czwartek, 3 sierpnia 2017

Działaczka Ligi Kobiet Polskich: Po pomoc przychodzi do nas sporo mężczyzn. Jeszcze kilka lat temu bali się naszej organizacji


Porzuceni mężowie, emeryci, którym nie wystarcza na czynsz, skonfliktowani małżonkowie, chorzy w finansowych kłopotach - w Lidze Kobiet Polskich szukają wsparcia osoby z najróżniejszymi problemami, często skrzywdzone przez bliskich. Marianna Skrobiszewska, działaczka LKP, przyznaje, że jest rozczarowana ludzkimi postawami, ale nie może przestać pomagać. - Jeśli my odpuścimy, to co będzie dalej? - pyta.


Marianna Skrobiszewska jest jednym z czterech mediatorów w łódzkim oddziale Ligi Kobiet Polskich. Dziesięć lat temu ukończyła kurs z zakresu mediacji i została wpisana na listę mediatorów sądów okręgowych. Na życzenie stron prowadzi negocjacje w konfliktach rodzinnych, sporach sąsiedzkich i pracowniczych.
Organizacja, w ramach której działa, ma ponad 100 lat i jest jedną z najstarszych tego typu w Polsce - pierwsze konspiracyjne spotkanie odbyło się w 1913 roku z inicjatywy Izabeli Moszczeńskiej-Rzepeckiej, publicystki i działaczki oświatowej. Polska była wtedy pod zaborami i głównym celem członkiń LKP było współdziałanie z kołami młodzieży przygotowującej się do walki zbrojnej z Rosją o niepodległość Polski. Drugim kierunkiem działań organizacji były starania na rzecz równouprawnienia kobiet. Obecna na tym spotkaniu pisarka Maria Dąbrowska notowała w swoich pamiętnikach, że ta organizacja "zaszczyt kobiecie przynosi", gdyż "mimo swej kobiecości Liga Kobiet nie była gadatliwa i nieostrożna i była to zapewne jedyna organizacja tajna, która się jako taka za czasów Moskali nie wysypała".
Dziś LKP ma oddziały w całym kraju i zgłaszają się do niej ludzie niezależnie od płci, wieku czy zasobności portfela. - W Łodzi prowadzimy poradnię wielospecjalistyczną i cały czas się rozwijamy, bo potrzeby są ogromne. Zajmujemy się szeroko pojętym doradztwem, opiekujemy seniorami, osobami niepełnosprawnymi, w tym dziećmi. Organizujemy dla nich wycieczki, turnusy rehabilitacyjne i spotkania okolicznościowe - mówi Marianna Skrobiszewska.
Udzielacie nieodpłatnych porad.
Tak, bo jesteśmy organizacją non profit. Oczywiście zdarza się, że ludzie to wykorzystują. Był taki okres, że jeden z naczelników urzędu skarbowego pomagał u nas wypełnić rozliczenia podatkowe. Zaczęli się do niego zgłaszać właściciele firm. Jak im nie było wstyd? Zapytana o to jedna z pań odpowiedziała: Jak można mieć coś za darmo, to czemu nie skorzystać?
A zdarza się, że ktoś stara się odwdzięczyć za otrzymaną od was pomoc?
Bywają takie sytuacje. Jeden z panów, którego wspieraliśmy, kiedy uporał się ze swoimi problemami, przyszedł do mnie i powiedział, że chciałby się odwdzięczyć. Zaoferował pomoc przy drobnych remontach w domu, zresztą wspólnie z kolegami. I faktycznie, kilka razy przydał się innym osobom.
Z czym trafił do Ligi Kobiet Polskich?
Pewnego dnia wrócił z pracy, w domu było zimno i czekały na niego dwie głodne córeczki, które przyprowadziła ze szkoły sąsiadka. Na stole leżała karteczka od żony: Wyprowadziłam się. Nie wiedział, co ma zrobić, więc poszedł po poradę do jakiegoś stowarzyszenia dla ojców. Stamtąd pędem przybiegł do nas, do LKP, i pierwsze, co powiedział, to: Proszę pani, tam nienawidzą kobiet! Wyjaśnił, że ma pretensje do swojej żony o to, jak się zachowała, ale nie może o nic obwiniać teściowej i szwagierki, bo one starają się mu pomóc przy dzieciach. Później porozmawiałam z mamą tej kobiety. Przyznała, że nic nie wskazywało na to, że coś złego dzieje się w rodzinie córki. Ona nie pracowała, ale nie dlatego, że on tego od niej oczekiwał. Uzgodnili między sobą, że zajmie się dziećmi, a mąż pójdzie do pracy na półtora etatu...


Co mu poradziliście?
Powiedzieliśmy, że powinien żonę prosić o alimenty. Nie wolno dopuszczać do takiej sytuacji, żeby rodzic nie czuł się odpowiedzialny za swoje dzieci. W trakcie jednej z rozmów z nim wspomniałam, że kiedyś zachowania takie, jak jego małżonki, były domeną mężczyzn, a teraz coraz częściej postępują w ten sposób kobiety - tak przynajmniej wynika z mojego doświadczenia. A on odpowiedział: Ale miały dobrych nauczycieli.
Wielu mężczyzn przychodzi do Ligi Polskich Kobiet po radę?
Obecnie - sporo. Jeszcze kilka lat temu bali się naszej organizacji, bo myśleli, że jesteśmy radykalnymi feministkami. Dziś, tak jak i kobiety, trafiają do nas z problemami w związkach. Czasami czują się zdominowani przez swoje partnerki, potrzebują porady, jak zachować się w określonej sytuacji, często są to sprawy związane z rozwodami.
Nawet jeśli my, w LKP, nie jesteśmy w stanie im pomóc, to kierujemy ich do doskonałych specjalistów. Na przykład zaprzyjaźnieni psycholodzy nigdy nie odmówią pomocy, nie są materialistami. Ich wsparcie jest bardzo ważne, zwłaszcza że od pewnego czasu obserwujemy niepokojący wzrost przypadków depresji u mężczyzn i kobiet, związanej z trybem życia i warunkami socjalnymi. Tempo życia jest niesamowite. Jednocześnie pracodawcy i partnerzy mają wobec nas coraz większe wymagania. Ludzie sobie z tym nie radzą. I nie umieją ze sobą rozmawiać. Widać to, gdy spotykamy się z małżonkami w ramach mediacji. Unikają trudnych tematów. Pytam, czy mówili swoim partnerom o problemie, a oni zaprzeczają.
Skoro nie umieją ze sobą rozmawiać, to co im pani radzi?
Żeby przynajmniej zaczęli pisać do siebie o tym, co ich boli.
Jeśli nie dostrzegamy, że w naszym domu z bliską osobą dzieje się coś złego, to tym łatwiej przeoczyć takie sytuacje na zewnątrz, wśród znajomych, sąsiadów...
Dlatego trzeba mieć oczy szeroko otwarte. Ja mam to szczęście, że mieszkam na tym samym osiedlu od 35 lat. Gdyby coś mi się stało, mogę liczyć na sąsiedzką pomoc. A czasem naprawdę tej pomocy potrzeba.
U mnie, w budynku obok, mieszkała rodzina - małżeństwo z synem. Mężczyzna zachorował na raka. Syn był cały czas przy nim. Po śmierci ojca z 18-latkiem zaczęły dziać się fatalne rzeczy. Pojawili się dziwni koledzy i narkotyki. Jego mama kupiła sobie drugie mieszkanie, do którego się wyprowadziła, żeby odsunąć od siebie problemy. Zgłosiliśmy z sąsiadami sprawę do sądu, bo stwierdziliśmy, że jeśli nie zmusimy chłopaka, żeby zaczął się leczyć, to bardzo źle skończy. Ale jego mama zaangażowała adwokata, który poprosił nas, abyśmy wycofali pozew. Nie zgodziliśmy się. W trakcie rozprawy sędzia, przeglądając dokumenty powiedziała, że wynika z nich, że chłopiec był na odwyku w Krynicy. Ja to od razu sprostowałam, bo wiem, że nie ma tam ośrodka odwykowego. Okazało się, że mama nastolatka przedstawiła fałszywe zaświadczenie, za co dostała wyrok w zawieszeniu. Postanowieniem sądu jej syn musiał iść na terapię. Wytłumaczyłam mu po rozprawie, że nikt nie działa przeciwko niemu, tylko w jego interesie.
Co się z nim stało?
Wyszedł na prostą, podjął przerwaną naukę. Ale wtedy, w sądzie, było nam strasznie przykro, gdy sędzia zauważyła, że sąsiadom bardziej zależy na jego przyszłości niż własnej matce.


