poniedziałek, 18 lipca 2011



Każdy zrobił, co trzeba to zbiór reportaży, w których możemy przejrzeć się jak w lustrze, a widząc swoje odbicie, zachwycić się nim lub przerazić. Zebrane teksty sześciu dziennikarek opowiadają o życiu w Polsce na początku XXI wieku, odwołując się niekiedy do historii – czasem niezbyt odległej, innym razem sięgającej wstecz aż do czasów pogańskich.

Bożena Aksamit, Katarzyna Kokowska, Ewa Orczykowska, Oliwia Piotrowska, Ewa Wołkanowska i Honorata Zapaśnik przeszły się ulicami polskich miast w poszukiwaniu ludzi, którzy tworzą naszą współczesność.

Kogo spotkały na swojej drodze, kogo wysłuchały i opisały? Warszawskich trzydziestolatków zafascynowanych muzyką ludową, niepełnosprawnych aktorów teatralnych, cygańskiego wychowanka domu dziecka, amerykańskich amiszów z Mazowsza, Polki, które przestały być grzeczne, twórcę niezwykłego łódzkiego studia teatralnego, Wietnamczyków nielegalnie przebywających w Polsce, ofiary policyjnych pobić, kresowiankę z pokolenia Kolumbów, nieuleczalnie chorą, władającą sześcioma językami mieszkankę Meksyku, muzyka folkowego – wyznawcę neopogaństwa, szantażystów i szantażowanych. I wreszcie poetę zarabiającego na życie pracą w piekarni.

Reporterki obserwują dyskretnie, nie narzucając się ze swoją obecnością. Wnikliwie relacjonują to, co widzą, jak przez okno nad zlewem, o którym wspomina jedna z bohaterek: „W domach amiszów najważniejsze jest okno nad zlewem. Kobieta obserwuje przez nie swoje dzieci. Wy tego nie robicie. Nic nie wiecie o najważniejszym oknie”.

Seria Lektury reportera to próba poszukiwań tego co ważne w nas samych, w naszym życiu oraz w naszych bezustannych dążeniach do szczęścia i spełnienia. Reportaż jest tu narzędziem do opowiedzenia historii niebędących fikcją. Ich przekaz potrafi być dotkliwy i przejmujący.

Mottem serii Lektury reportera staje się wypowiedź jednego z bohaterów reportaży: „Czym jest spełnienie? Słuchaj, jeśli niczego nie chcesz, nic nie musisz mieć. Szczęście w ogóle nie polega na tym, co mam. Szczęście polega na tym, czy jestem zadowolony z tego, co już mam. Chodzi o życie w zgodzie z przeznaczeniem”.

piątek, 8 lipca 2011

Zagłada

Rankiem, po paru godzinach otępienia, czekało nas tylko milczenie zagłady

Rudolf Hoess, komendant KL Auschwitz:
Gdy się przychodziło do obozu, Cyganie wychodzili z baraków, grali na instrumentach, kazali dzieciom tańczyć, pokazywali zwykle swoje sztuczki. Był tam duży ogródek dla dzieci, w którym mogły do woli bawić się wszelkimi zabawkami. Gdy się do nich mówiło, odpowiadali swobodnie i ufnie. Byłoby rzeczą interesującą przyglądać się życiu i obyczajom Cyganów, gdyby nie przejmujący grozą rozkaz, który aż do połowy 1944 znali w Oświęcimiu oprócz mnie jedynie lekarze. Cyganie do ostatniej chwili nie wiedzieli, co ich czeka.

Tadeusz Joachimowski, numer obozowy 3720:
Z końcem lipca 1944 roku przyszedł do mnie Lagerfuehrer Bonigut i powiedział mi, że likwidacja pozostałych przy życiu Cyganów jest przesądzona, że nic więcej nie może zrobić dla Cyganów i że on sam nie chce wziąć udziału w tej akcji. Oświadczył mi, że w przeddzień akcji likwidacyjnej zgłosi się do szpitala jako chory. 31 lipca Lagerfuehrer oświadczył mi, że zgłasza się do szpitala.

Tadeusz Snieszko, numer obozowy 29620:
W dniu 1 sierpnia 1944 roku w obozie cygańskim było jeszcze około 5 tysięcy osób, wsród których przewazały kobiety, dzieci i ludzie starzy. Było także trochę młodych mężczyzn, którzy nie chcieli opuscić swoich rodzin.

