może być fryzjerem?

- Tak. Ty też możesz otworzyć salon fryzjerski. Nikt o doświadczenie nie pyta.                     Kiedyś trzeba było mieć dyplom czeladniczy. Po trzech latach nauki zdawało się       kilkugodzinny egzamin z teorii, praktyki, golenia, strzyżenia męskiego i damskiego                 oraz czesania. Pamiętam, że zrobiłem ondulację żelazkową. Szczypce z żelaza         podgrzewało się nad palnikiem i tym zakręciłem loki francuskie. Po trzech latach                        od egzaminu czeladniczego przystąpiłem do egzaminu mistrzowskiego.













Wszyscy mistrzowie, którzy mieli swoje zakłady, musieli należeć do cechu.                                Na zebrania przychodziło około dwustu, ledwo w świetlicy się mieścili. Cech poza          sprawami administracyjnymi dbał o poziom egzaminów fryzjerskich. Organizowali                   też różne szkolenia, np. z BHP, higieny. Prawie wszyscy się znaliśmy. Czasem po               kursie chodziliśmy na wódkę.
Obecnie nie trzeba należeć do cechu. W Łodzi jest prawie dwa tysiące zakładów          fryzjerskich i większość z nich stoi pusta. Dzisiaj miałem dwóch klientów. Co                         prawda teraz mam problemy ze zdrowiem i już nie pracuję przez cały dzień.                                  Jednak dawniej w moim salonie czworo, pięcioro fryzjerów pracowało i mieliśmy                      60 głów do zrobienia na dzień.
Czym zajmował się Klub Fryzjerstwa Artystycznego?
- Później zmieniono jego nazwę na Klub Postępu i Techniki. Powstał w 1958 roku,                   rok przed tym, jak zacząłem uczyć się na fryzjera. W całej Polsce takie kluby                   otwierali, żeby podnieść poziom pracy. Lata 70. to był najlepszy okres w całej                     historii fryzjerstwa polskiego. Nawet jak klientka poszła do fryzjera na wsi, to włosy               miała dobrze ostrzyżone. A teraz... Jak można człowieka oszpecić i mu powiedzieć,                  że wygląda "trendy"?
W naszym klubie stało ze 20 aparatów do suszenia włosów, takich jak ten, który                         u mnie widzisz. Byliśmy podzieleni na podgrupy - kadra, instruktorzy, grupa               wojewódzka, łódzka i uczniowie. Uczniowie co dwa tygodnie przychodzili na naukę                     z modelkami oraz modelami. Było paru przedwojennych mistrzów, np. Pietrzak,                   Kabat, Wierzbicki, którzy ich szkolili. Ja też dzięki nim poznałem nowe fryzury,               nauczyłem się lepszej techniki i innego spojrzenia. To była taka sztuka dla sztuki.










Nie można było za bardzo podróżować. Gdzie podpatrywaliście fryzury?
- W latach 60., 70. nie było żadnego żurnala fachowego dla fryzjerów. Wychodziła                 tylko "Uroda", a potem "Uroda i Zdrowie". Ten magazyn był o wszystkim, ale                       można było w nim znaleźć m.in. kilka zdjęć fryzur.
Kiedyś do cechu w Łodzi przyszedł jeden żurnal ze zdjęciem fryzury wymyślonej                   przez brytyjskiego geniusza, Vidala Sassoona. Nazywała się "na grzybka". Była to            pierwsza geometryczna fryzura. Niestety, w środku nie znaleźliśmy żadnego opisu     technicznego i nie wiedzieliśmy, jak należy strzyc. Jeden rysownik z cechu               rozrysowywał fryzurę na tablicy szkolnej przez kilka tygodni. W końcu doszliśmy                       do tego, że nie możemy ścinać po zewnętrznej, tylko po wewnętrznej stronie.                       Moda przychodziła też do nas z telewizji. Do Opola przyjeżdżali artyści z Zachodu                       i tak kobiety zaczęły szaleć na punkcie "mokrej Włoszki".
Jest to trwała, po której włosy są mocno skręcone i wyglądają jakby były               wilgotne.
- To była trwała z Francji. Niby robiło się ją w ten sam sposób, ale Francuzi                       utrwalali u siebie fryzury specjalnymi płynami i żelami. U nas był tylko jeden Pewex                     w Warszawie, gdzie za bony można było kupić żel do "mokrej Włoszki". Koledzy                       po niego jeździli, ale ja się w to nie bawiłem, gdyż moim zdaniem trwała powinna                    być imitacją naturalnego skrętu. Potem dziewczyna wyszła od nich z salonu                           cała w skowronkach, wróciła do domu, wyspała się w nocy, żel wytarł się w                     poduszkę i rano chciało jej się płakać, bo wyglądała jak straszydło.
Pierwszą trwałą ondulację na gorąco zrobił Karl Nessler z Niemiec w 1905                    roku.
- Tak, a potem powstały inne. Na zimno, elektryczna, kompresowa czy kierunkowa,                    w której włosy nakręcało się na wałki w różnych kierunkach. Niestety, efekt był                podobny.