Z jakim sprawami ma pani jeszcze do czynienia jako mediator w LKP?
Raz przyszła do mnie kobieta, która zaciągnęła kredyt bankowy na leczenie, a potem nie była w stanie spłacać rat. Wysłałam do banku pismo w sprawie podjęcia mediacji. Zadzwonił do mnie dyrektor departamentu, żeby poinformować, że nie widzi możliwości przystąpienia do rozmów. Powiedział, że skoro tę panią stać na zatrudnienie mediatora, to ma też pieniądze na spłacenie rat. W tym momencie się we mnie zagotowało, bo ja przecież nie pobieram żadnego wynagrodzenia. Zadzwoniłam do prezesa banku, mówiąc, że proszę o zachowanie trybu formalnego w kontakcie ze mną i o decyzji należy mnie poinformować listownie. Pan prezes bardzo przepraszał, do mediacji doszło, ale bankowcy chcieli, żeby pośredniczył w niej ich mecenas. Nie zgodziłam się, bo w mediacji musi być równowaga stron - jeśli bank ma prawnika z dużym doświadczeniem, to ta pani też musiałaby mieć swojego reprezentanta. Na szczęście udało się obniżyć wysokość miesięcznych rat.
Mediacje są w Polsce popularne?
W tej chwili zaczyna być na nie nacisk. Często sędziowie proponują mediację i jest bardzo źle widziane, jeśli strony do niej nie przystąpią. W Austrii 80 proc. spraw cywilnych załatwia się w ten sposób i dzięki temu sądy nie są aż tak obciążone.
My prowadzimy mediacje m.in. z wydziałem gospodarki mieszkaniowej i komunalnej, gdy lokatorzy zalegają z płatnościami.
To duży problem?
Łódź nie jest miastem bogatym i najgorsze w tym wszystkim jest to, że ludzie się swojej biedy wstydzą. Nie chcą się przyznać, że nie stać ich, żeby na bieżąco regulować czynsz, płacić za prąd czy gaz.
Łódź jest też miastem seniorów. W dodatku nasi emeryci są nisko uposażeni, żyją na granicy ubóstwa. Wiele środowisk nie ma świadomości, jak jest im ciężko. Przed rokiem zapytałam na konferencji jedną z posłanek PO, czy wie, ile wynosi przeciętna łódzka emerytura. Powiedziała, że dwa tysiące. Sprostowałam, że niewiele ponad tysiąc. Mało jest krajów w Europie, gdzie emeryci odprowadzają podatek od tak niskiej emerytury.
Z kolei opłaty za mieszkania, w stosunku do tego, co otrzymują, są wysokie.
- Tak. Nieraz czynsze w lokalach spółdzielczych wynoszą mniej niż w komunalnych, chociaż te pierwsze są w dużo lepszej kondycji. Zbulwersowana jestem też tym, jak wysokie czynsze są w kamienicach prywatnych. Zwłaszcza że w zamian często lokator dostaje niewiele.
Wiele osób przychodzi do nas po pomoc przy zamianie mieszkań. Władze deklarują wsparcie, a potem różnie to wychodzi. Na przykład pamiętam, jak podczas wizyty w Łodzi Rzecznika Praw Dziecka pani prezydent Hanna Zdanowska zadeklarowała, że pomoże zdobyć mieszkania rodzinom zastępczym. Wkrótce przyszła do nas pani, która razem z mężem jest rodziną zastępczą dla swojego siedmioletniego wnuka. Mama dziecka nie żyje, a ojciec wyjechał do Wielkiej Brytanii i wyrzekł się syna. Chłopiec był poważnie chory, więc dziadkowie jeździli z nim z terapii na terapię, inwestując w niego wszystkie oszczędności. Mieszkali w dużym mieszkaniu komunalnym, ale nie było ich już stać na jego utrzymanie i chcieli zamienić je na mniejsze. To była droga przez mękę. W końcu nie wytrzymałam i poprosiłam dziennikarza o pomoc. Nagle okazało się, że sprawa jest załatwiona. Niestety, często musimy prosić media o interwencje.


Urząd Miasta nie chce z państwem współpracować?
- Bardzo trudno się z nimi współpracuje. W Łodzi nienagannie układa się jedynie współpraca z policją i ze strażą miejską. Oni do nas też kierują ludzi z różnymi sprawami.
Ostatnio taką drogą trafili do nas przedstawiciele wspólnoty mieszkaniowej w jednym z bloków. Mieszkańcy wysupłali ostatnie grosze, żeby wykupić mieszkania, ale został tam jeszcze jeden lokal komunalny. Zrobiono z niego melinę. Sąsiedzi mogli liczyć tylko na policję. Regularnie do tamtego mieszkania przychodzili dzielnicowy i pogotowie policyjne. Ale ile można? Musieliśmy zareagować, bo przecież ludzie nie mogli żyć w takich warunkach. Nasza interwencja sprawiła, że uciążliwa lokatorka zostanie eksmitowana.
Jaka była najtrudniejsza sprawa, jaką pani się zajmowała?
- Przypadek rodziców, którzy prawie pozabijali się, walcząc o opiekę nad dziećmi, a w ogóle nie byli nimi zainteresowani. Jedyne osoby, którym na nich zależało, to byli dziadkowie z obu stron. Sprawa toczyła się około trzech lat. W tym czasie mama i tata zaangażowali po dwóch adwokatów, przekupywali dzieci, porywali je. Coś okropnego. Wszystko po to, żeby zatruć sobie nawzajem życie. Badania psychologiczne ujawniły, że żadne z nich nie dorosło do roli rodzica. W końcu dzieci trafiły do rodziny zastępczej, do dziadków. Niestety, zanim to się stało, wyrządzono im ogromną krzywdę.
Niektórym rodzicom trudno wytłumaczyć, że partnerzy mogą się rozstać, ale z dziećmi rozwodu się nie bierze. Nie dociera to zarówno do kobiet, jak i do mężczyzn. Poza tym często są nieprzygotowani. Przychodzą, żeby ustalić warunki opieki nad dziećmi, ja proszę ich, żeby wzięli kalendarz do ręki i zastanowili się, jak wszystko zaplanować. Po dwóch tygodniach wracają i w ośmiu na dziesięć przypadków niczego nie przemyśleli. Zapominają o tym, że dzieci mają ferie, wakacje, imieniny, urodziny, że są święta. I że mają dziadków, ciotki, a tych kontaktów nie powinno się zrywać dla ich dobra. Ja się wcale nie dziwię, że te związki się nie udały, skoro o elementarnych rzeczach nie pamiętają.
Na szczęście są też przykłady bardzo pozytywne. Kilka miesięcy temu miałam mediację z parą, która wszystko wcześniej uzgodniła, łącznie z tym, czy dzieci będą wychowywane w duchu religijnym oraz na jakie zajęcia pozalekcyjne będą chodzić. Chociaż ich związek się wypalił, zachowywali się wobec siebie z szacunkiem. Zrobienie protokołu z ugody to była czysta formalność.
Niektórzy mają rację, mówiąc, że z rodziną ładnie wychodzi się tylko na zdjęciach.
- Zajmuję się teraz sprawą pewnej starszej kobiety, która jest poważnie chora i jej córka robi wszystko, żeby się nią nie zajmować. Nie ma w sobie za grosz empatii. Ta pani lada dzień odejdzie, ale córki to nie interesuje.
Innym razem sąsiadka przysłała do mnie młodą dziewczynę, która miała problem z kuzynami. Oni uważali, że skoro jest bardzo spolegliwa, to można ją wykorzystać. Zaczęli czymś nielegalnie handlować i ona nagle dostała na swoje konto pieniądze. Nie przyjęła ich i bardzo dobrze postąpiła. Oczywiście oni mieli do niej pretensje. Później się dowiedziała, że ma wezwanie do sądu, bo oskarżano ją o oszustwa.
W trakcie naszej rozmowy okazało się, że ta młoda osoba jest po czterech operacjach guza mózgu. Jednak miała ogromny hart ducha, bo jeszcze po drugiej operacji skończyła szkołę średnią. Mało tego, zajmuje się starą, schorowaną babcią, która ją po śmierci matki wychowywała. Pomogłam jej przygotować się do rozprawy sądowej. Uchroniliśmy dziewczynę przed więzieniem. Ale to nie koniec.
Zaczęliśmy być z kolegami dociekliwi, bo zauważyliśmy, że ma trudną sytuację materialną. Z powodu choroby nikt nie chciał jej przyjąć do pracy. Okazało się jednak, że dostała po matce w spadku jedną trzecią gospodarstwa rolnego, w którym mieszkają jej siostra i ojczym. Oni w żaden sposób się z nią nie rozliczali. Gdyby nie nasza przytomność, jej rodzina najprawdopodobniej przejęłaby część jej spadku przez zasiedzenie.


