sobota, 24 stycznia 2015

Monica Serrano, konna toreadorka: Każdego popołudnia byłam bliska śmierci

Z Monicą Serrano, jedyną konną toreadorką w Meksyku, umawiam się na rozmowę na jej ranczu niedaleko Mexico City. Oprowadza mnie po stadninie, gdzie znajdują się jej konie sprowadzone z Portugalii. - Moje konie są waleczne, nie boją się byków - mówi. Jeździ z nimi na korridy po całym świecie.



Monica zatrzymuje się przy boksie Gaudiego. Częstuje go bananem, a koń rży z radości. Dwa miesiące temu przeżyli wypadek. Gaudi poślizgnął się w czasie korridy, Monica upadła na ziemię i zaatakował ją byk. Miała złamany nos i wstrząśnienie mózgu. Dzisiaj po zranieniu nie widać już śladu.
Do stadniny wchodzi starsza kobieta o śniadej twarzy, która pracuje na ranczu, odkąd  pamięta. Podaje nam po kieliszku tequili. - Już robię tortille i mięso na obiad - mówi. Monica tonem nieznoszącym sprzeciwu wydaje kilka poleceń swoim pracownikom i wyprowadza Gaudiego z boksu. Dosiada konia i wjeżdża z nim na arenę korridę, którą wybudowano obok stadniny.
Po chwili wbiega tam jałówka. Krowy najbardziej przypominają byka, więc to z nimi Monica najczęściej przygotowuje się do korridy. Krowa atakuje konia. Monica pozwala jej zbliżyć się do siebie, koń wycofuje się bokiem i w ostatnim momencie udaje mu się uniknąć uderzenia. Dziewczyna podnosi lancę i wbija ją w grzbiet krowy. Krew spływa strużkami po boku zwierzęcia, które naciera na nią z jeszcze większą agresją.


Jak odkryłaś, że chcesz zostać konną toreadorką?
- Mój tata, Ramon Serrano, był znanym konnym toreadorem w Meksyku, od dziecka go podziwiałam. Co prawda kiedy widziałam go po raz pierwszy na korridzie, bardzo się wystraszyłam... Miałam wtedy siedem lat i nie rozumiałam, co się dzieje. Z czasem walki byków zaczęły bardziej przykuwać moją uwagę. Jeździłam z rodzicami do Hiszpanii, Francji, Portugalii, gdzie poznałam wielu konnych toreadorów. Szybko zrozumiałam, że w konnej walce z bykami technika jest bardzo trudna i trzeba być gotowym do wielu poświęceń, żeby odnieść sukces. Dzisiaj jesteśmy z tatą wielkimi przyjaciółmi i łączy nas relacja uczeń - nauczyciel. Jemu zawdzięczam całą wiedzę na temat korridy.
Jakich rad udzielił ci tata?
- Żaden nauczyciel, za żadne pieniądze, nie byłby w stanie nauczyć mnie tego, czego dowiedziałam się od taty. Zawsze byłam bojaźliwa i wolałam patrzeć na byki z oddali. I on pewnego dnia mi powiedział: „Monica, technika pokona strach”. Chodziło mu o to, że trzeba dużo trenować. Jest to jedna z lekcji, za które jestem mu wdzięczna.
Czego się bałaś?
- Bałam się, że byk mnie złapie albo że mój koń się przewróci i stanie mu się krzywda. Bałam się, że ludzie powiedzą, że jestem do niczego w roli toreadorki. Zawsze strach był obecny w moim życiu. Oczywiście nadal boję się byków, ale już nie wpadam w panikę na ich widok.
Kto nauczył cię jeździć konno?
- Mój tata. Miał piękne ranczo niedaleko Mexico City, gdzie hodował konie, krowy i byki. Spędzaliśmy tam weekendy. Pamiętam, że jeździłam z tatą po polach i dużo rozmawialiśmy. Opowiadał mi też o bykach. Bardzo lubiłam patrzeć, jak walczy z krowami, żeby przygotować się do korridy. Zdarzało się, że uciekałam ze szkoły na ranczo, aby pojeździć konno.
Kiedy skończyłam college, poprosiłam tatę, żeby wysłał mnie do Portugalii na naukę konnej walki z bykami. Tata wynajął dla mnie hacjendę blisko Lizbony i podarował dwa konie do ćwiczeń. Przez większość czasu uczyłam się pod jego czujnym okiem. Po trzech latach wróciłam do Meksyku i poszłam na studia biznesowe, ale myślami byłam przy korridzie. Nie mogłam skoncentrować się na niczym innym, dlatego myślę, że korrida jest nieodłączną częścią mnie. To moja wielka pasja.
Ważne, żeby w życiu mieć pasję?
- Oczywiście. W życiu o to chodzi, żeby mieć pasję. Każdy musi mieć jakąś motywację, jeśli chce się być w czymś naprawdę dobrym. Mam trzy pasje: moi synowie, mój tata i moje konie. Te pasje sprawiają, że chcę iść do przodu, rozwijać się. Nawet jeśli się potknę, zabłądzę i nie będę mogła znaleźć drogi, to dzięki nim szybko uda mi się podnieść.


Czy zainteresowanie korridą odbiło się na twoim życiu osobistym?
- Nie chciałabym, żeby to, co robię, miało wpływ na życie moich dzieci, a reszta mnie nie interesuje. Moi synowie mają dzisiaj 6 i 10 lat. Nie chodzą na korridy, ale cieszą się, widząc mnie zadowoloną. Często mówią o mnie swoim kolegom. „Mamo, przyjdź do szkoły i opowiedz, co robisz i jak to robisz” - proszą.
Chcesz, żeby poszli w twoje ślady?
- Moi synowie lubią piłkę nożną. Mam nadzieję, że zostaną piłkarzami i nie będą mieć nic wspólnego z bykami.
Jak twoja mama zareagowała, gdy dowiedziała się, że chcesz zostać konną toreadorką?
- Mój tata się cieszył, a mama nie była zachwycona tym pomysłem. Jej nie podobają się korridy. Chyba dlatego nie za bardzo jest częścią mojego życia i mojego świata... Na początku przychodziła na korridy, ale już tego nie robi, bo się o mnie boi. Zwłaszcza ostatni wypadek wzbudził w niej niepokój. Jednak zdaje sobie sprawę, że jeśli codziennie będę ćwiczyć z moimi końmi, to wszystko powinno skończyć się dobrze.
Co to był za wypadek?
- Dwa miesiące temu miałam wypadek na korridzie w Pachuce. Mój koń się poślizgnął, spadłam z niego i zaatakował mnie byk. Złamałam nos, krew leciała mi z ust, a ja podniosłam głowę, żeby zobaczyć tylko, czy mój koń jest bezpieczny. Na szczęście nic mu się nie stało.
Dla mnie to była trauma. Prawdę mówiąc, takie przeżycie sprawia, że zaczynasz się zastanawiać, czy jest to coś, czego naprawdę chcesz. Czy nie lepiej pojechać na plażę, opalać się i popijać pina coladę?
Do jakich wniosków doszłaś?
- Chcę nadal to robić i być najlepsza na świecie.


Po czym poznasz, że jesteś najlepsza?
- Kiedy wyjdę na arenę i zobaczę, że wzbudzam w ludziach wielkie emocje, to będę wiedziała, że jestem najlepsza. To nie jest piłka nożna, że strzelasz gola i wygrywasz. Co prawda sędzia i publiczność mogą nagrodzić toreadora uchem byka za dobrą walkę, ale dla mnie najwyższą nagrodą są oklaski. To jest jak z byciem piosenkarzem - jeśli dobrze śpiewasz, to ludzie chcą cię słuchać.
Jakie miejsce w kulturze meksykańskiej zajmuje korrida?
- Korrida w Meksyku jest już od prawie 500 lat. Wielu ludziom podobają się walki byków, niektórzy z tego żyją i dużo osób chce nas oglądać. Sezon na korridy trwa od końca do początku pory deszczowej. Teraz w lutym i w marcu będę jeździć po całym Meksyku od jednej korridy do drugiej.
Co jest najważniejsze, żeby zostać dobrym konnym toreadorem?
- Najpierw trzeba nauczyć się jeździć konno. Jeśli nie umiesz dobrze jeździć, to nie możesz walczyć z bykami. Myślę, że niektórzy konni toreadorzy nie są w stanie przekroczyć pewnej granicy przez to, że słabo jeżdżą. Oczywiście ja też każdego dnia się uczę czegoś nowego. W tej chwili mam w stadninie 16 koni, z których 7 jeździ ze mną na korridy. Każdy koń jest inny, każdy jest moim nauczycielem.
Koń jest dla mnie najlepszym partnerem i towarzyszem. Musi mi ufać w stu procentach tak samo jak ja jemu, ponieważ możemy też niezamierzenie stać się swoimi największymi wrogami. Koń jest żywą istotą, która czuje strach podobnie jak ludzie. Gdy stajemy naprzeciwko byków, które są silnymi bestiami, to musimy użyć inteligencji. Moje konie ufają mi na tyle, że pozwalają się zbliżyć do siebie bykom. Niektórym może się wydawać, że nie jesteśmy już w stanie uciec bestii, ale nam się udaje.
Jak często ćwiczysz z końmi?
- Staram się ćwiczyć sześć razy w tygodniu, chociaż nie muszę tak często, bo nigdy nie tracę wyczucia z końmi i bykami. Prawda jest taka, że im więcej umiesz, tym bardziej ryzykujesz. Przyznam, że w zeszłym roku każdego popołudnia byłam bliska śmierci. Pozwalałam, żeby byk zbliżył się do mnie na niebezpieczną odległość albo ja zbliżałam się z koniem do byka. Czasem tylko dzięki szczęściu nic mi się nie stało.
Nauczyłaś się dobrze jeździć. I co dalej?
- Uczysz się stawać naprzeciwko byka. Dowiadujesz się, w którym momencie usunąć się na bok. Co zrobić, żeby nie dotknąć byka, i jak poradzić sobie w sytuacji zagrożenia życia.