W latach 70. dwóch moich znajomych pojechało na jakiś pokaz do Wiednia.                       Wrócili stamtąd z dyplomem i przywieźli trochę płynu do trwałej. Zaczęli ją robić.           Wyjmowali walizkę wielkości nesesera, grzali klamerki, a potem nakładali je na                      włosy. Ile oni za to brali pieniędzy! A jak popalili włosy! Było dużo skarg do cechu                       od ich klientek. Potem płyn im się skończył, a w stanie wojennym nikt nie mógł                          pojechać po nowy na Zachód. Znajomi fryzjerzy zaczęli kupować płyn do trwałej                       na zimno i mieszali go z wodą. Przecież interes się kręcił, więc nie mogli łatwo                            z niego zrezygnować.













Jaka była pana ulubiona trwała?
- Trwała na zimno, bo kobieta u mnie w salonie nie trzymała na głowie ciężarów                           i była bezpieczna. Przyszła do nas pod koniec lat 20., ale dopiero po wojnie                       nastąpił jej rozkwit. Zwłaszcza stała się popularna w latach 50., bo już u nas nie                      było nowych urządzeń do robienia trwałych ondulacji. Musiałem umyć głowę                    klientki, ostrzyc włosy, podzielić na pasemka i wtedy smarowałem je płynem.                          Ten płyn włosy rozpuszczał, dzięki czemu dało się je uformować. Zakręcało się                kosmyki na wałek i nastąpiło trwałe przekształcenie z prostego włosa na falisty.                             Teraz trwałej prawie nikt nie robi. Młode dziewczyny same włosy prasują                     prostownicą lub robią fale.
A jak lubią się u pana czesać?
- Rzadko przychodzą się czesać, jeśli już, to przed weselem. Na imprezę rodzinną                 typu chrzest, imieniny to najczęściej tylko babcia przychodzi ze zrobioną fryzurką,                       bo jej się wydaje, że musi się ogarnąć, żeby nie urazić gospodarzy. Tak została           wychowana. Młoda dziewczyna jak na taką okazję głowę umyje, to już jest dużo.
Zbigniew Kuty. Mistrz fryzjerstwa. Swój zakład prowadzi od prawie sześćdziesięciu                   lat przyulicy 1 Maja 20 w Łodzi (róg z Żeromskiego). Ma żonę i dwoje dzieci.

Wywiad ukazał się na gazeta.pl

piątek, 16 stycznia 2015

Łukasz Górczyński, strażak: "Dobry ratownik to żywy ratownik"