Jak ta sprawa się potoczyła?
- Przyjechała do mnie na mediacje jej siostra z małżonkiem i zaproponowała 13 tys. zł jako spłatę za dwa i pół hektara ziemi z budynkami. Zapytałam, na jakiej podstawie ona z tatą pobierali dopłaty z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, skoro siostra jest współwłaścicielką ziemi i o niczym nie wiedziała. Ta pani odpowiedziała, że podpisała papiery za siostrę. Uświadomiłam ją, że to jest karalne, bo nie miała upoważnienia. Wysłaliśmy już do niej pismo, żeby zaproponowała jakąś sensowną kwotę za ziemię. W przeciwnym razie oddamy sprawę do sądu o podział majątku i nie tylko będzie musiała oddać wszystkie dotacje, ale też przez trzy lata nie dostanie na swoje gospodarstwo ani złotówki.
Nie jest pani rozczarowana ludźmi, kiedy spotyka pani takie sytuacje?
- Jestem rozczarowana, ale mnie to jeszcze bardziej mobilizuje. Ktoś powie, że powinniśmy z kolegami się zniechęcić. No dobrze, a jak my odpuścimy, to co dalej będzie? Ktoś to musi robić.
Dzisiaj ktoś od nas może chcieć pomocy, ale być może za jakiś czas my też jej będziemy potrzebować. Kiedy pracowałam w Wojewódzkim Urzędzie Pracy, właściciel jednej z firm ciągle zgłaszał wolne miejsca w swoim zakładzie i potem w skandaliczny sposób traktował bezrobotnych, których kierowaliśmy do niego do pracy. Zwracaliśmy mu na to uwagę. On stwierdził, że jest pracodawcą i może robić, co chce. Po roku przyszedł do urzędu i zarejestrował się jako osoba bezrobotna. Nie było to dla nas żadną satysfakcją. Jednak potwierdziło, że w życiu nic nie jest dane raz na zawsze i należy o tym pamiętać.
Marianna Skrobiszewska. Łodzianka. Mediator z listy Sądu Okręgowego w Łodzi, członek Rady Osiedla Śródmieście-Wschód, członek zespołu specjalistów - wolontariuszy z wielospecjalistycznej poradni przy Lidze Kobiet Polskich Łódzkim Oddziale Wojewódzkim.
Tekst ukazał się w ¨Weekendzie¨na gazeta.pl

''Moja siostra i jej mąż starali się o dziecko przez 11 lat. W końcu adoptowali dziewczynkę''. A potem doszło do wypadku


Czteroletnia Lucia musi sobie poradzić z podwójną traumą. Jest wiele dzieci adoptowanych na świecie, ale ona była adoptowana podwójnie i może zadawać sobie pytanie: ''Co jest ze mną nie tak? Matka biologiczna mnie opuściła, a kiedy znalazła się kobieta, która mnie pokochała, to zaraz zabrała ją śmierć'' - opowiada Wiktoria*, która adoptowała Lucię po tragicznej śmierci siostry i jej męża.


Od czego zaczęła się historia twoja i Luci?
- Moja siostra, Agnieszka, starała się z mężem o dziecko przez 11 lat. Jeździli na różne badania, na które wydali dużo pieniędzy. Widziałam, jak Agnieszka się męczy. Mieszkałam wtedy we Francji, byłam arteterapeutką w szkole, która przystosowywała dzieci z krajów ogarniętych konfliktami do życia w nowej ojczyźnie. Wielu moich podopiecznych straciło rodzinę w czasie wojny. Niektórzy zostali zaadoptowani, inni czekali na nowych rodziców. Przedstawiałam te dzieci siostrze, bo chciałam, żeby zobaczyła, że adopcja jest i dla niej jedną z możliwości. Do tego momentu nie brała jej pod uwagę. We Francji tak się otworzyła, że po powrocie do Polski podjęli z mężem decyzję o adopcji dziecka.
Co wpłynęło na decyzję twojej siostry?
- We Francji widziała szczęśliwych rodziców, którzy różnili się od swoich dzieci np. kolorem skóry. Tam przekonała się, że można być matką, nawet jeśli nie jest się matką biologiczną. Kiedy złożyła papiery do polskiego ośrodka adopcyjnego, powiedziałam jej, że jak tylko dostaną dziecko, to do nich przyjadę. Zadzwoniła do mnie, gdy mieszkałam w Brazylii. Jak najszybciej przyleciałam do Polski. Chciałam poznać Lucię, miałam zostać jej matką chrzestną. Uroczystość odbyła się w gronie najbliższej rodziny. Nie pojawił się na niej teść Agnieszki, bo uznał, że to oni powinni go odwiedzić.
Dwa tygodnie po chrzcinach siostra z mężem zapakowali czteromiesięczną Lucię do samochodu i ruszyli do teścia Agnieszki. Byłam przeciwna tej podróży, ale rozumiałam ich decyzję. Bardzo chcieli podzielić się z nim swoim szczęściem. W czasie drogi wydarzył się wypadek, który przeżyła tylko ich córeczka.
Musiał to być dla ciebie szok.
- Byłyśmy z mamą w rozpaczy i nie wiedziałyśmy, co się wokół nas dzieje. Jednak przed wypadkiem przeprowadziłam z Agnieszką najważniejszą rozmowę w moim życiu. "Jeśli wam się coś stanie, co ma być z Lucią?" - zapytałam. Siostra zaczęła od tego, że mają być z mężem skremowani i ona na własną uroczystość pogrzebową chce mieć paznokcie pomalowane na czerwono. Zawsze o nie dbała. Po czym już bardziej poważnie dodała: "Chcemy, żeby Lucia była z tobą". Zdziwiłam się, ale siostra tłumaczyła, że ja dam jej szerokie horyzonty. Uważała, że dziecko adoptowane musi mieć więcej niż miłość. Dlatego hasłem przewodnim w moim życiu z Lucią jest: "Sama miłość nie wystarczy".
Co masz na myśli?
- Lucia musi sobie poradzić z podwójną traumą. Na świecie jest wiele dzieci adoptowanych, ale ona była adoptowana podwójnie i może zadawać sobie pytanie: "Co jest ze mną nie tak? Matka biologiczna mnie opuściła, a kiedy znalazła się kobieta, która mnie pokochała, to zaraz zabrała ją śmierć". Muszę uchronić ją przed fatalistycznym myśleniem. Chcę Luci dać narzędzia do tego, żeby sobie z tą stratą poradziła.


Przygotowujesz Lucię do tego, żeby poznała prawdę o swojej przeszłości?
- Nie przygotowuję jej, tylko mówię o tym od pierwszego dnia. Tłumaczę Luci, że ja jej nie urodziłam. Urodziła ją inna mama. Dla niej to jest normalne. Już moja siostra, kiedy Lucia miała miesiąc, powtarzała jej przed snem: "Mama cię odnalazła. Czekałam na ciebie i wiedziałam, że to jesteś ty".
Co musiałaś zrobić, żeby zostać matką adopcyjną Luci?
- W obliczu tragedii byłam zmuszona od razu zareagować i zderzyłam się ze ścianą. Nie byłam typowym przypadkiem. Nie pasowałam do wytycznych urzędowych. Żeby zaadoptować dziecko, trzeba spełniać pewne wymagania: mieć zatrudnienie, dobrze też być mężatką, bo bardzo rzadko pozwala się na adopcję osobom samotnym. Trzeba być osobą niekaraną, zdrową psychicznie i mieć stałe miejsce zamieszkania. Ja spełniałam tylko dwa warunki. Jestem niekarana i zdrowa psychicznie. Wszyscy prawnicy, a miałam ich 11w ciągu czterech lat, słysząc na początku moją historię, rozkładali ręce: "Jest to bardzo skomplikowana sprawa". Tyle to ja już wiedziałam. Jednak życie za granicą nauczyło mnie, żeby nigdy się nie poddawać i że warto działać poza schematami. To mnie uratowało.
W jaki sposób łamałaś schematy?
- Każdy z prawników mówił mi: "Pani nie ma pracy. Niech pani jutro znajdzie pracę". A ja mieszkałam z mamą, która była na emeryturze, miałam co jeść i postanowiłam, że nie będę szukać zatrudnienia tuż po wypadku. Musiałam być mądrzejsza od psychologów i kuratorów dziecięcych. W domu czekało na mnie czteromiesięczne maleństwo, które właśnie po raz drugi straciło mamę. Nosiłam Lucię na rękach owiniętą w sweter Agnieszki, bo miał jeszcze jej zapach. Jak miałam iść do pracy?
Ponieważ nie byłam nigdzie zatrudniona,  po wypadku moja mama złożyła wniosek o bycie rodziną zastępczą dla Luci. Nie chciała, żeby jej wnuczka po raz kolejny zmieniła dom. Wtedy okazało się, że kuzynka szwagra, która nigdy nie widziała Luci na oczy, złożyła wniosek o jej adopcję. W uzasadnieniu napisała, że kocha ją ponad wszystko i nie wyobraża sobie bez niej życia. My też nie. Na korytarzu sądu przez trzy godziny pisałam wniosek o przysposobienie. Żaden prawnik nie chciał się tego podjąć.
Udało ci się w końcu znaleźć dobrego prawnika?
- Nie miałam prawa do adwokata z urzędu, więc w prawnikach utopiłam sporą część swoich oszczędności.  Jeden zrezygnował ze współpracy, bo stwierdził, że mu nie ufam. Jak mogłam mieć do niego zaufanie, jeśli pytał mnie na sali rozpraw, czego dotyczy sprawa? Zaliczki nie oddał.
W pewnym momencie prosiłam sąd o zwolnienie mnie z kosztów za znaczki sądowe, bo tysiąc złotych to dużo jak na samotną matkę. W dodatku Lucia przez pierwsze dwa lata co miesiąc była w szpitalu z powodu astmy i miałyśmy z tego powodu dodatkowe wydatki. Sąd odpowiedział, że powinnam przewidzieć wydatki związane z adopcją.