W jaki sposób możesz uniknąć byka?
- Musisz nauczyć się dobrze z nim walczyć i mieć bardzo dobre konie. Jeśli brakuje ci techniki albo twój koń nie jest dobry, to byk w ciebie uderzy. Nauczy się twojego sposobu walki szybciej, niż będziesz w stanie uciec.
Kim jest dla ciebie byk?
- Byk jest moim najlepszym przyjacielem, bo dzięki niemu udaje mi się odnieść zwycięstwo. To ja, przez mój brak zdecydowania, mogę stworzyć dla siebie zagrożenie.
Czy pamiętasz byka, który najbardziej cię wystraszył?
- Tak, był to byk, z którym walczyłam po raz pierwszy przed publicznością. Miałam wtedy 19 lat. Wszystko się udało, ale bałam się, bo nigdy wcześniej nie stanęłam naprzeciwko byka na arenie pełnej ludzi. Na szczęście wszyscy okazali mi mnóstwo serdeczności. Wiedzieli, że nie mam doświadczenia, więc jeszcze bardziej zagrzewali mnie do walki i byli w stanie wybaczyć mi błędy.
Umiesz przewidzieć, w jaki sposób zachowa się byk?
- Czasami jestem w stanie przewidzieć, co zrobi. Niektóre byki wychodzą i biegają dookoła, ale są też takie, które stają na środku, patrzą na mnie i czekają w bezruchu. Taki zdystansowany byk jest dużo trudniejszym przeciwnikiem. Potrafi napaść w najmniej oczekiwanym momencie.


Walka z bykiem to oszukiwanie, ale bez kłamania. Byki są bardzo inteligentne, im starsze, tym szybciej się uczą. Jeśli ja za każdym razem skręcam w lewo, on w końcu będzie wiedzieć, z której strony ma mnie zaatakować. Dlatego trzeba mieć dużo wyczucia, żeby oszukać byka. Co prawda nie jest to łatwe, ale jeszcze trudniej jest zmylić mojego tatę. On jest najtrudniejszym bykiem, z jakim przyszło mi się zmierzyć.
Czy ktoś w rodzinie poza waszą dwójką ma coś wspólnego z korridą?
- Nie, mój tata wychował się w mieście i jako pierwszy w rodzinie został konnym toreadorem. Któregoś dnia zobaczył walki byków, chciał spróbować swojego szczęścia i okazało się, że ma do tego talent.
Mam cztery siostry, ale tylko ja zainteresowałam się końmi i bykami. Zabrałam się do nauki dosyć późno, bo konni toreadorzy w Portugalii zaczynają uczyć się techniki od siódmego roku życia. Zresztą konna korrida wywodzi się z Portugalii i tam bardziej się nią interesują.


Gdzie poza Portugalią i Meksykiem jest obecna konna korrida?
- W Hiszpanii, Francji, Ekwadorze, Kolumbii, Portugalii, Peru, Stanach Zjednoczonych i w Chinach. Nie byłam jeszcze w Peru, w pozostałych krajach już startowałam. Poszczególne kraje różnią się zasadami, na przykład w Portugalii nie zabija się byka, w przeciwieństwie do choćby Francji, Meksyku czy Hiszpanii.
Jakie są etapy walki z bykami?
- Walka składa się z trzech etapów. W pierwszej części wypuszczają byka na arenę, a ja wbijam mu w grzbiet lancę. Byk w ten sposób staje się bardziej agresywny, naciera z większą siłą. W drugiej części wbijam w jego grzbiet krótkie włócznie, które zostają w ciele. Sama decyduję, czy muszę wbić jedną, dwie czy trzy włócznie. Nigdy nie wbijam czterech. To z kolei pomaga mi wodzić byka. W trzeciej części zabijam byka cienką szpadą.
Zgodzisz się z królem Hiszpanii Juanem Carlosem, który twierdzi, że korrida jest rodzajem sztuki łączącej w jedną całość choreografię, muzykę i kostium, a toreador jest rzeźbiarzem, który zamiast gliny urabia zwierzę?
- Kiedy jestem na korridzie, nie gram, tylko jestem sobą. Należy jednak tak pięknie współgrać z bestią, żeby dotrzeć z tym przekazem do duszy ludzi. Podobnie jak w teatrze publiczność powinna czuć to, co robię.
Na każdej korridzie zabijasz dwa byki. Ile korrid masz zaplanowanych w tym roku?
- Około czterdziestu.


Smutna statystyka... I za każdym razem zwierzę umiera na oczach widowni. Dlaczego trzeba zabić byka? Czy to jest twoim zdaniem konieczne?
- Moja rodzina hoduje byki na wsi. To miejsce jest spektakularne. Byki żyją tam przez kilka lat wolne, dostają najlepsze jedzenie i nikt im nie przeszkadza. Jeśli komuś nie podoba się korrida, powinien zobaczyć, w jakich warunkach żyją tam byki. Dopiero 4,5-letnie nadają się do walki. Trzeba też pamiętać, że byki, z którymi walczę, zostały wyhodowane specjalnie na potrzeby korridy.
Czy publiczność bardziej interesuje się tradycyjną korridą czy konną walką z bykiem?
- Jeśli na arenie jest toreador i przejedzie jeden na koniu, to wszyscy ludzie oglądają się za koniem. Ale nie potrafię powiedzieć, co jest bardziej popularne.
Dużo kobiet zajmuje się konną walką z bykiem?
- Pierwszą konną toreadorką w Meksyku była Karla Sanchez, ale w tej chwili jestem jedyną kobietą walczącą na koniu. Chyba dzieje się tak dlatego, że jest to droga pasja. Konie są drogie, podobnie jak ich utrzymanie, jedzenie, weterynarze, transport, ubrania. Trzeba zainwestować dużo czasu i pieniędzy w trening, zanim zacznie się zarabiać. Niektórzy wydają na naukę, a i tak nic nie zarobią.


Publiczność traktuje w taki sam sposób mężczyzn toreadorów i kobiety toreadorki?

- Publiczność uwielbia kobiety. Mężczyźni, wiadomo dlaczego... Z kolei kobiety mogą się z nami identyfikować. Inni toreadorzy też zawsze dobrze mnie traktowali. Do momentu, w którym stałam się lepsza od nich. Kiedy zauważyli, że ludzie bardziej mnie lubią, zaczęli mnie nienawidzić. Natomiast dla byka nie ma znaczenia, czy jestem kobietą czy mężczyzną. Czy jestem wysoka czy niska, biedna czy bogata.

Ale niektórzy twierdzą, że kobiety do pewnych zadań się nie nadają, bo są zbyt emocjonalne, nie potrafią zachować zimnej krwi...

- To akurat mi się podoba, bo my, kobiety, jesteśmy bardziej autentyczne. Nie myślimy tylko głową, ale mamy uczucia, pasję i potrafimy to pokazać. Moim zdaniem to bardzo ważny element. Poza tym kobiety są tak samo odważne jak mężczyźni, jeśli nie bardziej, a wbicie szpady w byka kosztuje je tyle samo wysiłku.

Monica Serrano Velarde. Pochodzi z Mexico City i jest córką znanego konnego toreadora Don Ramona Serrano. W roli konnej toreadorki zadebiutowała w 2001 w Tecamac w stanie Meksyk. Na Arena Mexico, najstarszej i najważniejszej arenie walk byków w Meksyku, po raz pierwszy zaprezentowała się 14 sierpnia 2005 r. W 2014 roku dwa razy wynoszono ją z areny na ramionach i nagrodzono ją pięcioma odciętymi uszami w czterech korridach. Jej strona na Facebooku ma ponad 70 tysięcy fanów.

Rozmowa ukazała się w "Weekendzie" na stronie gazeta.pl

piątek, 16 stycznia 2015

Łukasz Górczyński, strażak: "Dobry ratownik to żywy ratownik"

- Zawsze gdy uchylam drzwi, mam nadzieję, że w mieszkaniu zastanę osobę chorą lub co najwyżej nieprzytomną, ale często znajdujemy osoby martwe. Takie, które odeszły w samotności - opowiada nam Łukasz Górczyński, od czterech lat strażak Państwowej Straży Pożarnej w Jednostce Ratowniczo-Gaśniczej nr 11 w Łodzi.
Pamięta pan swoją pierwszą akcję?
- Dostaliśmy wezwanie w rejon ogródków działkowych. Przed jednym z nich działkowicz zostawił małego fiata i ktoś dla zabawy przewrócił jego samochód na bok. Sytuacja wydawała mi się zabawna, ale dla właściciela nie był to miły obrazek. Przekręciliśmy auto na koła, a następnie zabezpieczyliśmy paliwo i płyny eksploatacyjne, które wylały się z samochodu, za pomocą sorbentu. Jest to specjalny granulat, który wysypujemy w miejscu, w którym nastąpił rozlew - jego cząsteczki wchłaniają niepożądane substancje.
Chociaż straż pożarna kojarzy się wielu ludziom wyłącznie z gaszeniem pożarów, to wyjazdów niezwiązanych z pożarami mamy bardzo dużo, co zresztą na początku było dla mnie sporym zaskoczeniem. Pożary to około 30 proc. wszystkich interwencji.
A zdarzyło się panu zdejmować kota z drzewa?
- Kiedy rozpocząłem służbę w straży pożarnej, niejednokrotnie byłem o to pytany, i zawsze wydawało mi się, że to zwykła uszczypliwość. Jakież było moje zdziwienie, kiedy pewnego dnia otrzymaliśmy zgłoszenie wyjazdu do „uwięzionego” kota. Uciekł on pewnej kobiecie w czasie spaceru. Oparliśmy drabinę o drzewo, na którym wisiał, a kot sam z niego zeskoczył. Jego właścicielka była nam bardzo wdzięczna za pomoc.
Jaka akcja najbardziej zapadła panu w pamięć?
- Najtrudniejsze są dla mnie akcje z udziałem dzieci. Utkwiło mi w pamięci zdarzenie z ubiegłego roku, kiedy zostaliśmy przekierowani do zabezpieczenia miejsca lądowania dla śmigłowca Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Po przyjeździe okazało się, że na miejsce przybył wcześniej Zespół Ratownictwa Medycznego i w pobliskim domu znajdują się już ratownicy. Dowódca wyznaczył mnie, żebym wszedł z nim do środka i zobaczył, jak wygląda sytuacja. Widok ratowników reanimujących pięciomiesięcznego niemowlaka, który leżał na dywanie z podłączoną kroplówką, był dla mnie wstrząsający. Zza ściany pokoju dochodził przeraźliwy krzyk matki dziecka, jakby ktoś zadawał jej fizyczny ból. Staraliśmy się pomóc ratownikom. Przez dłuższą chwilę trzymałem kroplówkę nad niemowlakiem i pomogłem przełożyć go na nosze, żeby mógł zostać zabrany do śmigłowca. Wcześniej miałem do czynienia z taką sytuacją jedynie podczas szkoleń medycznych na fantomach do resuscytacji dzieci.