- Zawsze gdy uchylam drzwi, mam nadzieję, że w mieszkaniu zastanę osobę chorą lub co najwyżej nieprzytomną, ale często znajdujemy osoby martwe. Takie, które odeszły w samotności - opowiada nam Łukasz Górczyński, od czterech lat strażak Państwowej Straży Pożarnej w Jednostce Ratowniczo-Gaśniczej nr 11 w Łodzi.
Pamięta pan swoją pierwszą akcję?
- Dostaliśmy wezwanie w rejon ogródków działkowych. Przed jednym z nich działkowicz zostawił małego fiata i ktoś dla zabawy przewrócił jego samochód na bok. Sytuacja wydawała mi się zabawna, ale dla właściciela nie był to miły obrazek. Przekręciliśmy auto na koła, a następnie zabezpieczyliśmy paliwo i płyny eksploatacyjne, które wylały się z samochodu, za pomocą sorbentu. Jest to specjalny granulat, który wysypujemy w miejscu, w którym nastąpił rozlew - jego cząsteczki wchłaniają niepożądane substancje.
Chociaż straż pożarna kojarzy się wielu ludziom wyłącznie z gaszeniem pożarów, to wyjazdów niezwiązanych z pożarami mamy bardzo dużo, co zresztą na początku było dla mnie sporym zaskoczeniem. Pożary to około 30 proc. wszystkich interwencji.
A zdarzyło się panu zdejmować kota z drzewa?
- Kiedy rozpocząłem służbę w straży pożarnej, niejednokrotnie byłem o to pytany, i zawsze wydawało mi się, że to zwykła uszczypliwość. Jakież było moje zdziwienie, kiedy pewnego dnia otrzymaliśmy zgłoszenie wyjazdu do „uwięzionego” kota. Uciekł on pewnej kobiecie w czasie spaceru. Oparliśmy drabinę o drzewo, na którym wisiał, a kot sam z niego zeskoczył. Jego właścicielka była nam bardzo wdzięczna za pomoc.
Jaka akcja najbardziej zapadła panu w pamięć?
- Najtrudniejsze są dla mnie akcje z udziałem dzieci. Utkwiło mi w pamięci zdarzenie z ubiegłego roku, kiedy zostaliśmy przekierowani do zabezpieczenia miejsca lądowania dla śmigłowca Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Po przyjeździe okazało się, że na miejsce przybył wcześniej Zespół Ratownictwa Medycznego i w pobliskim domu znajdują się już ratownicy. Dowódca wyznaczył mnie, żebym wszedł z nim do środka i zobaczył, jak wygląda sytuacja. Widok ratowników reanimujących pięciomiesięcznego niemowlaka, który leżał na dywanie z podłączoną kroplówką, był dla mnie wstrząsający. Zza ściany pokoju dochodził przeraźliwy krzyk matki dziecka, jakby ktoś zadawał jej fizyczny ból. Staraliśmy się pomóc ratownikom. Przez dłuższą chwilę trzymałem kroplówkę nad niemowlakiem i pomogłem przełożyć go na nosze, żeby mógł zostać zabrany do śmigłowca. Wcześniej miałem do czynienia z taką sytuacją jedynie podczas szkoleń medycznych na fantomach do resuscytacji dzieci.