Na sali sądowej musiałaś spotkać się z kuzynką szwagra, która chciała adoptować Lucię.
- Tamta kobieta była po czterdziestce, mieszkała z rodzicami oraz siostrą bliźniaczką, miała stabilną sytuację finansową i - co podkreślała - nadal była dziewicą. W trakcie rozprawy jej prawnik próbował udowodnić, że ja nie mam pieniędzy na dziecko, bo nigdy nie pracowałam w Polsce. We Francji udało mi się zaoszczędzić pieniądze i miałam to udokumentowane. Dzięki temu się wybroniłam. Potem starano się udowodnić, że jestem niestabilna psychicznie. Padło też pytanie, ilu miałam partnerów seksualnych w swoim życiu. Sprawa trwała rok. Na szczęście sędzia była mi przychylna.
Nie miałaś momentów zwątpienia, czy podjęłaś słuszną decyzję, decydując się na adopcję? Nagle musiałaś zmienić całe swoje życie.
- Gdybym wiedziała, co mnie czeka i ile trudności napotkam, pewnie bym się przestraszyła. Ale moja siostra w krótkim czasie okazała swojej córeczce tyle miłości, że dla mnie było naturalne, że muszę adoptować Lucię. Potrzebowałam jednak czasu, żeby się do Luci przywiązać. Nie byłam mentalnie do tego przygotowana i nikt mi w tym nie pomógł.
Mogłaś liczyć na wsparcie ze strony instytucji państwowych?
- Co jakiś czas przychodziły do nas panie z MOPS-u . Za pierwszym razem zapowiedziały, że będą wpadać na kontrolę rano, jak jeszcze jesteśmy nieprzygotowane. Minął miesiąc od wypadku, a one traktowały nas, jakby nic się nie stało. Chciały tylko wiedzieć, czy szafki są posprzątane, czy dziecko ma kaftaniki i pieluchy. Żaden pracownik z upoważnionych instytucji nie zapytał, czy umiem karmić i przewinąć małe dziecko, czy byłam z nim na szczepieniu. To jest podstawa w krajach rozwiniętych.
Czy dalsza rodzina okazała ci wsparcie?
- Wydawało mi się, że nasza rodzina jest solidarna, ale po wypadku wszyscy pochowali się po kątach. Kiedy poprosiłyśmy o pomoc przy posprzątaniu mieszkania po siostrze i jej mężu, usłyszałyśmy, że możemy rzeczy wystawić przed drzwi i ludzie je zabiorą. Najtrudniejsze okazało się opróżnienie lodówki w mieszkaniu Agnieszki. Moja siostra była wyśmienitą kucharką. Rozmroziłyśmy kurczaki, pierogi, żeberka i jedząc je, próbowałyśmy zapamiętać ich smak. W końcu to jedzenie Agnieszka zrobiła swoimi rękami, dzięki temu miałyśmy wrażenie, że wciąż jest przy nas obecna.


Mieszkacie w kilkutysięcznej miejscowości, więc wiele znajomych osób poznało historię Luci. Jaki mieli do niej stosunek?
- Kiedyś stałam przy kasie w Biedronce, a kasjerka, kasując pampersy, zatrzymała taśmę i zapytała: "Z dziewczynami zastanawiamy się, jak to jest, gdy trzeba wziąć na ręce obce dziecko i  je nakarmić". Byłam w szoku. Kolega mojej siostry, gdy zobaczył Lucię w wózeczku, zaczął krzyczeć z drugiej strony ulicy: "A ona jak do ciebie mówi?". Moja koleżanka z podstawówki zamartwiała się, jak ja teraz z dzieckiem znajdę sobie faceta.
Pomogli wam za to obcy ludzie, którzy wcale nie musieli tego robić.
- O wypadku pisano w internecie. Wiele osób o naszej sytuacji dowiedziało się pocztą pantoflową. W ciągu kilku tygodni dostałyśmy pięćdziesiąt paczek z ubraniami, zabawkami, pampersami, kaszkami. Niektórzy dołączyli listy z życzeniami. Młode mamy pisały, jak odżywiać Lucię, przesyłały kalendarze szczepień. Gosia z Zakopanego zaprosiła nas do swojego pensjonatu. Sylwia i Kasia wysłały wielkie kartony z dekoracjami do pokoju Luci. Syn Ani i Pawła był w śpiączce, a oni przyjechali do nas z drugiego końca Polski, żeby pójść z nami na grób mojej siostry. Gdy umarł ich synek, odwiedzili nas ponownie. Większość tych ludzi łączyło to, że mają za sobą doświadczenie straty i rozwiniętą empatię.
A ośrodek adopcyjny? Przygotowano cię do nowej roli?
- Nie. Gdy złożyłam wniosek o przysposobienie Luci, ośrodek adopcyjny stał się jej opiekunem prawnym aż do zakończenia sprawy. Chciałam, żeby uprawniona osoba poszła do banku i dowiedziała się, w jakiej wysokości moja siostra ze szwagrem mają kredyt na mieszkanie. Nikt nie chciał mnie o tym poinformować, a odsetki były przez rok naliczane. Dyrektor Ośrodka Adopcyjnego odmówił mi pomocy. "No nie wiem, czy pani dostanie Lucię" - straszył, żebym tylko dała mu spokój.
Z kolei, gdy po zakończonej procedurze adopcyjnej podeszłam przed salą sądową do pani psycholog i poprosiłam, żeby zadzwonili do mnie, kiedy będą robić szkolenia dla rodziców. W odpowiedzi usłyszałam jednak, że szkolenia są tylko dla tych rodziców, którzy jeszcze nie mają dzieck
- Nie. Gdy po zakończonej procedurze adopcyjnej podeszłam przed salą sądową do pani psycholog i poprosiłam, żeby zadzwonili do mnie, kiedy będą robić szkolenia dla rodziców. W odpowiedzi usłyszałam jednak, że szkolenia są tylko dla tych rodziców, którzy jeszcze nie mają dziecka.
Z kolei wcześniej, gdy złożyłam wniosek o przysposobienie Luci, ośrodek adopcyjny był jej opiekunem prawnym aż do zakończenia sprawy. Chciałam, żeby uprawniona osoba poszła do banku i dowiedziała się, w jakiej wysokości moja siostra ze szwagrem mają kredyt na mieszkanie. Nikt nie chciał mnie o tym poinformować, a odsetki były przez rok naliczane. Dyrektor Ośrodka Adopcyjnego odmówił mi pomocy. "No nie wiem, czy pani dostanie Lucię" - straszył, żebym tylko dała mu spokój.
Lucia była jedyną spadkobierczynią swoich rodziców. Mogła też odziedziczyć długi.
- Kiedy już miałam prawo pójść do banku w imieniu Luci i zapytać o ratę kredytu, bank miał do mnie pretensje, że nie zrobiłam wszystkiego, co w mojej mocy, żeby opiekun prawny zadbał o jej sprawy. Zaczęłam krążyć między bankiem a kancelarią prawną. Dług rósł. W końcu prawnik udzielił mi rady: "Proszę spłacić cały kredyt i wtedy możemy rozmawiać". Wtedy sama napisałam po angielsku list do prezesa banku. Po dwóch godzinach dostałam od niego krótką odpowiedź: "Bardzo dziękuję za długi list. Jesteśmy gotowi do negocjacji". Uchylił mi drzwi, a ja wstawiłam pomiędzy nie nogę. Miałam wewnętrzne przekonanie, że Lucia zasługuje na coś więcej od dorosłych, którzy jak mantrę powtarzali: "Nie da się".
Po tym wszystkim naszła mnie taka refleksja. W Polsce lubimy o sobie myśleć, że jesteśmy otwarci, gościnni, ale to nieprawda. My nie lubimy inności. Moja psycholog z Francji, słysząc, z jaką znieczulicą się spotkałam, powiedziała, że instytucjom w Polsce brakuje zdrowego rozsądku.