Alfred Galewski, nr obozowy 151599:
Z początkiem lipca 1944 wybrano Cyganów w wieku 16-28 lat zdolnych do pracy i wysłano ich do Niemiec na roboty. W połowie lipca wybrano znowu mężczyzn, kobiety i dzieci, których bliscy krewni, jak ojciec, brat, mąż itd., służyli w wojsku niemieckim, i odesłano również do Niemiec na roboty.



Josef Reinhardt:
Miałem 16 lat, gdy Mengele przeprowadził ostatnią wielką selekcję w Zigeunerlager. Selekcja wyglądała następująco: "Na lewo! Na prawo! Na lewo! Na prawo!". Zostaliśmy wówczas wysłani w transport do Buchenwaldu, bo jeszcze mogliśmy pracować. Był to ostatni transport, który wyjechał.

Dr Rudolf Weisskopf, numer obozowy 71261:
31 lipca 1944 roku rano oznajmiono mieszkańcom obozu za pośrednictwem blokowych, że ma być zorganizowany transport roboczy i że wszyscy młodzi, zdolni do pracy mężczyźni i kobiety mogą się do niego zgłaszać. "Będziecie żyć w lepszych warunkach, będziecie pracować i dostawać większe przydziały żywnosciowe, będzie wam dobrze!". Od razu zglosiło się kilkuset Cyganów, a po dalszych namowach blokowych i rodzinnych naradach liczba ta jeszcze wzrosła. Zgłaszających się spisywano najpierw przed blokiem. Było ich około 3 tysięcy.

Tadeusz Joachimowski, numer obozowy 3720:
1 sierpnia 1944 o godzinie 14 podstawiono na rampę kolejową, która od strony południowej graniczyła z obozem cygańskim, długi pociąg towarowy. Następnie przyprowadzono z Oświęcimia Cyganów i ustawiono ich przy pociągu towarowym od strony obozu. Cyganie zaczęli rzucać się na druty. Wtedy więzień Brachmann Willi, który pełnił wówczas funkcję Lageraltestera, zawołał wszystkich więźniów funkcyjnych Polaków i polecił im stworzyć kordon wzdłuż ogrodzenia dla odganiania zbliżających się Cyganów. Gdy do wagonów towarowych stojących na rampie kończono "ładować" Cyganów, wtedy z wrzaskiem wpadł do obozu cygańskiego doktor Mengele i kazał funkcyjnym odejć od drutów, aby Cyganie mogli się pożegnać.

Dr Rudolf Weisskopf, numer obozowy 71261:
Wybranych Cyganów załadowano do wagonów, ale zasuwane drzwi pozostały otwarte. Pociąg stał na bocznicy kilka godzin, Cyganie mogli podchodzić pod same druty, nikt im tego nie bronił. Przez ogrodzenie z drutów można było podawać odjeżdżającym flaszki z wodą, kawałki chleba, części odzieży. Pożegnania ciągnęły się w nieskończoność.

Dr Lucie Adelsberger:
Doktor Mengele ze śmiechem pozdrowił z daleka dwóch chłopców cygańskich, którzy także odjeżdżali. Byli to jego pupile, którzy zawsze przy nim byli, mogli razem z nim jechać autem po obozie, ufali mu dziecięco i mówili o wszystkim, co się działo w obozie.

Amalie Schain, numer obozowy Z-10636:
Moja siostrzyczka powiedziała na pożegnanie: "Ty wyjeżdżasz, a nas spalą". Były to ostatnie słowa, które usłyszałam z jej ust.

Dr Rudolf Weisskopf, numer obozowy 71261:
Wreszcie o godzinie 15 esesmani zamknęli drzwi wagonów, jeszcze ostatnie krótkie pożegnanie z mieszkańcami obozu i pociąg ruszył, znikając za pierwszym zakrętem. Ostrzegawcze lampy elektryczne znowu się zapaliły, prąd został z powrotem włączony.

Tadeusz Snieszko, numer obozowy 29620:

Po apelu wieczornym doktor Mengele kazał wystapić wszystkim lekarzom i pielęgniarzom Polakom. Zaprowadzono nas do obozu męskiego B IId w Brzezince i osadzono w Straskompanie. W obozie cygańskim pozostali lekarze Żydzi. Zarządzono "Lagersperre".

Marian Perski, numer obozowy 11036:
Po wieczornym apelu do obozu cygańskiego przyjechali ciężarowym samochodem SS-mani z Sonderkommandem w liczbie około 20 Żydów, którzy na okna i drzwi wejściowe wszystkich zamieszkanych baraków przybili deski na krzyż, aby nikt nie mógł wyjść.