Czy często uczestniczy pan w akcjach, w których poszkodowanymi są dzieci?
- Na szczęście podobnych przypadków jak ten nie doświadczyłem, choć zdarzały się inne akcje z udziałem maluchów. Kiedyś pewna babcia wyszła z mieszkania i zatrzasnęły się za nią drzwi, a w środku znajdował się jej dwuletni wnuczek. Zszokowana całą sytuacją najpierw wezwała ślusarza, żeby otworzył zamek, a dopiero później zadzwoniła po nas. Mieszkanie znajdowało się na ósmym piętrze, więc wjechaliśmy na górę drabiną. Na szczęście drzwi balkonowe były uchylone, dzięki temu dostaliśmy się do środka bez żadnych szkód. Wchodząc do mieszkania, spodziewałem się, że zastaniemy tam przestraszone dziecko, które będzie zdezorientowane całą sytuacją. Tymczasem dwulatek siedział przed telewizorem, oglądał wiadomości i bawił się autem. Spojrzał na nas z uśmiechem, jakby chciał nas zaprosić do zabawy. W ogóle nie bał się obcych osób w dziwnych ubraniach i hełmach na głowie.
Podobna sytuacja przydarzyła się, kiedy mniej więcej czteroletnie dziecko niechcący uwięziło mamę na balkonie. Chłopiec zamknął drzwi i nie potrafił ich otworzyć. Mama krzyczała do sąsiadów z drugiego piętra, żeby zadzwonili po pomoc. Mogliśmy wejść na balkon i rozbić szybę w oknie lub dostać się do środka, wyważając drzwi. Okazało się jednak, że okno od strony klatki schodowej jest uchylone, więc przystawiliśmy drabinę i weszliśmy do mieszkania.
Dlaczego został pan strażakiem?
- Zawsze marzyła mi się praca w służbach mundurowych. Moje największe zainteresowania budziła kryminalistyka, więc myślałem raczej o policji. W szkole średniej zastanawiałem się nawet nad wstąpieniem do wojska jako ochotnik, ale wybrałem studia. Studiowałem administrację na Uniwersytecie Łódzkim, byłem przedstawicielem handlowym, jednak tak naprawdę widziałem swoją przyszłość jedynie w mundurze. Mój brat, który również jest strażakiem, bardzo sobie chwalił służbę w straży pożarnej i namówił mnie, żebym spróbował swoich sił w naborze. Udało się za drugim podejściem. Jak się okazało, był to bardzo dobry wybór, bo służba w tej formacji daje mi ogromną satysfakcję i nie zamieniłbym jej na żadną inną.
Jak wygląda nabór do straży pożarnej?
- Do służby można dostać się na trzy sposoby. Pierwszy to rozpoczęcie nauki w Szkole Aspirantów, po ukończeniu której uzyskuje się tytuł technika pożarnictwa. Innym sposobem jest podjęcie studiów i rozpoczęcie służby kandydackiej w Szkole Głównej Służby Pożarniczej, która kształci kadrę oficerską. Z kolei ja przeszedłem nabór ogłoszony przez komendę miejską straży pożarnej. Żeby zostać przyjętym, musiałem przejść badania lekarskie, odbyć rozmowę z psychologiem, reprezentantami komendy i zdać testy sprawnościowe. Należy do nich podciąganie się na drążku, bieg na 50 metrów i na 1000 metrów. Co roku muszę zaliczyć te same ćwiczenia. Następnie zostałem skierowany na trzymiesięczne szkolenie podstawowe w formie skoszarowanej.