Czego się od niej dowiedziałaś?
- Ta kobieta jest specjalistką od więzi. Więź między matką a dzieckiem jest oddzielną dziedziną psychologii. Zaczęła mi tłumaczyć, z jakimi sytuacjami mogę się spotkać, żyjąc z Lucią. Niektórzy mi mówią: "Najważniejsze, że ją kochasz". Otóż nie. Muszę wiedzieć, kiedy i dlaczego nastąpi jej bunt, jak on będzie wyglądać. Miesiąc temu Lucia poprosiła: "Mamusiu, zrób mi kanapkę z masłem orzechowym". "Córciu, ale u nas się nie je kanapki z masłem orzechowym na noc". Ona na to: "Tak?! Najpierw mnie adoptujesz, a potem nie chcesz się mną opiekować?!". Zaczęłam się śmiać i ją obcałowałam. A ona śmiała się razem ze mną. Większość rodziców adopcyjnych pewnie w takim wypadku wpadłaby w panikę, uważając, że okazują dziecku za mało uczuć. Ja już wiem, że córka wielokrotnie będzie mi mówić: "Nie pozwalasz mi, bo mnie adoptowałaś!". 
Zakończyłaś już wszystkie sprawy sądowe?
- Jeszcze nie. Niedługo muszę jechać do Warszawy na sprawę z ubezpieczycielem samochodu o odszkodowanie dla Lucii za śmierć jej rodziców. Zdaniem ubezpieczyciela była ona zbyt mała, żeby ich pamiętać, więc nie doznała żadnej krzywdy, dlatego nic jej się nie należy.
Czasami, gdy Lucia ma taką potrzebę, chodzimy na cmentarz i palimy świeczki na ich grobie. Dla mnie jest ważne, żeby rosła w przekonaniu, że miała rodziców, którzy ją kochali. W ten sposób buduję historię Luci, daję jej tożsamość. Oczywiście teraz ma mnie. Lucia wczoraj, patrząc na burzę, powiedziała: "Mamo, jesteśmy razem i świat jest taki piękny. Kocham cię tak bardzo, ile jest wszystkich rzeczy na świecie".
*Wiktoria chce pozostać anonimowa dla dobra Luci

Tekst ukazał się w ¨Weekendzie¨na gazeta.pl

niedziela, 14 maja 2017

Miasto w którym rządzą dzieci

Dwaj Meksykanie wpadli na banalnie prosty pomysł: stworzyli miasto, w którym dzieci mogą zachowywać się jak dorośli. Teraz podobne strefy działają już w 24 krajach świata. - To, co dzieci kochają najbardziej, to niezależność. U nas mają własne pieniądze i mogą podejmować samodzielne decyzje - mówi Xavier López Ancona, prezes KidZanii.
50 kidzos. Czek tej wartości dostaję na początek mojej przygody w "Mieście Dzieci". Żeby tam trafić, muszę przejść odprawę niczym na prawdziwym lotnisku. Potem idę do miniaturowego budynku urzędu migracyjnego, który niewiele różni się od prawdziwego. Przede mną w kolejce stoi kilkoro dzieci z zamiarem aplikowania o paszport. - Witamy w KidZanii - odzywa się z uśmiechem celniczka i sprawdza mój bilet.
Tak powstało Miasto Dzieci 
Luis Javier Laresgoiti zajmował się importem zabawek do Meksyku. W czasie jednej ze swoich podróży do Karoliny Północnej zobaczył przedszkole, w którym znajdowały się miniaturowy bank i szpital wyrzeźbione w drewnie. Pomyślał, że coś podobnego można stworzyć w mieście Meksyk. Po powrocie do kraju zainteresował swoim pomysłem Xaviera Lópeza Anconę, przyjaciela z dzieciństwa, który wcześniej był m.in. dyrektorem General Motors na Meksyk.
Prace nad projektem trwały dwa lata, a zamiast przedszkola powstał park rozrywki. Pierwsze "Miasto Dzieci" otwarto we wrześniu 1999 roku w ekskluzywnym centrum handlowym w Santa Fe, na powierzchni 5 tysięcy metrów kwadratowych. Znalazły się tam miniaturowe sklepy, restauracje, szkoły. Na wszystkich budynkach umieszczono logo firm, które zgodziły się na współpracę. Miejsce miało do złudzenia przypominać miasta dorosłych.

W ciągu pierwszego roku funkcjonowania "Miasta Dzieci" Laresgoiti i Ancon sprzedali 800 tysięcy wejściówek, o połowę więcej niż zakładali. W 2002 roku takie parki rozrywki wybudowano także w miejscowości Monterrey, na północy Meksyku, oraz w Tokio. Wtedy też nazwę zmieniono na "KidZania".
Do dziś powstały w sumie 24 parki tematyczne w różnych krajach, w tym w Anglii, Rosji i w Indiach. Wszystkie działają na zasadzie franczyzy. Z jednej strony łączy je poszanowanie dla lokalności - w Seulu dzieci robią pierożki ramen, w Japonii - sushi, a w Bombaju znajduje się studio "Bollywood". Z drugiej - zasady i wartości są dla wszystkich takie same. Np. w Arabii Saudyjskiej dziewczynki mają prawo prowadzić samochód, chociaż nie mogą tego robić ich mamy. I jeszcze jedno: dzieci, które przebywają na terenie KidZanii, są jej obywatelami, tutaj należy je traktować jak dorosłych i zwracać się do nich per "pan" lub "pani".
Edukacja obywatelska
Jestem w KidZanii Cuicuilco, na południu miasta Meksyk. Otwarto ją dwa lata temu. Jest prawie trzy razy większa od swojej siostry w Santa Fe i zajmuje 14 tysięcy metrów kwadratowych. Kosztowała 38 milionów dolarów. Dużo? Niekoniecznie, jeśli wziąć pod uwagę, że firma przynosi roczne dochody w wysokości 400 milionów. To pieniądze zarobione na edukacji i rozrywce.
Chcemy, żeby dzieci dobrze się bawiły w swoim świecie, bo po to do nas przychodzą. Jednocześnie zależy nam, aby były w stanie rozwinąć swoje umiejętności. I nauczyć się wartości, które będą w stanie wykorzystać w dorosłym życiu - tłumaczy Xavier López Ancona, prezes KidZanii.

Do KidZanii Cuicuilco przychodzi około czterech tysięcy dzieci dziennie. Mają do wyboru 120 różnych zabaw, w tym aktywności, których celem jest edukacja obywatelska. Uczy się je ochrony środowiska, tolerancji wobec inności, instruuje, w jaki sposób zachować ostrożność na drogach. To próba wcielenia w życie zalecenia Rudolpha Giulianiego, byłego burmistrza Nowego Jorku, który jako doradca meksykańskiego rządu zwracał uwagę, że należy inwestować w edukację obywateli, zaczynając od dzieci, bo dzięki temu można wprowadzić trwałe zmiany.
Kidzańska edukacja jest ceniona nie tylko ze społecznego, ale i z indywidualnego punktu widzenia. - Obserwujemy, że w KidZanii Tokio, KidZanii Koshien, KidZanii Seul oraz KidZanii Busan rodzice i nauczyciele zwracają większą uwagę na to, czego dzieci mogą się u nas nauczyć. Uważają, że nasze centrum naprawdę jest w stanie pomóc im w wyborze przyszłego zawodu - mówi prezes firmy.   
Niezależność, czyli pieniądze
Wychodzę z "urzędu migracyjnego" na główną ulicę. Niedaleko stoi pomnik założycieli tego nietypowego państwa - dwóch chłopców i dziewczynki z dużymi, okrągłymi oczami jak z japońskich kreskówek. Mali obywatele KidZanii wiedzą, że ich kraj powstał pewnego wrześniowego dnia (choć nie wiadomo dokładnie kiedy), gdy dzieci zauważyły, jaki bałagan na świecie robią dorośli. Wkrótce została ogłoszona deklaracja niepodległości, która wypunktowała sześć praw dziecka: być, znać, tworzyć, dzielić się, dbać, bawić się. Hasłem przewodnim KidZanii jest: "Przygotuj się do życia w lepszym świecie".
Idę wzdłuż wybrukowanej uliczki. Mijam znane mi z nazw restauracje, sklepy, prywatne szkoły i uniwersytety. W jednym z miniaturowych budynków mieści się okulista. Przez szybę obserwuję, jak kilkuletni chłopiec uczy się badać wzrok pod okiem koordynatorki. W pobliżu znajduje się autostrada, po której jeżdżą małe samochody, kierowane przez dzieci. Ja szukam banku. Pomaga mi do niego trafić sprzedawca naleśników. Okazuje się, że do okienka jest kolejka. Przede mną stoi kilkoro nastolatków oraz starsza para z córeczką. Dzisiaj jest jeden z nielicznych dni, kiedy dorośli mogą uczestniczyć w zabawach w KidZanii razem z dziećmi, oczywiście pod warunkiem, że będą respektować tutejsze zasady.