Dr Rudolf Weisskopf, numer obozowy 71261:
Około piątej przyjechała długa kolumna ciężarówek oraz oddział uzbrojonych w automaty żołnierzy na motocyklach. Równoczesnie do obozu wpadła horda pijanych w sztok, ryczących dziko esesmanów, którzy zachowywali się jak nieprzytomni.

Tadeusz Joachimowski, numer obozowy 3720:
Do obozu cygańskiego przybyli SS-Oberscharfuehrer Clausen, który był kierownikiem akcji, SS-Unterscharfuehrer Buntrock zastępujący Boniguta, SS-Unterscharfuehrer Kurpanik pełniący funkcję Rapportfuehrera w obozie B IId, SS-man Wolf - Blockfuehrer z obozu B IId, 10 SS-manów z przybyłej eskorty oraz 50 Żydów pracujących w Sonderkommando. Reszta eskorty SS pozostala na zewnątrz obozu.

Dr Rudolf Weisskopf, numer obozowy 71261
Uzbrojone oddziały szalejących morderców wtargnęły do bloków. Krwiożerczy jak wilki zaczęli niemiłosiernie tłuc Cyganów, słabych mężczyzn i płaczące kobiety, wyrywać krzyczące z przerażenia dzieci z rąk dorosłych i rzucać je na podstawione cieżarówki, aby zmusić dorosłych do wchodzenia na platformy samochodów. Cyganie próbowali się bronić, esesmani szarpali ich wsród straszliwego wrzasku, ordynarnych przekleństw i wyzwisk; walili Cyganów na oslep kolbami, ciężkimi kijami, batogami i wpychali ich na auta. Dookoła pilnowali tlumu wrzeszczący blokowi. Było to prawdziwe piekło.

Tadeusz Joachimowski, numer obozowy 3720:
Sonderkommando wchodziło do bloku i wyganiało wszystkich Cyganów. Przy drzwiach wejsciowych bloku stali: Kurpanik i jeszcze jeden SS-man, ja jako Rapportschreiber obozu cygańskiego i Rapportschreiber obozu B IId. Polecono każdemu z nas liczyć wychodzących. Liczylismy każdy osobno. Przechodzilismy kolejno od bloku do bloku.

Józef Piwko, numer obozowy 117784:
Słychać było świst nahajek, przekleństwa, płacz, wrzask. Od czasu do czasu padał strzał z rewolweru. Bezbronni Cyganie opierali się, uciekali pomiędzy blokami, chowali się w barakach. Opierających się bito i kopano bezlitosnie.

Dr Rudolf Weisskopf, numer obozowy 71261:
Pierwsza załadowana ciężarówka ruszyła eskortowana przez patrol esesmanów na motocyklach z gotowymi do strzału automatami. W całym obozie zapanowała niesamowita panika. Wszyscy krzyczeli i płakali, kobiety wyrywały sobie włosy z głowy, dzieci zanosiły się od płaczu. Kobiety straciły od krzyku głos i już tylko charczały, gryzły, biły na oślep wokół siebie i drapały, ale były bezsilne wobec gwałtownego naporu zdrowych, po zęby uzbrojonych katów. Wsród piekielnego zgiełku wpychano i rzucano je na auta.

Alfred Galewski, numer obozowy 151599:
Przez cały czas trwania akcji na terenie szpitala cygańskiego obecny był doktor Mengele.

Tadeusz Joachimowski, numer obozowy 3720:
Podczas tej akcji zgłosiła się do doktora Mengele Niemka z pięciorgiem dzieci. Mąż jej był Cyganem. Doktor Mengele polecił jej udać się do bloku, w którym poprzednio był "Kindergarten", i zapewnił ją, że nie pozwoli jej zabrać. Kiedy do bloku "Kindergarten" weszło Superkommando, Niemka oswiadczyła im, że bloku nie opuści, gdyż jest Niemką i otrzymała zezwolenie od doktora Mengele pozostania w nim razem z dziećmi. Natychmiast przekazano to Clausowi. Claus przyszedł do bloku "Kindergarten" i kazał Niemce oddać dzieci, ponieważ są one dziećmi Cygana, natomiast jej zapewnił życie. Propozycji tej nie przyjęła i wraz z dziećmi została siłą wyprowadzona z baraku i dołączona do grupy Cyganów.

Bernard Ebstein:
Pewna Cyganka Reichsdeutscherka opusciła swoje dzieci, pozostawiając je tym samym do zagazowania. Doktor Mengele zwrócił się do niej z zapytaniem, jak mogła rodzone dzieci opuscić. Cyganka ubliżyła mu, mówiąc: "Ty łotrze, ja wiem, że ty zrobisz ze mną to samo co z moimi dziećmi". Doktor Mengele natychmiast przeznaczył ją do krematorium.