Odbyłem kurs podstawowy dla szeregowych, który trwał trzy miesiące, a po trzech latach służby ukończyłem trzymiesięczny kurs podoficerski. Obecnie nowo przyjęci do służby kierowani są od razu na jednoetapowy sześciomiesięczny kurs podoficerski. Na szkoleniu uczyłem się podstaw dotyczących funkcjonowania straży pożarnej i ochrony przeciwpożarowej. Poczułem namiastkę służby wojskowej, bo dużą rolę podczas szkolenia odgrywa zdyscyplinowanie, gotowość do działania oraz poszanowanie praw i obowiązków służbowych. Podobnie jak w wojsku z biegiem lat awansujemy, mamy nadawane stopnie i przydzielane stanowiska. Jednak najważniejsze było dla mnie zapoznanie się ze sprzętem, którego używamy w działaniach ratowniczo-gaśniczych oraz nauka udzielania pierwszej pomocy przedmedycznej.
Straż pożarna jest obecnie bardzo wyspecjalizowaną służbą. Kiedyś większość wyjazdów dotyczyła pożarów, natomiast teraz jesteśmy dysponowani także do tak zwanych miejscowych zagrożeń. Należą do nich zarówno interwencje wynikające ze złej pogody, tj. silne wiatry, podtopienia, jak i interwencje związane z zagrożeniami chemicznymi, ekologicznymi i budowlanymi. Do tego dochodzą wypadki w transporcie drogowym i kolejowym. Poza tym zajmujemy się ratownictwem wysokościowym i wypadkami na akwenach. W straży funkcjonują cztery wyspecjalizowane grupy - ratownictwa wysokościowego, poszukiwawczo-ratownicza, ratownictwa wodnego oraz ratownictwa chemiczno-ekologicznego, które dysponują jeszcze bardziej zaawansowanym sprzętem w swojej dziedzinie, jednak każdy strażak musi znać przynajmniej podstawowy sprzęt mający zastosowanie w każdej z nich.
Po kursie trafiłem do jednostki, w której akurat był wolny etat. Na początku musiałem przyzwyczaić się do specyfiki służby, ale bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie, że nikt nie traktował mnie z góry. Pamiętam słowa, które usłyszałem: „Zawsze służymy pomocą, bo razem będziemy jeździć na akcje i za siebie odpowiadać, więc musimy stworzyć jedną drużynę”.
Co w pierwszej kolejności musi pan zrobić po przyjściu do pracy?
- Służbę rozpoczynam o ósmej rano. Przed jej rozpoczęciem wraz z całą zmianą musimy sprawdzić i przyjąć sprzęt od zmiany, która miała służbę przed nami. Zgłaszamy dowódcy, że sprzęt działa, albo informujemy o usterkach i przystępujemy do zmiany służby. Potem jest czas na zajęcia teoretyczne i praktyczne. Mamy z góry ustalony harmonogram doskonalenia zawodowego na dany miesiąc, który przewiduje różnego rodzaju szkolenia.
W ramach tego szkolenia wyjeżdżamy również na ćwiczenia obiektowe w rejonie naszego działania. Odwiedzamy firmy, budynki użyteczności publicznej, żeby wiedzieć, jak w razie potrzeby poruszać się w danym miejscu. W przypadku firm produkcyjnych uzupełniamy naszą wiedzę m.in. o to, jakie niebezpieczne substancje mogą znajdować się w środku, aby mieć świadomość, jakie zagrożenia mogą na nas czekać. Uczestniczymy również w próbnych ewakuacjach. Tak nasz dzień wygląda oczywiście w teorii, bo nigdy nie wiemy, kiedy zaświeci się czerwone światło.