Podaję urzędniczce czek i w zamian otrzymuję 50 kidzos. Za pieniądze mogę np. wypożyczyć rower lub zapłacić agencji pośrednictwa pracy, aby wyszukała dla mnie zajęcie zgodne z moimi zainteresowaniami. Wolno mi też zdeponować je w banku. Wtedy dostanę lokalną kartę debetową. Od pracy jednak się nie wykręcę. Gdy skończą mi się pieniądze i będę chciała bawić się dalej, muszę je zarobić.
Dzieci z różnych kultur mają różny stosunek do pieniędzy. W Meksyku wydają je zaraz po zarobieniu, a w Japonii trudno jest je do tego namówić - mówi Xavier López Alcona. - Dzięki możliwości pracy dajemy dzieciom szansę, aby stały się niezależne. To, co kochają najbardziej, to właśnie niezależność. Mają własne pieniądze i mogą podejmować samodzielne decyzje.
Kanapka w kształcie świnki
Zastanawiam się, na co wydam moje kidzos, gdy mogą uwagę przykuwa redakcja znanej meksykańskiej gazety "Excelsior". Wchodzę do środka przez uchylone drzwi. Dwie dziewczyny w skupieniu redagują na komputerze swoje artykuły. - Kai - odzywa się do mnie jedna z nich i dwa rozwarte palce kładzie na klatce piersiowej - W naszym języku oznacza to "cześć" - tłumaczy.
Informuje mnie, że będzie moją przełożoną. Prosi, żebym włożyła kamizelkę z napisem "Excelsior" i zaprasza do dużego stołu, gdzie odbywa się zebranie redakcyjne. Tłumaczy, jakie są gatunki dziennikarskie oraz czym zajmują się dziennikarze. Następnie pyta, o czym chcielibyśmy napisać. Mnie interesuje ''zdrowie'', dostaję więc tabliczkę z pytaniami dotyczącymi zdrowego odżywiania. Mam je zadać kucharzom z jednej ze szkół kucharskich, która znajduje się przecznicę od redakcji.
W szkole właśnie trwa lekcja gotowania. Uczestnicy siedzą na wysokich, plastikowych stołkach przy długim, białym stole i oglądają film o tym, jak przygotowuje się kanapki w kształcie świnki. Udaje mi się porozmawiać z jedną osobą, wracam do redakcji, siadam przy wolnym komputerze i redaguję moją kolumnę. Już napisałam, więc przełożona robi mi zdjęcie, które ukaże się pod tekstem razem z moim imieniem i nazwiskiem. Na koniec dostaję w prezencie wydrukowaną stronicę gazety z własnym artykułem. - Zanks, po naszemu oznacza to "dziękuję"!- mówi i płaci mi za wykonaną pracę 8 kidzos. - Życzę ci owocnego dnia!


Jestem na rogu ulicy, kiedy dobiega mnie odgłos syren. Podjeżdża miniaturowy wóz strażacki i karetka pogotowia. Chłopcy i dziewczynki w strojach strażaków podbiegają do pobliskiego budynku, z którego wydobywa się dym, witać też sztuczne płomienie. Wyjmują węże strażackie, z których płynie prawdziwa woda, i próbują ugasić pożar. Policja zabezpiecza żółtą taśmą dostęp do miejsca zagrożenia. Lekarze reanimują jednego z przechodniów, kładą go na noszach, wnoszą do karetki i odjeżdżają do pobliskiego szpitala. Akcja się przedłuża, więc próbuję ominąć taśmę zabezpieczającą teren pożaru. - Przykro mi, ale nie można tędy przechodzić - zatrzymuje mnie mała policjantka. Wtedy zaczepia mnie chłopak ubrany na czarno. - Właśnie przygotowujemy przedstawienie. Chcesz zostać naszą aktorką? - pyta. Czemu nie? Wchodzę do szkoły aktorskiej, która mieści się tuż obok.
W charakteryzatorni czeka na casting kilkanaście osób. Jeden z opiekunów tłumaczy, na czym polega gra aktorska i wyjaśnia, że weźmiemy udział w sztuce "Królewna Śnieżka". Każdy z uczestników zabawy musi wstać i powtórzyć za naszym nauczycielem zdanie, okazując przy tym emocje. Czteroletnia Ana nie może zapamiętać całej kwestii. Podpowiada jej mama. Dziewczynka dostaje rolę Śnieżki. Ja mam być jednym z krasnoludków. Od garderobianego dostaję czerwoną czapkę i zielony kaftan.
Przedstawienie zmysłów
Po przedstawieniu ruszam na spacer. Mijam salon samochodowy i trafiam do warsztatu. Kobieta w przebraniu mechanika uczy kilka osób budowy silnika oraz pokazuje, w jaki sposób wymienia się olej w aucie. Po drugiej stronie ulicy jest szkoła językowa - w środku nauczyciel uczy śpiewu po angielsku. Za mostem znajduje się stadion z miejscami dla 500 widzów. Kilku chłopców pod okiem instruktora trenuje grę w piłkę nożną.
KidZania cały czas się zmienia, bo dzieci dojrzewają szybciej niż piętnaście lat temu - mówi Xavier López Alcona. - Coraz trudniej jest przykuć ich uwagę i dlatego poszczególne aktywności, czyli zabawy lub wykonywane przez dzieci zadania, są coraz krótsze. W ciągu ostatnich lat powstały też nowe zawody, technologie, które staramy się umieścić w naszej ofercie, bo zależy nam, żeby nasze centrum nadal było interesujące dla dzieci na całym świecie.
Tekst ukazał się na gazeta.pl

poniedziałek, 17 października 2016

"W PRL-u fryzury były ciekawsze. Dzisiaj fryzury zeszły na psy"

Zbigniew Kuty, mistrz fryzjerstwa, swój zakład prowadzi w centrum Łodzi.                Od niemal sześćdziesięciu lat obserwuje zmieniającą się modę.                                     - W PRL-u fryzury były ciekawsze - twierdzi. - Z jednego zawinięcia                     można było zrobić masę fryzur. Poziom pracy był bardzo wysoki. Dzisiaj     fryzjerstwo zeszło na psy.
Ciężko jest panu rozczesać moje włosy.
- Włosy po myciu z reguły rozciągają się o jedną trzecią długości. Jednak                     farbowane nie są tak elastyczne i przy rozczesywaniu końcówki się strzępią.
Może powinnam używać farby bez amoniaku?
- Jeśli jakaś firma sprzedaje farbę bez amoniaku, to zastępuje go substancją                   pochodną. Doradzić farby nie mogę, bo to, że jakaś jest droga, wcale nie znaczy,                       że jest dobra. Kiedyś były lepsze. Kolor trzymał się na włosach. Dzisiaj wypłukuje                     się po paru umyciach i znowu trzeba chemię nakładać. Jednak reklamodawcy             zachwalają je, twierdząc, że odrostów nie widać.
Jest pan fryzjerem od ponad 57 lat. Jakie kolory były modne na początku                     pana drogi zawodowej?
- Było dwóch fryzjerów - Zbyszek i Hirek. Przed świętami szła kobieta do Zbyszka                         i pytała:- Jaki kolor jest modny w tym sezonie? Zbyszek odpowiadał, że wszystkie           odcienie czerwieni. Inna pani pytała o to samo Hirka. - Zimne, niebieskie - mówił.                Dlatego że jeden mógł dostać czerwoną farbę, a drugi niebieską. Taka inspiracja.
Został pan fryzjerem z przypadku?
- Ojciec kiedyś zapytał: - Zbychu, chcesz być fryzjerem? - Mogę być - odparłem.                       Nie wiedziałem na co się decyduję, bo w życiu nie byłem u fryzjera. Tata miał                 maszynkę ręczną, którą mnie strzygł. Trzeba było siły, żeby jej użyć. Dzisiaj wisi na           ścianie w moim salonie.
Podstawówkę skończyłem w czerwcu '59, a w lipcu już poszedłem do terminu.                   Miałem wtedy 13 lat. Praktyki trwały trzy lata i po egzaminach zostałem                     najmłodszym czeladnikiem w Izbie Łódzkiej od przeszło pięćdziesięciu lat.
Jak wyglądały pana praktyki?