Tadeusz Joachimowski, numer obozowy 3720:
Doktor Mengele zabrał do auta dzieci cygańskie - bliźnięta, na których przeprowadzał swoje doświadczenia - i zawiózł je do obozu macierzystego w Oświęcimiu I. Dzieci te nie zostały przyjęte, wobec tego przywiózł je z powrotem.

Dr Rudolf Weisskopf, numer obozowy 71261:
Zgiełk wokół nas uciszał się powoli; na zewnątrz gruchotały jeszcze naładowane cieżarówki, jeszcze parę minut, kilka krótkich chwil, Cyganie odjadą...

Alfred Galewski, numer obozowy 151599:
Krótko po północy akcja się skończyła, gdyż cały obóz cygański został opróżniony.

Dr Rudolf Weisskopf, numer obozowy 71261:
Obóz był jak wymarły. Ale jednak nie! Usłyszeliśmy jakieś dziecięce płaczliwe głosiki... Blokowy zaczął szukać. Dwie małe cygańskie dziewczynki przerażone piekielnym zgiełkiem schowały się na najwyższej koi pod siennikiem. Uszły przenikliwym oczom pijanych zbrodniarzy. Jakiś kapo znalazł dorosłą Cygankę, która ukryła się w studzience kanalizacyjnej. Trzęsąc się ze strachu, spędziła w przeraźliwym smrodzie całą noc. Kapo wyciągnął ją siłą z ukrycia. Za chwilę przyjechał mały wojskowy samochód sanitarny z czerwonym krzyżem na dachu i po bokach. Sanitariusz SS odebral ostatnie Cyganki. Sanitarka odjechała w kierunku krematorium.

Anna Chomicz, numer obozowy 44174:
Widziałyśmy z odcinka B Ia kolumny Cyganów prowadzone na zagładę odcinkami B IIc i B IId oraz główną Lagerstrasse miedzy B IId-f a B Ib w kierunku krematoriów II i III. Od strony kolumn dobiegały potworne krzyki.

Leon Wintraub:
Widziałem, jak ich brano do komory gazowej, na początku kilkuset naraz. Zobaczyłem straż SS z psami i wieźniów, którzy byli pełnomocnikami wyładowujących ludzi z transportu do krematoriów I, II i III. Trochę weszło do nr IV. Potem zobaczyłem auto z oficerami SS i cywilnymi, wybrali okolo 20 kobiet z kilku tysięcy przy krematorium IV. 20 kobiet zostało na podwórzu przed krematorium. Te liczne setki ludzi zostały umieszczone w komorze gazowej, w tym samym czasie 20 kobiet zostało wziętych do drugiej części krematorium i zamiast zagazowania zostały zastrzelone przez straż SS. Zostały na podłodze w krematorium, a krew wyciągnięta z kilku z nich i różne części wycięte z ich ciała, wszystko włożyli do walizki i odjechali.

Dr Rudolf Weisskopf, numer obozowy 71261:
Powietrze cuchnęło, nie sposób bylo oddychać, czuliśmy smród palonego mięsa i włosów.

Leon Wintraub:
Widziałem ciemnoczerwone płomienie wystrzelające trzy metry wysoko z kominów. Odór palącego się mięsa był bardzo silny i był w powietrzu cały dzień. Spalenie wszystkich zajęło w przybliżeniu trzy godziny.

Dr Rudolf Weisskopf, numer obozowy 71261:
Nadaremnie próbowalismy zasnąć. Grobowa cisza wokół nas w tym tak hałasliwym obozie była czymś niezwykłym. Brakowało nam tego znajomego gwaru. Rankiem, po paru godzinach otępienia, czekało nas tylko milczenie zagłady.


Korzystałam z Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, Instytutu Pamięci Narodowej - Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu i Księgi Pamięci. Opracowanie jest częścią książki "Europa według Auschwitz" projektu Marka Millera z Laboratorium Reportażu. Tekst ukazał się również w Dużym Formacie.

Zawód: fotoreporter. Chris Niedenthal

Zima 1981 r. Początek stanu wojennego. Nad wejściem do warszawskiego kina "Moskwa" tytuł filmu: "Czas Apokalipsy" Coppoli. A obok kina transportery opancerzone. To słynne zdjęcie, symbol stanu wojennego, obiegło cały świat. Zrobił je z ukrycia Chris Niedenthal.