Czy często uczestniczy pan w akcjach, w których poszkodowanymi są dzieci?
- Na szczęście podobnych przypadków jak ten nie doświadczyłem, choć zdarzały się inne akcje z udziałem maluchów. Kiedyś pewna babcia wyszła z mieszkania i zatrzasnęły się za nią drzwi, a w środku znajdował się jej dwuletni wnuczek. Zszokowana całą sytuacją najpierw wezwała ślusarza, żeby otworzył zamek, a dopiero później zadzwoniła po nas. Mieszkanie znajdowało się na ósmym piętrze, więc wjechaliśmy na górę drabiną. Na szczęście drzwi balkonowe były uchylone, dzięki temu dostaliśmy się do środka bez żadnych szkód. Wchodząc do mieszkania, spodziewałem się, że zastaniemy tam przestraszone dziecko, które będzie zdezorientowane całą sytuacją. Tymczasem dwulatek siedział przed telewizorem, oglądał wiadomości i bawił się autem. Spojrzał na nas z uśmiechem, jakby chciał nas zaprosić do zabawy. W ogóle nie bał się obcych osób w dziwnych ubraniach i hełmach na głowie.
Podobna sytuacja przydarzyła się, kiedy mniej więcej czteroletnie dziecko niechcący uwięziło mamę na balkonie. Chłopiec zamknął drzwi i nie potrafił ich otworzyć. Mama krzyczała do sąsiadów z drugiego piętra, żeby zadzwonili po pomoc. Mogliśmy wejść na balkon i rozbić szybę w oknie lub dostać się do środka, wyważając drzwi. Okazało się jednak, że okno od strony klatki schodowej jest uchylone, więc przystawiliśmy drabinę i weszliśmy do mieszkania.
Dlaczego został pan strażakiem?
- Zawsze marzyła mi się praca w służbach mundurowych. Moje największe zainteresowania budziła kryminalistyka, więc myślałem raczej o policji. W szkole średniej zastanawiałem się nawet nad wstąpieniem do wojska jako ochotnik, ale wybrałem studia. Studiowałem administrację na Uniwersytecie Łódzkim, byłem przedstawicielem handlowym, jednak tak naprawdę widziałem swoją przyszłość jedynie w mundurze. Mój brat, który również jest strażakiem, bardzo sobie chwalił służbę w straży pożarnej i namówił mnie, żebym spróbował swoich sił w naborze. Udało się za drugim podejściem. Jak się okazało, był to bardzo dobry wybór, bo służba w tej formacji daje mi ogromną satysfakcję i nie zamieniłbym jej na żadną inną.
Jak wygląda nabór do straży pożarnej?
- Do służby można dostać się na trzy sposoby. Pierwszy to rozpoczęcie nauki w Szkole Aspirantów, po ukończeniu której uzyskuje się tytuł technika pożarnictwa. Innym sposobem jest podjęcie studiów i rozpoczęcie służby kandydackiej w Szkole Głównej Służby Pożarniczej, która kształci kadrę oficerską. Z kolei ja przeszedłem nabór ogłoszony przez komendę miejską straży pożarnej. Żeby zostać przyjętym, musiałem przejść badania lekarskie, odbyć rozmowę z psychologiem, reprezentantami komendy i zdać testy sprawnościowe. Należy do nich podciąganie się na drążku, bieg na 50 metrów i na 1000 metrów. Co roku muszę zaliczyć te same ćwiczenia. Następnie zostałem skierowany na trzymiesięczne szkolenie podstawowe w formie skoszarowanej.
Odbyłem kurs podstawowy dla szeregowych, który trwał trzy miesiące, a po trzech latach służby ukończyłem trzymiesięczny kurs podoficerski. Obecnie nowo przyjęci do służby kierowani są od razu na jednoetapowy sześciomiesięczny kurs podoficerski. Na szkoleniu uczyłem się podstaw dotyczących funkcjonowania straży pożarnej i ochrony przeciwpożarowej. Poczułem namiastkę służby wojskowej, bo dużą rolę podczas szkolenia odgrywa zdyscyplinowanie, gotowość do działania oraz poszanowanie praw i obowiązków służbowych. Podobnie jak w wojsku z biegiem lat awansujemy, mamy nadawane stopnie i przydzielane stanowiska. Jednak najważniejsze było dla mnie zapoznanie się ze sprzętem, którego używamy w działaniach ratowniczo-gaśniczych oraz nauka udzielania pierwszej pomocy przedmedycznej.
Straż pożarna jest obecnie bardzo wyspecjalizowaną służbą. Kiedyś większość wyjazdów dotyczyła pożarów, natomiast teraz jesteśmy dysponowani także do tak zwanych miejscowych zagrożeń. Należą do nich zarówno interwencje wynikające ze złej pogody, tj. silne wiatry, podtopienia, jak i interwencje związane z zagrożeniami chemicznymi, ekologicznymi i budowlanymi. Do tego dochodzą wypadki w transporcie drogowym i kolejowym. Poza tym zajmujemy się ratownictwem wysokościowym i wypadkami na akwenach. W straży funkcjonują cztery wyspecjalizowane grupy - ratownictwa wysokościowego, poszukiwawczo-ratownicza, ratownictwa wodnego oraz ratownictwa chemiczno-ekologicznego, które dysponują jeszcze bardziej zaawansowanym sprzętem w swojej dziedzinie, jednak każdy strażak musi znać przynajmniej podstawowy sprzęt mający zastosowanie w każdej z nich.
Po kursie trafiłem do jednostki, w której akurat był wolny etat. Na początku musiałem przyzwyczaić się do specyfiki służby, ale bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie, że nikt nie traktował mnie z góry. Pamiętam słowa, które usłyszałem: „Zawsze służymy pomocą, bo razem będziemy jeździć na akcje i za siebie odpowiadać, więc musimy stworzyć jedną drużynę”.
Co w pierwszej kolejności musi pan zrobić po przyjściu do pracy?
- Służbę rozpoczynam o ósmej rano. Przed jej rozpoczęciem wraz z całą zmianą musimy sprawdzić i przyjąć sprzęt od zmiany, która miała służbę przed nami. Zgłaszamy dowódcy, że sprzęt działa, albo informujemy o usterkach i przystępujemy do zmiany służby. Potem jest czas na zajęcia teoretyczne i praktyczne. Mamy z góry ustalony harmonogram doskonalenia zawodowego na dany miesiąc, który przewiduje różnego rodzaju szkolenia.
W ramach tego szkolenia wyjeżdżamy również na ćwiczenia obiektowe w rejonie naszego działania. Odwiedzamy firmy, budynki użyteczności publicznej, żeby wiedzieć, jak w razie potrzeby poruszać się w danym miejscu. W przypadku firm produkcyjnych uzupełniamy naszą wiedzę m.in. o to, jakie niebezpieczne substancje mogą znajdować się w środku, aby mieć świadomość, jakie zagrożenia mogą na nas czekać. Uczestniczymy również w próbnych ewakuacjach. Tak nasz dzień wygląda oczywiście w teorii, bo nigdy nie wiemy, kiedy zaświeci się czerwone światło.