- Zakład fryzjerski należał do mojego wujostwa. Mieścił się w tym samym domu co             dzisiaj, ale po drugiej stronie bramy. Stałem i przyglądałem się temu, co robi mój                 wujek. Musiałem nauczyć się trzymać nożyczki w garści, a to nie jest takie proste.               Śrubę trzeba mieć na zewnątrz, ostrza poziomo, ruch zgrać z grzebieniem.                  Godzinami stałem przy ścianie i ćwiczyłem, żeby ręce się wprawiły.









Pamięta pan pierwsze cięcie włosów?
- To nie było od razu całe ścięcie. Najpierw baczek mogłem odciąć, potem                     wyrównać włosy z tyłu głowy. Ciężko szło. Kiedyś wujek kazał mi namydlić butelkę           pędzlem. Postawiłem ją na szyjce i delikatnie zbierałem brzytwą pianę. Innym                     razem musiałem namydlić balon i go ogolić. Czasem się udawało.
Ciężko goliło się brzytwą?
- Kiedy po raz pierwszy przyszedłem do zakładu i zobaczyłem błyszczące ostrze             niemieckiej brzytwy, to aż oczy zamknąłem ze strachu. Dzisiaj wciąż ją mam                               w szufladzie, tylko stal ściemniała.
Wujek prosił swoich klientów: - Przyjdź pan na golenie. Chłopak się będzie uczył                           i najwyżej panu ucho utnie. No to miałem trzech, czterech, czasem pięciu panów                      na dzień. Ja się uczyłem, majster był zadowolony, że robię postępy, a oni mieli                   usługę za darmo. Szybko nauczyłem się golić, ale bywało wesoło.
Zaciął pan kogoś?
- A to raz? Przyszedł kiedyś facet po kielichu. Ja już wtedy goliłem. W zakładzie               mieliśmy radio Szarotkę na baterię. Pamiętam, że był Wyścig Pokoju, wszyscy                   słuchali sprawozdania. Do Poznania był etap. Jeden kolarz uciekał, Gazda go                       gonił. Namydliłem klienta, wziąłem brzytwę, naostrzyłem na skórzanym pasie,             pojechałem po policzku i chciałem pojechać pod ustami. Nagle sprawozdawca                 krzyczy: - Gazda pierwszy! Facet podnosi się z fotela, a brzytwa mu prosto w                        zęby. Boże kochany, jak ta krew tryskała! Nawet nie miał pretensji, bo sam                           podskoczył. Ale kaleczyło się czasem... Raz chłopakowi końcówkę ucha                         obciąłem. Nawet nie poczuł.
Niebezpieczne narzędzie.
- Pewnie, że niebezpieczne. Wiadomo co kiedy fryzjerowi odbije? Krew lała się                            z wargi, z ucha, z nosa. Z brodawki leciała mocno. Panowie przychodzili do mnie                      na golenie codziennie, co drugi, trzeci dzień. Jeden dziadek odwiedzał mój zakład                     w każdą sobotę. W Łodzi mieszkało dużo Żydów. Mieli bladą skórę, prawie siną,                          i czarny zarost. Jeśli jakiś pan mecenas golił się rano, a randkę miał wieczorem,                       to wpadał do mnie po raz drugi po południu, bo jego twarz wyglądała już na brudną.

Wtedy mężczyźni przychodzili do fryzjera na golenie, bo nie było dobrych żyletek.                     Od kilkunastu lat już się tego nie robi z obawy przed AIDS, "wątróbką". Zostało                 strzyżenie. Chłopaki często sami się strzygą, dziewczyny noszą długie włosy.                     Roboty nie ma.







Kiedyś miał pan więcej pracy?
- Kiedyś ludzie bardziej o siebie dbali. Kobiety częściej przychodziły do fryzjera,                 ubierały się elegancko. W piątek, w sobotę pełno było pań w moim zakładzie,                             bo szykowały się na niedzielę. Tak się też mówiło: - Jutro niedziela, to mięso na                    obiad i biała koszula. Nie robiłem zapisów, musiały czekać w kolejce.
W latach 50., 60. pensje w Łodzi też nie były wysokie, ale była praca. Żona zrobiła               sobie fryzurkę, mąż kupił pół litra i oprócz tego mogli pójść do kawiarni czy na                 dancing. Kawaler się ogolił, po pracy stanął na rogu i się rozglądał. Miał własne             pieniądze i może nie miał za to co kupić, ale czuł się wolnym człowiekiem.
Zmiany w Polsce obserwuję, patrząc na liczbę klientów w salonie. Po '89 jeszcze                 przez kilka lat ludzie mieli pracę, potem wydali oszczędności, nie wiedzieli, gdzie                 mogą zarobić, a życie było coraz droższe. Teraz wielu łodzianom ledwo starcza                        do pierwszego. Dzielnica Stare Polesie zrobiła się kiepska. Zresztą Łódź jest                       biedna w stosunku do innych dużych miast w Polsce. Przyleci taka pani do fryzjera             zrobić sobie fryzurkę? A gdzie z tym uczesaniem pójdzie? Do restauracji?                                Nie stać jej na to. Woli kupić buty chińskie za 20 złotych, które zaraz się rozlecą.
Tymczasem na Zachodzie jest wiele zakładzików, w których pracują jedna bądź                     dwie dziewczyny. Otwierają je wcześnie rano i kobiety - zamiast same męczyć                           się w domu - wpadają do nich przed pracą na czesanie. Tam również mężczyźni                         dbają o zarost. W Polsce młodzieńcy chodzą po ulicy w dziurawych spodniach i                         wyglądają, jakby trzy dni siedzieli w śmietniku, bo taka moda. Jakby dziewczyna                      nie dała się przytulić, to od razu by się ogolił.
W czasach pańskiej młodości bród nie nosili?
- Zawsze nosili brody lub wąsy, ale to była ozdoba. Zarost miał kształt, był ładny.                 Dzisiaj jeden kolega zapuści, drugi, dziesiąty, to ja też. I wygląda potem, jakby                        miał myjkę do kąpieli na twarzy. W Łodzi jest parę zakładów, które się nazywają                 Barber Shop, bo po polsku źle by to brzmiało. Tam strzygą wąsy, bródkę, myją                     brody i smarują je jakimś kosmetykiem. Taka usługa kosztuje kilkadziesiąt złotych.                  Nie każdy ma forsę na takie głupoty. Fryzjerki w zakładach najczęściej na męskim                            zaroście się nie znają, bo tego ich na kursach nie uczą. Jeśli jakaś dziewczyna                       trafi na takiego dziadka jak ja, to może jeszcze czegoś się dowie, bo ja tym               zajmowałem się na co dzień.

Kiedyś każdy fryzjer męski miał u siebie golenie, strzyżenie, wąsy, brodę. Klienci                mówili, czy chcą spiczastą bródkę, na łopatkę, krótszą czy dłuższą. Wąsy długie                      lub podkręcane. Co kilka lat moda się zmieniała. Raz strzygłem na "księcia Józefa",           innym razem "na Stalina".













Pan strzygł, a klient zwierzał się z problemów?
- Fryzjer jest jak spowiednik. Ludzie przychodzą do mnie ze wszystkimi                       problemami. Jeśli znam kobietę kilka lat, a bywa też, że strzygę jej rodziców,                       męża, dzieci, a potem wnuki, to wiem, o czym rozmawiać. Kiedy przychodzi do                     mnie po raz pierwszy i mówi o sprawach osobistych, wtedy muszę słuchać i                 przytaknąć. A przytaknij w momencie, który jej nie pasuje!
Na ścianie w pana salonie wisi dyplom za zdobycie czwartego miejsca na               ogólnopolskim konkursie fryzjerskim w Poznaniu.
- Kiedy zostałem czeladnikiem, musiałem iść do wojska. Ze służby wróciłem                                w 1966 roku. Rok później umarł mój wujek i ciocia przepisała zakład na mnie.               Zdobyłem tytuł mistrzowski i zacząłem brać udział w różnych konkursach.                     Wygrałem kiedyś mistrzostwo Łodzi za pokaz fryzur w Izbie Rzemieślniczej                                w Łodzi, innym razem zająłem czwarte miejsce w Polsce. Potem ożeniłem                               się i przyszły dzieci. Musiałem z czegoś zrezygnować.
Zrezygnował pan z konkursów.

- Tak, bo wcale nie było łatwo się do nich przygotować. W każdym konkursie brało               udział kilkudziesięciu uczestników. Musiałem zrobić mojej modelce dwa lub trzy           uczesania, tj. dzienne, wieczorowe i fantazyjne. Do każdej z fryzur wkładała inną           sukienkę. Te kreacje czasem wypożyczałem w teatrze. Potem przechadzała się                           z ułożonymi włosami po wybiegu, uśmiechała się do kamery. Przed pokazem                 wszystkie uczesania musiałem trenować po kilkanaście razy. Wiadomo, że                               nie robiłem tego przy klientach, tylko zostawałem po pracy.