Ile czasu zazwyczaj mija od włączenia się alarmu do wyjazdu na akcję?
Niezależnie od pory dnia mamy na to mniej niż minutę. Możemy w nocy spać, ale to jest bardzo czujny sen. Zanim zadzwonią dzwonki alarmowe, zapala się czerwone światło i to już powoduje, że zrywamy się na równe nogi. Częściowo śpimy w ubraniu - w spodniach i koszulce. Do założenia pozostaje jedynie bluza. Jest to nasze ubranie koszarowe, w którym chodzimy na co dzień po jednostce i które zakładamy do akcji pod ubranie specjalne. Kiedy ześlizgujemy się po ześlizgu na garaż, zakładamy gumowce, do góry podciągamy znajdujące się na nich spodnie z szelkami, kurtkę, rękawice, hełm i ruszamy do akcji.
Jakie emocje panu towarzyszą, gdy rusza pan w teren?
- Każdy alarm powoduje przyspieszone bicie serca i zawsze towarzyszy mi adrenalina. Pojawia się również stres, ale taki w pozytywnym wydaniu, który pozwala mi skupić się na zdarzeniu, do którego jesteśmy wezwani. Wypadki kończą się mniej lub bardziej szczęśliwie, więc pojawiają się również takie emocje jak radość, smutek czy nawet przygnębienie, ale docierają one do mnie zazwyczaj dopiero po powrocie do jednostki, a niekiedy nawet następnego dnia.
Zdarza się, że wzywa nas policja, np. do pomocy przy otwarciu mieszkania, bo zaniepokojona rodzina lub sąsiedzi nie mają kontaktu z osobą, która w nim zamieszkuje. Zawsze, gdy uchylam drzwi, mam nadzieję, że w mieszkaniu zastanę osobę chorą lub co najwyżej nieprzytomną, ale często znajdujemy osoby martwe. Takie, które odeszły w samotności. W rejonie, w którym pracuję, jest sporo wieżowców i takich przypadków jest bardzo dużo.
Jesteśmy wzywani również do wypadków samochodowych, w których ludzie są często mocno poszkodowani, i to też nie jest przyjemne, ale musimy działać. Śmierć przy akcjach to największa tragedia i zawsze później przychodzi refleksja. Nie mogę jednak zbyt długo rozpamiętywać takich zdarzeń, bo w przeciwnym razie ciężko by mi się pracowało.
Na czym polega pomoc straży pożarnej na miejscu wypadku?
- Nasze działania rozpoczynamy zawsze od zabezpieczania miejsca zdarzenia. W pierwszej kolejności musimy zadbać o własne bezpieczeństwo, a następnie dotrzeć do poszkodowanych. Rozpoznać, jakie zagrożenia pojawiły się w związku z wypadkiem, takie jak np. rozlane paliwo, i ocenić kto najbardziej potrzebuje pomocy. Jeżeli nie można poszkodowanych wydobyć z samochodu, to przy użyciu specjalistycznego sprzętu musimy uzyskać do nich dostęp, aby można im było udzielić niezbędnej pomocy, a następnie przekazać załodze pogotowia ratunkowego.
Ostatnio uczestniczyłem w akcji, w której nastąpiło zderzenie samochodu osobowego z motocyklem. Kierowcy samochodu osobowego nic się nie stało, natomiast 30 metrów od miejsca zdarzenia na chodniku leżał człowiek. Świadkowie powiedzieli, że jest to motocyklista. Okazało się, że motocykl poleciał 15 metrów w przeciwnym kierunku. Mężczyzna był mocno poturbowany, miał potłuczony bark i otwarte złamanie nogi. Nasza pomoc polegała m.in. na ustabilizowaniu poszkodowanego w pozycji, w której go zastaliśmy. Założyliśmy mu kołnierz ortopedyczny, aby zabezpieczyć odcinek szyjny kręgosłupa, położyliśmy opatrunek na ranę, udzieliliśmy wsparcia psychicznego i czekaliśmy na pogotowie.
Często się zdarza, że straż pożarna przyjeżdża na miejsce wypadku przed pogotowiem?
- Trudno to ocenić. Zazwyczaj jesteśmy na miejscu w tym samym czasie lub zaraz po sobie. Jeżeli chodzi o jednostki straży pożarnej, które znajdują się w miastach, to pogotowie przyjeżdża zazwyczaj przed nami. Często zależy to od tego, pod jaki numer alarmowy trafi zgłoszenie.
Nieco inaczej może to wyglądać w powiatach. Niemniej pamiętam, że raz wezwano nas do dziewczyny, która zasłabła na przystanku tramwajowym, bo karetka pogotowia miała być z opóźnieniem. Okazało się, że to nie było nic groźnego, mogliśmy powiadomić pogotowie, w jakim stanie znajdowała się dziewczyna, i po naszej interwencji karetka zabrała ją do szpitala.
Zdarza się także, że jedziemy z pomocą załogom pogotowia. Kiedyś młody mężczyzna nabawił się w domu urazu kręgosłupa, a że był dość słusznych rozmiarów, to dwóch ratowników nie byłoby w stanie znieść go po schodach do karetki. Razem z trzema innymi strażakami i ekipą pogotowia znieśliśmy chorego na noszach. Takich sytuacji również nie brakuje.
Jakie akcje są najbardziej niebezpiecznie?
- W zasadzie wszystkie zdarzenia, do których jedziemy, niosą ze sobą duże zagrożenie dla naszego życia i zdrowia. W przypadku pożaru trudno przewidzieć, jak rozwinie się sytuacja.
Pożar - w zależności od tego, co znajduje się w danym obiekcie - może zacząć się szybko rozprzestrzeniać. Mimo że nasze działania opierają się na ściśle określonych procedurach, których musimy przestrzegać, począwszy od przyjazdu na miejsce zdarzenia i ustawienia wozu pożarniczego, to nie są one w stanie w pełni uchronić nas przed niebezpieczeństwem.
Wydawałoby się, że drewniana, kilkumetrowa komórka nie stanowi zagrożenia. Natomiast ludzie w środku mogą przechowywać substancje łatwopalne, butle z gazem czy inne niebezpieczne materiały. Zwykło się u nas mawiać: „Dobry ratownik to żywy ratownik”.  Dlatego w czasie akcji trzeba być zawsze bardzo ostrożnym i nigdy nie kierować się rutyną.