Ile czasu zazwyczaj mija od włączenia się alarmu do wyjazdu na akcję?
Niezależnie od pory dnia mamy na to mniej niż minutę. Możemy w nocy spać, ale to jest bardzo czujny sen. Zanim zadzwonią dzwonki alarmowe, zapala się czerwone światło i to już powoduje, że zrywamy się na równe nogi. Częściowo śpimy w ubraniu - w spodniach i koszulce. Do założenia pozostaje jedynie bluza. Jest to nasze ubranie koszarowe, w którym chodzimy na co dzień po jednostce i które zakładamy do akcji pod ubranie specjalne. Kiedy ześlizgujemy się po ześlizgu na garaż, zakładamy gumowce, do góry podciągamy znajdujące się na nich spodnie z szelkami, kurtkę, rękawice, hełm i ruszamy do akcji.
Jakie emocje panu towarzyszą, gdy rusza pan w teren?
- Każdy alarm powoduje przyspieszone bicie serca i zawsze towarzyszy mi adrenalina. Pojawia się również stres, ale taki w pozytywnym wydaniu, który pozwala mi skupić się na zdarzeniu, do którego jesteśmy wezwani. Wypadki kończą się mniej lub bardziej szczęśliwie, więc pojawiają się również takie emocje jak radość, smutek czy nawet przygnębienie, ale docierają one do mnie zazwyczaj dopiero po powrocie do jednostki, a niekiedy nawet następnego dnia.
Zdarza się, że wzywa nas policja, np. do pomocy przy otwarciu mieszkania, bo zaniepokojona rodzina lub sąsiedzi nie mają kontaktu z osobą, która w nim zamieszkuje. Zawsze, gdy uchylam drzwi, mam nadzieję, że w mieszkaniu zastanę osobę chorą lub co najwyżej nieprzytomną, ale często znajdujemy osoby martwe. Takie, które odeszły w samotności. W rejonie, w którym pracuję, jest sporo wieżowców i takich przypadków jest bardzo dużo.
Jesteśmy wzywani również do wypadków samochodowych, w których ludzie są często mocno poszkodowani, i to też nie jest przyjemne, ale musimy działać. Śmierć przy akcjach to największa tragedia i zawsze później przychodzi refleksja. Nie mogę jednak zbyt długo rozpamiętywać takich zdarzeń, bo w przeciwnym razie ciężko by mi się pracowało.
Na czym polega pomoc straży pożarnej na miejscu wypadku?
- Nasze działania rozpoczynamy zawsze od zabezpieczania miejsca zdarzenia. W pierwszej kolejności musimy zadbać o własne bezpieczeństwo, a następnie dotrzeć do poszkodowanych. Rozpoznać, jakie zagrożenia pojawiły się w związku z wypadkiem, takie jak np. rozlane paliwo, i ocenić kto najbardziej potrzebuje pomocy. Jeżeli nie można poszkodowanych wydobyć z samochodu, to przy użyciu specjalistycznego sprzętu musimy uzyskać do nich dostęp, aby można im było udzielić niezbędnej pomocy, a następnie przekazać załodze pogotowia ratunkowego.
Ostatnio uczestniczyłem w akcji, w której nastąpiło zderzenie samochodu osobowego z motocyklem. Kierowcy samochodu osobowego nic się nie stało, natomiast 30 metrów od miejsca zdarzenia na chodniku leżał człowiek. Świadkowie powiedzieli, że jest to motocyklista. Okazało się, że motocykl poleciał 15 metrów w przeciwnym kierunku. Mężczyzna był mocno poturbowany, miał potłuczony bark i otwarte złamanie nogi. Nasza pomoc polegała m.in. na ustabilizowaniu poszkodowanego w pozycji, w której go zastaliśmy. Założyliśmy mu kołnierz ortopedyczny, aby zabezpieczyć odcinek szyjny kręgosłupa, położyliśmy opatrunek na ranę, udzieliliśmy wsparcia psychicznego i czekaliśmy na pogotowie.
Często się zdarza, że straż pożarna przyjeżdża na miejsce wypadku przed pogotowiem?
- Trudno to ocenić. Zazwyczaj jesteśmy na miejscu w tym samym czasie lub zaraz po sobie. Jeżeli chodzi o jednostki straży pożarnej, które znajdują się w miastach, to pogotowie przyjeżdża zazwyczaj przed nami. Często zależy to od tego, pod jaki numer alarmowy trafi zgłoszenie.
Nieco inaczej może to wyglądać w powiatach. Niemniej pamiętam, że raz wezwano nas do dziewczyny, która zasłabła na przystanku tramwajowym, bo karetka pogotowia miała być z opóźnieniem. Okazało się, że to nie było nic groźnego, mogliśmy powiadomić pogotowie, w jakim stanie znajdowała się dziewczyna, i po naszej interwencji karetka zabrała ją do szpitala.
Zdarza się także, że jedziemy z pomocą załogom pogotowia. Kiedyś młody mężczyzna nabawił się w domu urazu kręgosłupa, a że był dość słusznych rozmiarów, to dwóch ratowników nie byłoby w stanie znieść go po schodach do karetki. Razem z trzema innymi strażakami i ekipą pogotowia znieśliśmy chorego na noszach. Takich sytuacji również nie brakuje.
Jakie akcje są najbardziej niebezpiecznie?
- W zasadzie wszystkie zdarzenia, do których jedziemy, niosą ze sobą duże zagrożenie dla naszego życia i zdrowia. W przypadku pożaru trudno przewidzieć, jak rozwinie się sytuacja.
Pożar - w zależności od tego, co znajduje się w danym obiekcie - może zacząć się szybko rozprzestrzeniać. Mimo że nasze działania opierają się na ściśle określonych procedurach, których musimy przestrzegać, począwszy od przyjazdu na miejsce zdarzenia i ustawienia wozu pożarniczego, to nie są one w stanie w pełni uchronić nas przed niebezpieczeństwem.
Wydawałoby się, że drewniana, kilkumetrowa komórka nie stanowi zagrożenia. Natomiast ludzie w środku mogą przechowywać substancje łatwopalne, butle z gazem czy inne niebezpieczne materiały. Zwykło się u nas mawiać: „Dobry ratownik to żywy ratownik”.  Dlatego w czasie akcji trzeba być zawsze bardzo ostrożnym i nigdy nie kierować się rutyną.

Co jest najczęstszą przyczyną pożarów?
- Zazwyczaj wynikają one z braku ostrożności i niewłaściwego posługiwania się ogniem przez osoby dorosłe. Mam tu na myśli np. pozostawianie bez nadzoru potraw na kuchenkach gazowych, co jest częstą przyczyną pożarów mieszkań. Bardzo niebezpieczne jest również używanie otwartego ognia w różnego rodzaju budynkach magazynowych, w których przechowuje się produkty łatwopalne, oraz w pomieszczeniach produkcyjnych i usługowych. Do częstych przyczyn pożarów należy również nieprawidłowe użytkowanie instalacji elektrycznej oraz urządzeń grzewczych.
Bardzo dużo zdarza się również pożarów samochodów z powodu niesprawnej instalacji elektrycznej, ale znacznie łatwiej jest je ugasić niż ogień, który rozprzestrzenia się w zamkniętych pomieszczeniach.
W jakich warunkach pracuje się panu najciężej?
- Nie ukrywam, że najtrudniejsze są dla mnie akcje związane z niesprzyjającymi warunkami pogodowymi. Jeśli nastąpił pożar albo doszło do wypadku, a do tego załamała się pogoda, to akcja daje nam się jeszcze bardziej we znaki. Pamiętam, że w grudniu 2013 roku cała Polska zmagała się ze skutkami huraganu „Ksawery". Pierwsze wezwanie mieliśmy o dziewiątej rano i potem przez cały dzień jeździliśmy od zdarzenia do zdarzenia, bo musieliśmy uporać się z powalonymi drzewami, pozrywanymi dachami, a do tego w międzyczasie gasiliśmy duży pożar poddasza. Po południu przyszły śnieżyca i mróz, warunki były katastrofalne. Do akcji jechaliśmy bardzo powoli, bo na jezdniach był lód. Do jednostki wróciliśmy około północy wyczerpani do granic możliwości.
Najciężej pożary gasi się zimą. Dla mnie jest to też męczące fizycznie, bo gasimy wodą, która szybko zamarza, i niejednokrotnie jestem przemoczony, a temperatura nie sprzyja nam w żaden sposób. Kiedy akcja trwa kilka godzin, muszę w tym stanie wytrwać, bo nie ma możliwości powrotu do jednostki. Z kolei przez to, że nasze specjalne ubrania są dość grube, a do tego zakładamy rękawice i hełm, to latem przy 30-stopniowym upale muszę uważać, żeby się nie odwodnić.
Która interwencja sprawiła panu największą satysfakcję?
- Do tej pory były to chyba działania w trakcie powodzi na południu Polski, w których brałem udział w czasie kursu podoficerskiego. Jeżeli woda przerwie wał i zaleje posesje oraz domy, to w pierwszych godzinach akcji uruchamiane są jednostki, które posiadają odpowiedni sprzęt, czyli wszelkiego rodzaju łodzie, pontony, dzięki którym można ewakuować mieszkańców. Natomiast gdy woda opada i widać ogrom zniszczeń, zaczyna się drugi etap naszych działań. Do akcji, w zależności od jej rozmiarów, mogą zostać wysłane bardzo duże siły. Rozpoczyna się wówczas m.in. umacnianie wałów, dostarczanie żywności i wody pitnej, wypompowywanie wody z posesji oraz pomoc w sprzątaniu i usuwaniu skutków po wodzie, która przeszła.
Jesteśmy służbą, która zajmuje się ratowaniem życia, zdrowia i mienia. Dysponujemy przy tym specjalistycznym sprzętem, wiedzą i umiejętnościami, dlatego jeśli ludzie są w stanie zagrożenia i nie potrafią dać sobie rady sami, to mogą liczyć na naszą pomoc. Gdy opadła woda, wielu ludzi na widok strat, które ponieśli, się załamało. W niektórych domach błota było po kolana, więc pomagaliśmy wynosić meble i inne wyposażenie, które dało się jeszcze uratować. Możliwość pomocy w takich sytuacjach, w których ludzie stracili niekiedy dorobek życia, daje bardzo dużą satysfakcję.
Jak na działania strażaków reagują poszkodowani? W końcu zazwyczaj są wystawieni na ekstremalny stres, przez co mają prawo nie kontrolować swoich emocji...
- Reakcje są bardzo pozytywne. Często w którymś momencie pada słowo „dziękuję”, co przekłada się na to, że straż pożarna cieszy się dużym zaufaniem społecznym. Gdy jest się zmęczonym i nie ma się na nic więcej ochoty, to słowa uznania dodają skrzydeł.

Łukasz Górczyński. Ukończył administrację na Uniwersytecie Łódzkim, pracował jako przedstawiciel handlowy w firmie farmaceutyczno-kosmetycznej, od czterech lat strażak Państwowej Straży Pożarnej w Jednostce Ratowniczo-Gaśniczej nr 11 w Łodzi. Pasjonat piłki nożnej, motocykli i dobrej muzyki.
Wywiad ukazał się w "Weekendzie" na gazeta.pl

czwartek, 15 stycznia 2015

niedziela, 21 grudnia 2014

Wychowawca więzienny: Nazywa się nas klawiszami, krytykuje, obraża. A przecież chronimy społeczeństwo przed przestępcami.

Kiedyś wyszedłem na spacer po osiedlu i stała tam grupa podchmielonych osób. Musiałem obok nich przejść, zaczęli mnie zaczepiać i nagle usłyszałem: - Zostawcie go, bo to mój wychowek z więzienia. Zaskoczyło mnie, że były osadzony stanął w mojej obronie - mówi Grzegorz Mikulski, który od siedmiu lat pracuje jako wychowawca więzienny w areszcie śledczym.
Od kilku lat jest pan wychowawcą więziennym. Jak pan trafił do tej pracy?
- Nigdy nie myślałem o pracy w więzieniu ani nie starałem się dowiedzieć, jak tam jest. Miałem znajomych, którzy mieli zatargi z prawem i poznali więzienie od drugiej strony, ale pochodzę z małej miejscowości, gdzie tacy ludzie są napiętnowani. Nie zwierzali mi się i ja też nie ciągnąłem ich za język. Był to temat tabu. Kiedyś kolega powiedział mi, że jest nabór na stanowisko wychowawcy więziennego, i złożyłem aplikację. Mam przygotowanie pedagogiczne, wcześniej byłem nauczycielem w szkole, więc formalne wymagania spełniałem. Po przejściu testów psychologicznych i sprawnościowych zostałem przyjęty do pracy. W zawodzie pracuję już siódmy rok.
Jak wyglądały początki pana pracy w więzieniu?
- Każdy funkcjonariusz Służby Więziennej przez okres dwóch lat jest w tak zwanej służbie przygotowawczej. W tym okresie odbywa szkolenie wstępne, uczy się przepisów penitencjarnych, ewidencyjnych i ochronnych. Po pierwszym dniu organizacyjnym byłem jak gąbka, chłonąłem wszystko. Chciałem się dobrze przygotować do kontaktu z osadzonymi, a poza tym stałem się częścią formacji mundurowej, gdzie są przyznawane stopnie, trzeba się meldować, podobnie jak w wojsku. Ponieważ służby wojskowej nie odbywałem, to była dla mnie pewna nowość. Na szczęście miałem duże wsparcie koleżanek i kolegów z doświadczeniem. Słuchałem, co mówią o pracy z osadzonymi, i starałem się wcielać to w życie.
Jakich rad panu udzielili?
- Mówili, że trzeba być osobą słowną. Gdy się coś obiecuje osadzonemu, należy to zrobić. Jeśli nie jestem w stanie spełnić prośby, po prostu powinienem to powiedzieć na zasadzie jasnego komunikatu. Czyli: Dobrze, postaram się pomóc albo Nie mogę pomóc, Nie umiem pomóc, Nie mam takiej możliwości. Wtedy osadzony wie, na czym stoi, i w ten sposób zdobywa się jego szacunek. Korzystałem oraz nadal korzystam z tych wskazówek i mogę powiedzieć, że dzisiaj, mając pewien bagaż doświadczeń, łatwiej mi się pracuje. Oczywiście zdarzają się też sytuacje, że osadzony użyje wobec mnie wulgaryzmów.