Jakie fryzury były modne w PRL-u?
- Różne. Ale trzeba przyznać, że były ciekawsze. Robiło się strzyżenie brzytewką,               potem włosy nawijało się na wałki i rozczesywało. Z jednego zawinięcia można                       było zrobić masę fryzur. Poziom pracy był bardzo wysoki. Dzisiaj fryzjerstwo zeszło                  na psy.
A dlaczego?
- Klub Fryzjerstwa Artystycznego się rozleciał. Cech nikogo nie obchodzi. Jakaś           dziewczyna skończyła praktykę fryzjerską i poszła pracować do fabryki. Potem                 przyszła przemiana, fabryka rozleciała się w latach 90. Ona - mając 50                                      lat - przypomniała sobie, że jest fryzjerką. Gdy ja zaczynałem, trudno było dostać               lokum od miasta. Z tego powodu w Łodzi działało około 300 salonów fryzjerskich.                Teraz wszędzie są lokale do wynajęcia.
Taka pani kupi krzesła, postawi lustro i już ma zakład. Co chwilę ktoś otwiera nowy                      i po kilku miesiącach plajtuje, bo właścicielowi się wydaje, że wystarczy pomachać     nożyczkami, żeby zarobić pieniądze.
Teraz każdy może być fryzjerem?

- Tak. Ty też możesz otworzyć salon fryzjerski. Nikt o doświadczenie nie pyta.                     Kiedyś trzeba było mieć dyplom czeladniczy. Po trzech latach nauki zdawało się       kilkugodzinny egzamin z teorii, praktyki, golenia, strzyżenia męskiego i damskiego                 oraz czesania. Pamiętam, że zrobiłem ondulację żelazkową. Szczypce z żelaza         podgrzewało się nad palnikiem i tym zakręciłem loki francuskie. Po trzech latach                        od egzaminu czeladniczego przystąpiłem do egzaminu mistrzowskiego.













Wszyscy mistrzowie, którzy mieli swoje zakłady, musieli należeć do cechu.                                Na zebrania przychodziło około dwustu, ledwo w świetlicy się mieścili. Cech poza          sprawami administracyjnymi dbał o poziom egzaminów fryzjerskich. Organizowali                   też różne szkolenia, np. z BHP, higieny. Prawie wszyscy się znaliśmy. Czasem po               kursie chodziliśmy na wódkę.
Obecnie nie trzeba należeć do cechu. W Łodzi jest prawie dwa tysiące zakładów          fryzjerskich i większość z nich stoi pusta. Dzisiaj miałem dwóch klientów. Co                         prawda teraz mam problemy ze zdrowiem i już nie pracuję przez cały dzień.                                  Jednak dawniej w moim salonie czworo, pięcioro fryzjerów pracowało i mieliśmy                      60 głów do zrobienia na dzień.
Czym zajmował się Klub Fryzjerstwa Artystycznego?
- Później zmieniono jego nazwę na Klub Postępu i Techniki. Powstał w 1958 roku,                   rok przed tym, jak zacząłem uczyć się na fryzjera. W całej Polsce takie kluby                   otwierali, żeby podnieść poziom pracy. Lata 70. to był najlepszy okres w całej                     historii fryzjerstwa polskiego. Nawet jak klientka poszła do fryzjera na wsi, to włosy               miała dobrze ostrzyżone. A teraz... Jak można człowieka oszpecić i mu powiedzieć,                  że wygląda "trendy"?
W naszym klubie stało ze 20 aparatów do suszenia włosów, takich jak ten, który                         u mnie widzisz. Byliśmy podzieleni na podgrupy - kadra, instruktorzy, grupa               wojewódzka, łódzka i uczniowie. Uczniowie co dwa tygodnie przychodzili na naukę                     z modelkami oraz modelami. Było paru przedwojennych mistrzów, np. Pietrzak,                   Kabat, Wierzbicki, którzy ich szkolili. Ja też dzięki nim poznałem nowe fryzury,               nauczyłem się lepszej techniki i innego spojrzenia. To była taka sztuka dla sztuki.










Nie można było za bardzo podróżować. Gdzie podpatrywaliście fryzury?
- W latach 60., 70. nie było żadnego żurnala fachowego dla fryzjerów. Wychodziła                 tylko "Uroda", a potem "Uroda i Zdrowie". Ten magazyn był o wszystkim, ale                       można było w nim znaleźć m.in. kilka zdjęć fryzur.
Kiedyś do cechu w Łodzi przyszedł jeden żurnal ze zdjęciem fryzury wymyślonej                   przez brytyjskiego geniusza, Vidala Sassoona. Nazywała się "na grzybka". Była to            pierwsza geometryczna fryzura. Niestety, w środku nie znaleźliśmy żadnego opisu     technicznego i nie wiedzieliśmy, jak należy strzyc. Jeden rysownik z cechu               rozrysowywał fryzurę na tablicy szkolnej przez kilka tygodni. W końcu doszliśmy                       do tego, że nie możemy ścinać po zewnętrznej, tylko po wewnętrznej stronie.                       Moda przychodziła też do nas z telewizji. Do Opola przyjeżdżali artyści z Zachodu                       i tak kobiety zaczęły szaleć na punkcie "mokrej Włoszki".
Jest to trwała, po której włosy są mocno skręcone i wyglądają jakby były               wilgotne.
- To była trwała z Francji. Niby robiło się ją w ten sam sposób, ale Francuzi                       utrwalali u siebie fryzury specjalnymi płynami i żelami. U nas był tylko jeden Pewex                     w Warszawie, gdzie za bony można było kupić żel do "mokrej Włoszki". Koledzy                       po niego jeździli, ale ja się w to nie bawiłem, gdyż moim zdaniem trwała powinna                    być imitacją naturalnego skrętu. Potem dziewczyna wyszła od nich z salonu                           cała w skowronkach, wróciła do domu, wyspała się w nocy, żel wytarł się w                     poduszkę i rano chciało jej się płakać, bo wyglądała jak straszydło.
Pierwszą trwałą ondulację na gorąco zrobił Karl Nessler z Niemiec w 1905                    roku.
- Tak, a potem powstały inne. Na zimno, elektryczna, kompresowa czy kierunkowa,                    w której włosy nakręcało się na wałki w różnych kierunkach. Niestety, efekt był                podobny.

W latach 70. dwóch moich znajomych pojechało na jakiś pokaz do Wiednia.                       Wrócili stamtąd z dyplomem i przywieźli trochę płynu do trwałej. Zaczęli ją robić.           Wyjmowali walizkę wielkości nesesera, grzali klamerki, a potem nakładali je na                      włosy. Ile oni za to brali pieniędzy! A jak popalili włosy! Było dużo skarg do cechu                       od ich klientek. Potem płyn im się skończył, a w stanie wojennym nikt nie mógł                          pojechać po nowy na Zachód. Znajomi fryzjerzy zaczęli kupować płyn do trwałej                       na zimno i mieszali go z wodą. Przecież interes się kręcił, więc nie mogli łatwo                            z niego zrezygnować.













Jaka była pana ulubiona trwała?
- Trwała na zimno, bo kobieta u mnie w salonie nie trzymała na głowie ciężarów                           i była bezpieczna. Przyszła do nas pod koniec lat 20., ale dopiero po wojnie                       nastąpił jej rozkwit. Zwłaszcza stała się popularna w latach 50., bo już u nas nie                      było nowych urządzeń do robienia trwałych ondulacji. Musiałem umyć głowę                    klientki, ostrzyc włosy, podzielić na pasemka i wtedy smarowałem je płynem.                          Ten płyn włosy rozpuszczał, dzięki czemu dało się je uformować. Zakręcało się                kosmyki na wałek i nastąpiło trwałe przekształcenie z prostego włosa na falisty.                             Teraz trwałej prawie nikt nie robi. Młode dziewczyny same włosy prasują                     prostownicą lub robią fale.
A jak lubią się u pana czesać?
- Rzadko przychodzą się czesać, jeśli już, to przed weselem. Na imprezę rodzinną                 typu chrzest, imieniny to najczęściej tylko babcia przychodzi ze zrobioną fryzurką,                       bo jej się wydaje, że musi się ogarnąć, żeby nie urazić gospodarzy. Tak została           wychowana. Młoda dziewczyna jak na taką okazję głowę umyje, to już jest dużo.
Zbigniew Kuty. Mistrz fryzjerstwa. Swój zakład prowadzi od prawie sześćdziesięciu                   lat przyulicy 1 Maja 20 w Łodzi (róg z Żeromskiego). Ma żonę i dwoje dzieci.

Wywiad ukazał się na gazeta.pl