Co jest najczęstszą przyczyną pożarów?
- Zazwyczaj wynikają one z braku ostrożności i niewłaściwego posługiwania się ogniem przez osoby dorosłe. Mam tu na myśli np. pozostawianie bez nadzoru potraw na kuchenkach gazowych, co jest częstą przyczyną pożarów mieszkań. Bardzo niebezpieczne jest również używanie otwartego ognia w różnego rodzaju budynkach magazynowych, w których przechowuje się produkty łatwopalne, oraz w pomieszczeniach produkcyjnych i usługowych. Do częstych przyczyn pożarów należy również nieprawidłowe użytkowanie instalacji elektrycznej oraz urządzeń grzewczych.
Bardzo dużo zdarza się również pożarów samochodów z powodu niesprawnej instalacji elektrycznej, ale znacznie łatwiej jest je ugasić niż ogień, który rozprzestrzenia się w zamkniętych pomieszczeniach.
W jakich warunkach pracuje się panu najciężej?
- Nie ukrywam, że najtrudniejsze są dla mnie akcje związane z niesprzyjającymi warunkami pogodowymi. Jeśli nastąpił pożar albo doszło do wypadku, a do tego załamała się pogoda, to akcja daje nam się jeszcze bardziej we znaki. Pamiętam, że w grudniu 2013 roku cała Polska zmagała się ze skutkami huraganu „Ksawery". Pierwsze wezwanie mieliśmy o dziewiątej rano i potem przez cały dzień jeździliśmy od zdarzenia do zdarzenia, bo musieliśmy uporać się z powalonymi drzewami, pozrywanymi dachami, a do tego w międzyczasie gasiliśmy duży pożar poddasza. Po południu przyszły śnieżyca i mróz, warunki były katastrofalne. Do akcji jechaliśmy bardzo powoli, bo na jezdniach był lód. Do jednostki wróciliśmy około północy wyczerpani do granic możliwości.
Najciężej pożary gasi się zimą. Dla mnie jest to też męczące fizycznie, bo gasimy wodą, która szybko zamarza, i niejednokrotnie jestem przemoczony, a temperatura nie sprzyja nam w żaden sposób. Kiedy akcja trwa kilka godzin, muszę w tym stanie wytrwać, bo nie ma możliwości powrotu do jednostki. Z kolei przez to, że nasze specjalne ubrania są dość grube, a do tego zakładamy rękawice i hełm, to latem przy 30-stopniowym upale muszę uważać, żeby się nie odwodnić.
Która interwencja sprawiła panu największą satysfakcję?
- Do tej pory były to chyba działania w trakcie powodzi na południu Polski, w których brałem udział w czasie kursu podoficerskiego. Jeżeli woda przerwie wał i zaleje posesje oraz domy, to w pierwszych godzinach akcji uruchamiane są jednostki, które posiadają odpowiedni sprzęt, czyli wszelkiego rodzaju łodzie, pontony, dzięki którym można ewakuować mieszkańców. Natomiast gdy woda opada i widać ogrom zniszczeń, zaczyna się drugi etap naszych działań. Do akcji, w zależności od jej rozmiarów, mogą zostać wysłane bardzo duże siły. Rozpoczyna się wówczas m.in. umacnianie wałów, dostarczanie żywności i wody pitnej, wypompowywanie wody z posesji oraz pomoc w sprzątaniu i usuwaniu skutków po wodzie, która przeszła.
Jesteśmy służbą, która zajmuje się ratowaniem życia, zdrowia i mienia. Dysponujemy przy tym specjalistycznym sprzętem, wiedzą i umiejętnościami, dlatego jeśli ludzie są w stanie zagrożenia i nie potrafią dać sobie rady sami, to mogą liczyć na naszą pomoc. Gdy opadła woda, wielu ludzi na widok strat, które ponieśli, się załamało. W niektórych domach błota było po kolana, więc pomagaliśmy wynosić meble i inne wyposażenie, które dało się jeszcze uratować. Możliwość pomocy w takich sytuacjach, w których ludzie stracili niekiedy dorobek życia, daje bardzo dużą satysfakcję.
Jak na działania strażaków reagują poszkodowani? W końcu zazwyczaj są wystawieni na ekstremalny stres, przez co mają prawo nie kontrolować swoich emocji...
- Reakcje są bardzo pozytywne. Często w którymś momencie pada słowo „dziękuję”, co przekłada się na to, że straż pożarna cieszy się dużym zaufaniem społecznym. Gdy jest się zmęczonym i nie ma się na nic więcej ochoty, to słowa uznania dodają skrzydeł.

Łukasz Górczyński. Ukończył administrację na Uniwersytecie Łódzkim, pracował jako przedstawiciel handlowy w firmie farmaceutyczno-kosmetycznej, od czterech lat strażak Państwowej Straży Pożarnej w Jednostce Ratowniczo-Gaśniczej nr 11 w Łodzi. Pasjonat piłki nożnej, motocykli i dobrej muzyki.
Wywiad ukazał się w "Weekendzie" na gazeta.pl