I co pan wtedy robi?
- Przepisy są jasne. W takiej sytuacji sporządzam wniosek dyscyplinarny, bo osadzony nie może używać słów wulgarnych wobec funkcjonariuszy. Jednak zdarzało się, że po wybuchu złości osadzony przyszedł do mnie i przepraszał, bo zrozumiał, że źle się zachował.
Pamięta pan swój pierwszy kontakt z więźniami?
- Nie, chyba dlatego, że spotykanie z osadzonymi to mój chleb powszedni. Poza tym przez okres mojej pracy zauważyłem, że osadzeni potrzebują trochę czasu, żeby poznać swojego wychowawcę i się do niego przekonać. Jak już widzą, z kim mają do czynienia, to mogą obdarzyć go zaufaniem i powierzyć swoje sprawy.
Z jakimi więźniami pan pracuje?
- Paleta przestępstw jest bardzo duża - od jazdy samochodem po alkoholu po zabójstwa. Ostatnio „moda” jest na „wnuczka”, czyli oszustwa finansowe. W naszym zakładzie przebywają też tymczasowo aresztowani.
Mieszkają w celach od dwu- do ośmioosobowych. W każdej są łóżka, stoły, taborety, kącik sanitarny. Za zgodą dyrektora rodzina może przekazać osadzonemu telewizor. Oprócz tego w każdej celi jest głośnik radiowęzła. Osadzeni mogą słuchać radia bądź też ciekawych audycji przygotowanych przez samych osadzonych.
Jaką rolę pełni wychowawca więzienny?
- Uczono mnie, że wychowawca to trochę matka, trochę ojciec. Czasem trzeba dać reprymendę i okazać surowość, natomiast należy umieć też pokazać swoją cieplejszą stronę. Często osadzony potrzebuje wsparcia, dobrego słowa, a nie może o wszystkim porozmawiać z innymi współwięźniami w celi, z rodziną jest skłócony albo odwróciła się od niego.
Miałem kiedyś rozmowę z osadzonym po pięćdziesiątce. Przyszedł do mnie z błahostką, ale zeszło na rozmowę o rodzinie. - Mam za sobą już odsiedziane kilkanaście lat i teraz widzę, że zmarnowałem życie, bo nie mam do kogo wrócić, nie mam dzieci, nie mam rodziny - powiedział. Czułem, że mówi to z serca, bo na pewne tematy nie da się kłamać. Ludzie popełniają przestępstwa, ale czas spędzony w więzieniu daje niektórym do myślenia. Dochodzą do wniosku, że trzeba było żyć inaczej. Bywa, że budzą się z ręką w nocniku i myślą, że jest już za późno na zmianę. Mnie się wydaje, że nigdy nie jest za późno, żeby naprawić swoje błędy.

Trzeba być dobrym psychologiem, żeby umieć w ten sposób rozmawiać.
- Nie wiem, ja po prostu jestem nauczony rozmowy z drugim człowiekiem. Było mi o tyle łatwiej, że wcześniej pracowałem w liceum i w gimnazjum. Miałem różnych uczniów, więc nie obawiałem się, że sobie nie poradzę. Oczywiście w więzieniu jest zupełnie inne środowisko. Uczniowie jeszcze jakiś respekt czuli, osadzeni nie zawsze. Na przykład przychodzi do mnie do pokoju jeden osadzony, rozwala się na krześle jak w barze mlecznym i zakłada nogę na nogę. - Proszę usiąść normalnie, nie jesteśmy tutaj na spotkaniu towarzyskim - mówię. - Ale pan jest ode mnie młodszy - twierdzi. - I co w związku z powyższym? - odpowiadam.
Rozmowa pozwala jednak wiele problemów rozwiązać. Wiadomo, że w jednej celi mieści się skupisko różnych charakterów. Czasami osadzeni dogadują się między sobą, ale zdarzają się też konflikty, bo ludzie są różnie wychowani. Sami osadzeni mówią, że współwięźniowie są jak małżonkowie i „niezgodność charakterów” może doprowadzić do „rozwodu”. Czasami jeden myje naczynia, coś zostanie w umywalce, więc następuje wymiana zdań, bo niektórzy współwięźniowie są pedantyczni. Wtedy proszę na rozmowę jednego, drugiego, trzeciego osadzonego, poznaję problem od środka i rozwiązanie samo przychodzi.
Jak wygląda pana dzień pracy?
- Po przyjściu do pracy zapoznaję się z książką przebiegu służby oddziałowego z poprzedniej nocy. Rozmawiam też z oddziałowym i pytam, czy coś wydarzyło się w porze nocnej w pawilonie, czy był świadkiem nieporozumień osadzonych w celi albo jakiś rozmów czy nielegalnych kontaktów pomiędzy osadzonymi. To są tak zwane czynności profilaktyczne, ale poprzez ten nasłuch wiele możemy wyłowić. Będąc wychowawcą, nie mogę zapominać o tym, że jestem funkcjonariuszem Służby Więziennej, która ma izolować przestępców od społeczeństwa.
Osadzeni do koperty powieszonej na drzwiach mieszkalnych celi wrzucają karteczki z prośbami, które zbieram na apelu porannym. Proszą o zapisy do psychologa, lekarza, spotkanie z księdzem, o telefon do adwokata, zmianę dnia widzenia. Opiniuję ich prośby i zanoszę dyrektorce do podpisania. Następnie przyjmuję osadzonych w pokoju bądź wizytuję w celi mieszkalnej i ich wysłuchuję. Jeśli mogę, to odpowiadam od razu. Kiedy idę korytarzem, a osadzeni są w drodze do świetlicy czy na zajęcia sportowe, to też mogą mnie o coś zapytać, czasami sobie zażartujemy . Wiadomo, że w więzieniu są za karę, ale nasz kontakt powinien mieć ludzką twarz.
Oprócz tego zajmuję się prowadzeniem akt, wprowadzaniem informacji do systemu, prowadzeniem programów readaptacji społecznej, przygotowaniem komisji penitencjarnej itd. Trzeba być zorganizowanym, żeby znaleźć czas dla człowieka i na sprawy administracyjne.

Jak przychodzi pan ubrany do pracy?
- Pracownicy działu ochrony i administracji więziennej przychodzą do pracy w mundurach, natomiast wychowawcy w cywilu. Zawsze mam na sobie marynarkę, ale ze względów bezpieczeństwa nie chodzę w krawacie. Oczywiście jestem funkcjonariuszem i mam mundur, ale osadzonym źle się on kojarzy. Kiedy widzą człowieka w mundurze, to stają okoniem, za dużo bym z nimi nie porozmawiał.
Zdarzyło się panu zaprzyjaźnić z którymś z więźniów?
- Nie zdarzyło mi się i nie szukam tego typu przyjaźni, bo ja nie jestem tam po to. Gdybym się z kimś zaprzyjaźnił, to w tym momencie przestałbym być wychowawcą. Nie tylko daję im coś od siebie, ale pewnych rzeczy też oczekuję, bo tego wymagają ode mnie przepisy.
Niejednokrotnie były takie próby ze strony osadzonych. Wielu jest takich, którzy potrafią bardzo skracać dystans. Nie zwrócą się do mnie: „Panie wychowawco”, tylko: „Panie Grzegorzu”. - Wolałbym jednak panie wychowawco, bo tutaj jestem wychowawcą, a nie panem Grzegorzem - mówię. Trzeba po prostu postawić jasną granicę.
Czy to prawda, że praca w więzieniu jest jedną z najbardziej stresujących?
- Jest to praca obciążająca i nie zawsze mi się udaje zostawić problemy za murem więzienia, ale muszę sobie jakoś radzić. Nie mogę koncentrować się tylko na pracy, bo mam też rodzinę, dom, i to jest dla mnie najważniejsze. Żona jednak widzi, że odkąd pracuję w więzieniu, stałem się bardziej nerwowy, chociaż ja tego nie czuję. Mam mądrą żonę, która potrafi mi o tym powiedzieć.

Wydaje mi się, że społeczeństwo zapomina, jaką funkcję pełnimy. Straż pożarna ma ponad 90% zaufania społecznego, bo wykonują najgorszą robotę, a pracowników Służby Więziennej nazywa się klawiszami. Wystarczy poczytać opinie internautów pod artykułami na nasz temat. Może jest to pozostałość po poprzednim systemie? Uważano wtedy, że Służba Więzienna jest niedouczona, potrafi lać i nic poza tym. Tymczasem my chronimy społeczeństwo przed przestępcami, często poważnymi. Z tego, co wiem, Służba Więzienna w tej chwili jest najlepiej wykształconą służbą w kraju i jest formacją nowoczesną. Mam nadzieję, że nasz wizerunek kiedyś ulegnie zmianie.

A czy pomimo trudności lubi pan swoją pracę?
- Oczywiście mam satysfakcję z pracy. Gdybym jej nie miał, tobym wystąpił ze służby. Jeśli mogę ukierunkować drugiego człowieka, podpowiedzieć, nad czym powinien popracować, żeby wyjść na prostą, i on mnie słucha, to uważam, że mój wysiłek przyniósł owoce.
Rzeczywiście osadzeni korzystają z tych wskazówek?
- Są trzy kategorie osadzonych. Pierwsza kategoria to: „Nie będziesz mi mówić, co mam robić, bo ja wiem lepiej”. Osadzony należący do drugiej kategorii wysłucha, uda, że jest zainteresowany, że dobrze mówię, ale on i tak myśli inaczej. Do trzeciej kategorii należą osadzeni, którzy naprawdę chcą zrobić coś ze swoim życiem. Dla nich warto jest zainwestować swój czas, umiejętności, bo trzeba pomagać ludziom. Przynajmniej ja zostałem tak nauczony.
Przyjechał kiedyś do nas z innej jednostki osadzony, który był uczestnikiem tak zwanej podkultury przestępczej. To są nieformalne struktury w więzieniu, grypsujący. Przyszedł do mnie do pokoju, więc poprosiłem, żeby usiadł. - Wie pan, pierwszy raz się zdarzyło, że wychowawca prosi mnie, żebym usiadł w pokoju - powiedział. - Proszę, niech pan usiądzie. Płaszczyzna rozmowy będzie zachowana, inaczej ja będę musiał wstać - zażartowałem. Osadzony nie chciał biernie odbywać kary, tylko zaczął szukać dla siebie innych możliwości. Poszedł do pracy najpierw wewnątrz więzienia, potem na zewnątrz, zrezygnował z grypsowania , po jakimś czasie wychodził na przepustki, aż w końcu wyszedł na warunkowe zwolnienie. Moja praca w tym wypadku nie poszła na marne. To dodaje energii, pomaga nie wpaść w rutynę.
Czy więźniowie próbują rozwijać swoje zainteresowania?
- W tej chwili mam osadzonego, który przepięknie maluje. Kiedyś w rozmowie rzucił, że interesuje się rysunkiem, więc poprosiłem, żeby coś narysował, i teraz robi gazetki w pawilonie mieszkalnym, nawet dostał nagrodę w konkursie organizowanym na kartki świąteczne. Ma też sztalugi, płótna i ostatnio skopiował obraz Salvadora Dalego. Kiedy go pochwaliłem, że namalował fajny obraz, to widać było, że go to podbudowało. Pierwszy raz trafił mi się osadzony z taką chęcią uzewnętrznienia się, bo inni robili szkatułki z chleba albo domy z zapałek, ale tylko dla siebie. Tymczasem w tym wypadku wszyscy w pawilonie wiedzą, że mieszka tam artysta. Może to na innych będzie miało pozytywny wpływ i zastanowią się, co chcą z tym czasem w więzieniu zrobić? Być może ktoś skończy szkołę, bo mają do tego prawo, a ktoś inny rozwinie swój własny talent.
Pozostali więźniowie interesują się sportem lub czytają książki. Powiem żartobliwie, że często wypożyczany jest „Hrabia Monte Cristo”, gdzie jest opisana ucieczka z więzienia.

Więźniowie potrafią się przed panem przyznać, że mają wyrzuty sumienia z powodu tego, co zrobili?
- Niektórzy mają wyrzuty sumienia i potrafią to nazwać. Żałują tego, co zrobili, ale mają też świadomość, że czasu się nie cofnie. Na każdą sytuację trzeba spojrzeć indywidualnie. Nie da się porównać człowieka, który bierze nóż i idzie, żeby kogoś zabić, do kogoś, kto przez przypadek potrącił przechodnia na pasach. Ten, który idzie po to, żeby zabić, nawet jak ma wyrzuty, to o tym nie mówi.
O czym marzą?
- Tęsknią za tym, co każdy człowiek ma na co dzień. Chcą być z kimś blisko, przytulić się, dzielić się radościami i troskami. Niektórzy z moich osadzonych na pierwszym miejscu stawiają żonę, konkubinę, dziecko. Bardzo pomaga im świadomość, że mają tego kogoś, dla kogo warto żyć, pracować i walczyć. Wielu przyznaje, że poznanie tej właściwej osoby sprawiło, że ich życie odwróciło się o 180 stopni. Ktoś był łobuzem i przyszedł czas naprawiania błędów, ale już wie, co jest dla niego ważne, zmieniły mu się wartości. Zdarza się, że nawet największym twardzielom potrafią zaczerwienić się oczy, gdy mówią o swojej rodzinie. Kiedy tego słucham, to uzmysławiam sobie, że przecież ja to mam. Czy to doceniam? Może bardziej powinienem się postarać?
Spotyka pan swoich byłych więźniów na ulicy?
- Wielokrotnie. Zauważyłem, że jeśli osadzony był spokojny, nigdy nie było z nim problemów w więzieniu, to widząc mnie na ulicy, czasem powie „dzień dobry”, ale najczęściej się odwróci. Natomiast osadzeni, którzy sprawiali problemy wychowawcze, na ogół na ulicy z daleka krzyczą: Dzień dobry, wychowawco! Nigdy nie spotkałem się z agresywnym zachowaniem z ich strony.
Kiedyś wyszedłem na spacer po osiedlu i stała tam grupa kilku troszkę podchmielonych osób. Musiałem obok nich przejść, zaczęli mnie zaczepiać i nagle usłyszałem: -Zostawcie go, bo to mój wychowek z więzienia. Zaskoczyło mnie, że były osadzony stanął w mojej obronie.

A jak wyglądają powroty byłych więźniów do więzienia?
- Zdarzają się osadzeni, którzy wracają nie po raz pierwszy. Wiedzą, jak więzienie wygląda od środka, znają wychowawcę, oddziałowego, funkcjonariuszy, więc pytają, czy wszyscy jeszcze pracują, i zachowują się, jakby wrócili do grona znajomych.
Jednak pierwsze dni są dla nich trudne, tak jak dla każdego. Idzie człowiek po ulicy, zatrzymuje go policja, okazuje się, że jest poszukiwany listem gończym i trafia do więzienia. Jest wyrwany z codziennego życia i znajduje się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Natomiast nikt w nagrodę do takiej placówki nie trafia.
Co pana najbardziej wzrusza w pracy?
- Zawsze łezka mi się w oku kręci, kiedy mamy spotkanie wigilijne w pracy. Przychodzą funkcjonariusze, zaproszeni goście, dzielimy się opłatkiem i składamy życzenia. Na chwilę odchodzimy od szarej codzienności, czuję, że tworzymy wspólnotę. Z innymi funkcjonariuszami żyjemy ze sobą na stopie koleżeńskiej albo przyjacielskiej. Zawsze mogę z kimś pogadać, otrzymać wsparcie, ale też usłyszeć, co źle zrobiłem w pracy.
Przed świętami, tak zostałem nauczony przez starszych kolegów, wizytuję też cele i składam osadzonym życzenia świąteczne. Zdarza się, że więźniowie sami przychodzą, żeby przełamać się opłatkiem. Teraz w pawilonach stoi ubrana choinka świąteczna i osadzeni widzą, że zbliżają się święta. Dla nich to bardzo trudny moment, bo jest to czas, który na wolności spędzają z rodziną. Chociaż może ktoś ich odwiedzić, zadzwonić czy wysłać kartkę świąteczną, to jednak nie jest to samo.

Grzegorz Mikulski. Przez sześć lat uczył historii w gimnazjum i liceum oraz był pośrednikiem nieruchomości. Od siedmiu lat pracuje jako wychowawca więzienny w dziale penitencjarnym w Areszcie Śledczym w Warszawie-Grochowie. Szczęśliwy mąż i ojciec.
Wywiad ukazał się w "Weekendzie" na gazeta.pl

sobota, 1 listopada 2014

Szymon Sokołowski: Osoba zmarła już nie może się obronić, już nic nie może. To ja muszę przygotować to ciało godnie.

Wiadomo, że czasem mam momenty zastanowienia. Kiedy przygotowuję osobę w podobnym wieku do mojego, zastanawiam się, ile warte jest życie. Przez moją pracę uświadomiłem sobie, iż poza narodzinami możemy być pewni jedynie tego, że kiedyś odejdziemy. Wspomnienia, jakie zostawimy po sobie, zależą od nas, pora śmierci natomiast nie - mówi Szymon Sokołowski. Ma 22 lata i zajmuje się balsamacją i makijażem zwłok.
Miałeś piętnaście lat, kiedy zacząłeś pracować w zakładzie pogrzebowym. Co cię do tego skłoniło?
- Byłem lektorem w kościele i często uczestniczyłem w pogrzebach. Widziałem trumnę oraz rodzinę osoby zmarłej, ale zawsze nurtowało mnie, co jest pomiędzy. Pogrzeb to nie jest wesele, które przygotowuje się dwa lata wcześniej. Rodzina przekazuje ciało osoby zmarłej, z którą spędziła część życia i która wiele dla niej znaczyła, jakiejś firmie i nie wie, co ją spotka. Musi mieć zaufanie, że ta osoba zostanie odpowiednio przygotowana.
Kościelny akurat otworzył firmę pogrzebową, więc go poprosiłem, żeby zabrał mnie ze sobą do prosektorium, gdzie ciało nieboszczyka jest przygotowywane. Najpierw osobę zmarłą ogolił, wypielęgnował paznokcie u dłoni, umył ciało i zaczął ubierać. Za pierwszym razem stałem z daleka, pomogłem mu tylko unieść ciało. Za drugim miałem już na sobie kitel lekarski, na który zakłada się fartuch jednorazowy, rękawiczki, maskę i przygotowywałem ciało samodzielnie.
Co czułeś, kiedy po raz pierwszy musiałeś dotknąć zmarłego?
- Z jednej strony ciekawość, a z drugiej strach, bo wcześniej widziałem zmarłych tylko w trumnie, lecz tym razem miałem dotknąć czyjejś zimnej ręki... Wiedziałem, że ten mężczyzna nie żyje, a ciało jest materią bez duszy, ale podświadomość pracuje. Nieraz oglądałem horrory i bałem się, żeby nic nie drgnęło.
Na wsiach czasami rodzina prosi, żeby przyjechać i przygotować zmarłego w domu, bo na przykład chcą, żeby dziadek został tam do momentu pogrzebu. Ciało jest jeszcze ciepłe, jak się je ubiera, i czasem mięsień się skurcza albo schodzi z niego powietrze, jakby ktoś oddawał ostatni dech. Jednak teraz, po tylu latach pracy w tej branży, wiem, że jest to normalne.
Koledzy z liceum nie dziwili się, że pracujesz w domu pogrzebowym?
- Nigdy nie ukrywałem tego, co robię, bo wydaje mi się to normalne i chcę, żeby ktoś akceptował mnie takiego, jakim jestem. Niedaleko szkoły był kościół i jak kondukt żałobny wyjeżdżał, to koledzy czasem żartowali: „Dlaczego ciebie tam nie ma?”. Jednak raczej wzbudzałem zainteresowanie i w pewnym momencie prosili: „No, ale powiedz, jak to jest?”. Albo pytali mnie o stereotypy: „Czy to prawda, że zmarłym łamie się kości?”. Nie jest to praca w biurze, gdzie codziennie robi się to samo i po ośmiu godzinach wraca się do domu. Tutaj każdy przypadek, rodzina, podejście do osoby zmarłej jest inne. Nieważne, czy osoba była biedna czy bardzo dobrze zarabiała, na każdego przyjdzie moment.
Skąd wziął się stereotyp, że zmarłym łamie się kości?
- Po śmierci krew nie krąży, mięśnie zastają się i ciało zaczyna się robić sztywne. Powstają takie zakwasy, że nie można rozprostować zmarłemu ręki. Ale wystarczy kilka razy poruszyć ramieniem i z powrotem jest luźna. Gdy ktoś mnie pyta, czy to jest łamanie kości, to proszę, żeby mi spróbował złamać kość.

Po liceum zacząłeś pracować w domu pogrzebowym. Czy to była dla ciebie duża zmiana?
- W mojej pierwszej pracy mieliśmy 70 osób w ciągu roku, w drugiej 30 na miesiąc, był to skok na naprawdę głęboką wodę. Tam jeden pracownik odbył wcześniej szkolenie z kosmetyki i czasowej konserwacji ciała. Potrafił tak pomalować fioletową twarz, że wyglądała naturalnie i nie było widać plam opadowych, które zaczynają się pojawiać już godzinę po śmierci. Obserwując go, miałem pewność, że chcę to robić. Później sam poszedłem na ten kurs i byłem w szoku, ile można zrobić z osobą zmarłą. Przez cztery miesiące uczyliśmy się intensywnie techniki balsamowania i makijażu. Kosmetyki dla nieboszczyków są dużo odporniejsze, bo jeżeli umalujemy zmarłego i włożymy go do chłodni, gdzie są trzy stopnie, a następnie wyjmiemy na zewnątrz, to normalny makijaż by się rozmazał.
Dla mnie to wszystko było niesamowite, bo tak naprawdę samą odzież potrafi nałożyć każdy, trzeba tylko chwycić osobę zmarłą w odpowiednim miejscu za biodro, za nogę, żeby ciało było nam poddane. Na przykład jak zakładam koszulę, to najpierw muszę nałożyć ją na ręce i barki, żeby była ładnie ułożona, a potem wystarczy przełożyć przez głowę. Kobieta twojej postury mogłaby ubrać pana, który waży nawet sto kilogramów.
Nigdy nie chciałeś robić nic innego?
- Zawsze śmieję się, że mdleję na widok krwi, więc nie mógłbym być lekarzem. Teraz moja praca naprawdę sprawia mi satysfakcję. Na pewno może wydać się dziwne, że z przyjemnością jadę do prosektorium, myśląc, że to będzie fajny dzień pracy. Ale jednak tak jest. Nie pracuję na co dzień w żadnym prosektorium, tylko jadę tam, gdzie mnie potrzebują. Często zastępuję kolegów w branży.
Nie miałeś w swojej pracy momentów załamania?
- Pamiętam dziewięcioletnią dziewczynkę, którą zabraliśmy ze szpitala, gdzie umarła na sepsę. Rodzina chciała, aby na jej twarzy nie było widać oznak bólu, żeby wyglądała, jakby spała. Widok tej rodziny i dziewczynki bardzo mnie dotknął. Gdy przygotowywaliśmy jej ciało z kolegą w prosektorium, pomyślałem, że czas zakończyć tę misję. Dziewczynkę ubraliśmy w sukienkę komunijną, założyliśmy jej białe rajstopki, białe buciki, zapletliśmy warkoczyk i pod prawą rękę włożyliśmy jej ulubionego misia. Pamiętam to do dziś. Przyszedł moment pożegnania i stanąłem z boku, żeby zobaczyć, jak rodzina zachowa się przy zmarłej. Bałem się, że rodzice będą na głos rozpaczać, ale gdy zbliżali się do trumny, cierpienie z nich schodziło. W końcu ze spokojem stanęli przy trumnie. Tata wziął córkę za rękę, mama głaskała ją po głowie. Już wiedziałem, że ona wyglądała tak, jak chcieli.
Pewien czas po pogrzebie rodzice dziewczynki przyszli do naszego domu pogrzebowego, żeby podziękować, że ich córka tamtego dnia wyglądała pięknie. Wtedy właśnie sobie uświadomiłem, że robię coś dobrego.
Czy ta praca jest dla ciebie misją?
- W pewnym sensie tak. Jest to bardzo specyficzny rodzaj pracy, bo robimy coś dla ludzi pierwszy i ostatni raz. Trzeba włożyć w to całe swoje serce, żeby pomóc rodzinie pożegnać się ze zmarłym. Ostatnio koledze mojej znajomej powiedzieli w domu pogrzebowym, że nie może zobaczyć zmarłej żony, bo jej ciało jest w złym stanie. „Dobrze, skoro tak, to nie otwierajmy trumny” - zgodził się. Od tamtej pory minęło kilka miesięcy i mąż zmarłej do tej pory nie może sobie darować, że nie pożegnał się z nią po raz ostatni. I to tylko dlatego, że dom pogrzebowy nie był w stanie przygotować jej odpowiednio.
Śmierć da się oswoić?
- Śmierć to na pewno pewnego rodzaju tajemnica, bo nie wiemy, co dzieje się ze zmarłym w momencie odejścia. Staram się podejść do osoby zmarłej jak najbardziej profesjonalnie. Jak miałem szkolenia, to mnie uczyli: „Szanuj osobę zmarłą, jak sam chciałbyś być szanowany”. Wchodząc do prosektorium i patrząc na nią, nie rozmyślam nad tym, dlaczego umarła. Czemu tak wcześnie? Jak żyła? Co robiła? Zaczynam się zastanawiać, co mam przy tej osobie zrobić, żeby wyglądała jak najlepiej. Czasami zdarza się, że rodziny przynoszą zdjęcia i mówią, że chcieliby, żeby osoba zmarła wyglądała jak za życia. Często jednak dostaję zlecenie i nie mam możliwości porozmawiania z rodziną, chociaż to by mi bardzo pomogło. Wtedy muszę improwizować. Jak umyję zmarłemu włosy i zaczynam je suszyć, to nigdy nie używam szczotki, bo kiedy układam je ręką, to mniej więcej widzę, gdzie był przedziałek i jak układała się grzywka. Zawsze byłem zdania, że jeśli jakaś babcia co niedzielę do kościoła malowała usta na czerwono albo ubierała się elegancko, to dlaczego idąc w ostatnią drogę, nie może wyglądać tak, jak wyglądała zawsze?
Wiadomo, że czasem mam momenty zastanowienia. Kiedy przygotowuję osobę w podobnym wieku do mojego, zastanawiam się, ile warte jest życie. Przez moją pracę uświadomiłem sobie, iż poza narodzinami możemy być pewni jedynie tego, że kiedyś odejdziemy. Wspomnienia, jakie zostawimy po sobie, zależą od nas, pora śmierci natomiast nie.
W jakim stanie było najgorsze ciało, jakie przygotowywałeś?
- Ciało, które przez kilka miesięcy leżało w wodzie. Był to już daleko posunięty rozkład i nie było nawet do rozpoznania przez rodzinę. Przy takim ciele nie da się wiele zrobić. Mogłem je zabezpieczyć i usunąć przykry zapach.
Bardzo źle pachniało?
- Wyobraź sobie, że kładziesz kawałek mięsa na kaloryferze i czekasz trzy tygodnie, żeby zobaczyć, co się z nim stanie. Za jakiś czas będzie duże, zielone i będzie śmierdzieć.
Nie miałeś ochoty stamtąd wyjść?
- A co miałem powiedzieć rodzinie: „Państwo sobie zrobią sami?”. Musiałem je przygotować na tyle, na ile jest to możliwe, i wydać je bliskim. Takie ciało najlepiej poddać procesowi balsamacji, który powstrzymuje proces rozkładu, oraz konserwuje ciało na jakiś czas. Wtedy nie wydziela przykrych zapachów.
Jak wygląda proces balsamacji?
- Wpinamy się w tętnicę, żeby wtłoczyć płyn konserwujący, a poprzez żyły odciągamy krew. Do płynów mogę dodać esencję, żeby ciało pachniało np. truskawkami, malinami, brzoskwiniami. Gdy wtłaczam płyn, rozmasowuję ciało, żeby drenaż był lepszy. Po śmierci w sposób naturalny nasze ciało wysycha i zaczynają się w nim gromadzić bakterie. Balsamacja przywraca naturalne rysy twarzy i koloryt, osoba zmarła wygląda tak, jakby spała.
Wszyscy mówią: „Robaki i tak cię zjedzą”. To nieprawda, bo po balsamacji ciało nie będzie się rozkładało, nie będzie przykrych zapachów ani larw, tylko po jakimś czasie zacznie wysychać i obróci się w proch.
 Kiedy na wsiach osoby zmarłe leżą trzy dni w domu, to proces rozkładu postępuje szybko. Raz wezwali mnie, bo ciało leżało w pokoju dwa dni w wysokiej temperaturze i już twarz zmarłego napuchła oraz korpus zaczął pęcznieć od gazów. Mało guzików u koszuli mu nie pourywało. Wtedy zrobiłem balsamację, żeby ten proces zatrzymać. Cofnąć procesu już się nie da.


Na wsiach przygotowujesz ciało przy rodzinie?
- Jeżeli rodzina sobie życzy, żeby być przy procesie przygotowania, to wtedy jak najbardziej. Kiedy nie chce na to patrzeć, to zamykam drzwi za sobą i otwieram moją magiczną walizkę ze sprzętem.
Masz tylko jedną walizkę?
- Jedna to podstawowa walizka, w której trzymam kosmetyki i chemię pogrzebową - płyny do dezynfekcji, konserwujące, zabezpieczające miejsca po odleżynach, różne kleje do klejenia ran, woski do rekonstrukcji skóry, odtłuszczacze skóry, żeby nałożyć makijaż, suszarkę, szczotki, pędzle. Druga walizka jest większa, korzystam z niej, kiedy wykonuję balsamację. Mam w niej płyny do balsamacji - innych płynów używamy do jasnej i ciemnej karnacji, innych do ciał, które są po żółtaczce czy do osób zakażonych chorobami zakaźnymi. Trzymam w niej też płyny, które rozpuszczają skrzepy albo które wpuszczam do ciała, żeby zabalsamować trzewia. Do tego mam w niej pompy do balsamacji, zbiorniki, do których odciągam krew, oraz narzędzia - skalpele, separatory, zaciski, kaniule.
Co musisz naciąć?
- Muszę naciąć tętnicę udową bądź szyjną, żeby dostać się do głównego naczynia krwionośnego i wtłoczyć płyn w tętnicę. W przypadku ciał po sekcji zwłok to wygląda inaczej. Ciało trzeba od nowa otworzyć, wyjąć wnętrzności i od środka szukać tętnic. Następnie oddzielnie wprowadzam płyny w lewą i prawą część twarzy, lewą i prawą rękę, lewą i prawą nogę.
Zdarza się, że twarz zmarłego zdradza, jakie były jego ostatnie chwile?
- Na twarzy osoby, która umarła we śnie, pojawia się spokój. Jeśli ktoś zmarł nagle, to twarz inaczej się układa, widać na niej cierpienie. Czasem powieki są niedomknięte i można się domyśleć, że ta osoba w chwili śmierci miała otwarte oczy, więc musiało coś temu towarzyszyć.
Czasem rodzina sama próbuje zamknąć zmarłemu oczy. Kiedyś byłem w domu nieboszczyka na wsi i rodzina położyła na jego oczach monety, żeby się zamknęły. My, profesjonaliści, potrafimy je zamknąć w inny sposób, ale życzenie rodziny jest dla mnie najważniejsze. Pojechaliśmy z kolegą do zakładu po trumnę, wróciliśmy do tej rodziny i na jednym oku nie było już monety. Potem się okazało, że brat zmarłego zabrał ją, żeby kupić wino.
Jesteś w stanie sprawić, żeby na twarzy zmarłego pojawił się uśmiech?
- Jest coś takiego jak wypełniacze tkankowe, to działa jak botoks, i możemy nimi wypełnić usta lub oko. Jeżeli ciało wysycha, to twarz jest zapadnięta i oczodoły są bardzo widoczne. Wtedy wypełniamy je, żeby tego nie było widać. Poza tym możemy modelować twarz zmarłego. Są specjalne kremy, które się nakłada, żeby twarz była elastyczna, i jesteśmy w stanie ułożyć usta tak, by wyglądały naturalnie. Co rusz na rynku pojawia się nowa chemia. Jakiś czas temu ukazał się krem do redukowania zmarszczek osobom zmarłym. Nakłada się go im na twarz i specjalnym przyrządem rozmasowuje się skórę pod wysoką temperaturą. Wtedy te zmarszczki naprawdę się redukują.
Oczywiście najtrudniej jest zrobić rekonstrukcję, dlatego często firmy pogrzebowe wolą, żeby rodzina w takim wypadku nie otwierała trumny. Kiedyś miałem zmarłego z rozległymi ranami - na twarzy brakowało części naskórka i czaszka była popękana. Żeby twarz doprowadzić do naturalnego wyglądu, musiałem użyć specjalnych klejów do kości i skóry. Następnie na to nałożyłem woski, żeby nie było widać ubytków. Czasami można też zrobić przeszczepy skóry z innych części ciała na twarz.
Czy w Polsce dużo osób robi balsamację zwłok?
- W Polsce balsamacja wciąż jest mało popularna, bo branża pogrzebowa rzadko informuje ludzi o tej możliwości. W 2009 roku powstało Polskie Centrum Balsamacji i Tanatokosmetologii Adam Ragiel, gdzie przygotowują do zawodu, i do tej pory uprawnienia zdobyło około 60 osób. Niestety w województwie mazowieckim tylko około 20 proc. firm pogrzebowych potrafi przygotować ciało odpowiednio.
Jest to dziwna branża. Mamy piękne domy pogrzebowe, karawany, kaplice, namioty, nagłośnienia, kwiaty, ale od końca lat 50., kiedy uchwalono ustawę dotyczącą osób zmarłych, nie zmienił się sposób przygotowania zwłok. Firmy zatrudniają osoby bez szkoleń, które za 1500 złotych miesięcznie nałożą na zmarłego odzież i wsadzą do trumny. Pracownicy często nie potrafią nawet zamknąć ust osoby zmarłej, i przez to wygląda na zdziwioną. Tymczasem zabalsamowanie zwłok nie jest drogie, ceny zaczynają się od 300 zł.
Na Zachodzie wygląda to inaczej?
- W Stanach praktycznie każde ciało jest balsamowane, żeby było sterylne, i zawsze robi się rekonstrukcje po wypadkach. W Niemczech też ciała są starannie przygotowywane. W Polsce ludzie nie są świadomi, co można zrobić, bo śmierć jest tematem tabu. Nigdy nie mówi się na temat śmierci, pogrzeb się kończy i staramy się o tym zapomnieć.
Balsamowałeś ciało jakiegoś znajomego?
- Przygotowywałem moich dziadków do pogrzebu, bo już wtedy zajmowałem się tym profesjonalnie. Zmarli w odstępie roku. Powiedziałem rodzinie, że zajmę się organizacją pogrzebu, począwszy od przygotowania ciała, poprzez organizację mszy i miejsca na cmentarzu.
Nie wiem dlaczego, ale miałem spokój, że to ja się tym ciałem zajmuję, bo wiedziałem, że zrobię to profesjonalnie. Babcia była bialutka, nigdy nie nosiła makijażu, więc miała nałożony tylko krem, żeby ładnie była nawilżona. Dziadek zawsze miał włosy na bok i też je tak ułożyłem. Wiadomo, że nie patrzyłem na nich jak na inne osoby, których historii nie znam. Mieszkałem z moimi dziadkami przez dwadzieścia lat, cały czas mi towarzyszyli i nie da się wyłączyć uczuć, ale pomimo wszystko byłem szczęśliwy, że to ja ich przygotowywałem.
Czy pracując w tej branży, zauważasz, że są okresy, gdy jest więcej zgonów?
- W ciągu wakacji trafia do mnie dużo osób, które zginęły w wypadkach, np. utopiły się. Wrzesień jest spokojniejszy, ludzie są naładowani pozytywną energią, wszystko sobie układają i potem przychodzi październik. Razem z jesienią pojawia się chandra i ludzie zaczynają popełniać samobójstwa. Najwięcej osób się wiesza.

Czy widać jest bruzdę po powieszeniu?
- Wszystko zależy od tego, jak ta osoba zmarła się powiesi i jak ta bruzda się układa. Czy ktoś powiesił się na linie, sznurku, żyłce, a może na pasku? Często rodziny nie mówią otwarcie, że ktoś popełnił samobójstwo, i proszą: „Niech pan zrobi tak, żeby nie było widać”. Czasami wystarczy zapiąć koszulę u mężczyzny i ta bruzda pod nią znika. Jeśli ślad jest wysoko, to należy zrobić elementy rekonstrukcji. Musimy nałożyć na skórę wosk, na to inny kosmetyk, który wyrówna koloryt.
Czy rodzina zmarłego miewa inne nietypowe prośby?
- Często ludzie proszą, żeby do trumny włożyć różne rzeczy. Mogą to być papierosy, wódka, książki, laska, którą podpierał się zmarły. Ostatnio wkładałem radyjko, bo jak usłyszałem: „Babcia zawsze miała je przy sobie”.
Zdarzają się też sprawdziany. Kiedyś jeden pan włożył w kieszeń marynarki swojego taty sto złotych. Wiedziałem, że banknot tam jest, bo jak przygotowuje się ciało, to zagląda się w każdą kieszeń. Czasami rodzina włoży tam różaniec, który powinniśmy zapleść wokół ręki. Na pożegnaniu ten pan pierwsze, co zrobił, to włożył rękę do kieszeni, żeby zobaczyć, czy banknot znajduje się w środku. „OK, tak miało być” - powiedział i go schował.
Dla mnie to jest dziwne, żeby w takim momencie sprawdzać, czy jesteś uczciwy. A jak twoim zdaniem Polacy przeżywają żałobę?
- Niektórzy przychodzą do prosektorium i pokazują smutek, a inni potrafią powiedzieć: „A, on całe życie był dla rodziny niedobry”. Zdarza się, że ludzie nie chcą chować osoby zmarłej: „On nigdy mi nie pomógł i nie było go przy mnie, kiedy go potrzebowałem” - tłumaczą. Nie chciałbym tak zostać kiedyś potraktowany.
Wydaje mi się, że wiele osób w Polsce bardzo dużo rzeczy robi na pokaz. Palimy papierosa pod kościołem, a jak zbliża się znajomy, to zaczynamy udawać, że jesteśmy przybici. Sąsiad miał dębową trumnę, to ja jeszcze dorzucę złotą koronkę. Sąsiadka postawiła grób z kamienia, więc ja kostkę dołożę, żeby było lepiej. Przychodzi 1 listopada i wszyscy idą na cmentarz, żeby grób tonął w zniczach i wyglądał ładniej niż ten obok.
Czy twoja praca nie śniła ci się po nocach?
- Kiedyś mi się przyśniło, że osoba zmarła obudziła się w czasie przygotowywania. Oczywiście nigdy nie miałem czegoś takiego, bo by mnie tu nie było. Poza tym jest we mnie spokój, bo ja nic złego nie robię. Nie bezczeszczę ciała, tylko stoję na jego straży. Osoba zmarła już nie może się obronić, już nic nie może. To ja muszę przygotować to ciało godnie i odpowiednio.

Szymon Sokołowski. Rocznik '92. Ukończył Liceum Ogólnokształcące w Tłuszczu. Był lektorem w parafii w Postoliskach i od 15. roku życia zaczął pracować przy osobach zmarłych. Po ukończeniu liceum pracował w domu pogrzebowym w Markach. W 2012 r. rozpoczął szkolenia w Polskim Centrum Balsamacji i Tanatokosmetologii Adam Ragiel z zakresu techniki balsamacji zwłok oraz techniki sekcji zwłok anatomopatologicznych i sądowo-lekarskich.
Wywiad ukazał się w "Weekendzie" na gazeta.pl