Pracował dla najbardziej znanych gazet: "Newsweeka", "Time`a", "Der Spiegel", organizuje własne wystawy. Utrwala w obiektywie momenty historyczne dla Europy i świata, ale też zwykłych ludzi. Wszystkim zdjęciom nadaje specyficzne piętno.
- Od dziecka czułem wewnętrzną potrzebę zapisywania, zatrzymywania w czasie, dokumentowania tego, co widzę dookoła - mówi. - Fotografia najpierw była moim hobby, potem stała się pasją, wreszcie zawodem i jedynym sposobem na życie. Nie mam czasu na nudę, poznaję kraj, świat, ludzi. Jestem wolny, nieskrępowany przez żadne nakazy.



"Sąsiadka"

Chris Niedenthal jest otwarty i pogodny. Wygląda na czterdziestolatka, choć skończył 53 lata. Dobrze zbudowany, płowe włosy, broda. Nie lubi mówić o sobie. Po co? To nie on się liczy, lecz zdjęcia, które robi, ludzie, których pokazuje, ulotne sytuacje, które łapie i zatrzymuje. Fotografia nie jest dla niego sztuką, lecz świadectwem. Nie uważa się za artystę. Jest po prostu fotografem.

Umie się śmiać ze swojego zawodu. Dwa lata temu "Gala" wysłała go na olimpiadę zimową do Salt Lake City. Bawił go widok kolegów, którzy podczas wręczania medali dla dobrego ujęcia zwycięzców klęczeli na dywanikach rozłożonych na lodzie. "Niczym w kościele" - pomyślał i zrobił im zdjęcie.
Na olimpiadzie spotkał Lecha Wałęsę.

1980: Wałęsa

- Nic się nie zmieniasz. Całe życie robisz to samo - żartował były prezydent - Bierz przykład ze mnie: byłem elektrykiem, prezydentem...
Z Wałęsą jest na "ty". Towarzyszy mu od początku. Kiedy w 1980 r. zaczął się strajk w Stoczni Gdańskiej, był pierwszym zagranicznym fotoreporterem wpuszczonym na jej teren. Drugiego dnia strajku on i angielski dziennikarz Michael Dobbs z duszą na ramieniu podeszli pod bramy stoczni. Robotnicy wpuścili ich, ale postawili warunek: żadnych zdjęć! Zaprowadzili ich do sali BHP, gdzie trwały rozmowy z dyrekcją stoczni. Tam po raz pierwszy zobaczył Wałęsę - faceta z wąsami, długo nie mógł zapamiętać jego nazwiska. Czuł złość, bo wiedział, że jest świadkiem historycznego momentu, a nie mógł robić zdjęć. Wstał i zaczął "cykać" zza pleców dyrektora stoczni. Nikt nie zareagował. Potem chodził po całej stoczni i fotografował robotników. Jedno ze zdjęć oddaje atmosferę strajku: grupa robotników śpi na trawie. Wyglądają jak zabici.

1961: pierwszy aparat

Pierwszy aparat: Kodak Starmite, dostał od ojca w nagrodę za zdany egzamin. Miał wtedy jedenaście lat i chodził do angielskiej szkoły w Londynie.
W tym mieście się urodził. Jego rodzice należą do polskiej emigracji wojennej. Poznali się w 1947 r. w Anglii. Ojciec, przed wojną prokurator w Wilnie, pracował w brytyjskim ministerstwie oświaty. Matka przedtem pracownica Polskiej Agencji Telegraficznej na obczyźnie zajęła się domem. Języka i literatury Polski młody Niedenthal uczył się w szkółce sobotniej.



- Ojciec zawsze krzyczał, kiedy ze starszą siostrą rozmawialiśmy w domu po angielsku - wspomina. Po raz pierwszy do Polski przyjechał z rodzicami latem '63. Gdy podrósł, sam przyjeżdżał tu na wakacje. Wsiadał w pociąg i jeździł na Mazury, nad Bałtyk, w góry. W kieszeni miał 25 funtów i czuł się bogaty.
- Uwielbiam polskie morze, piaszczyste plaże - rozmarza się - Kiedy jestem w Egipcie czy na Krecie, mówię, że wolałbym być w tej chwili na Helu. Skończył w Londynie trzyletnie studia fotograficzne, choć dziś uważa, że fotografowania można nauczyć się samemu: Wystarczy poznać technikę, reszta to praktyka. Najważniejsze to kochać i czuć to, co się robi.
Aby zarobić na lepszy sprzęt, imał się różnych zajęć. Przed Bożym Narodzeniem pracował jako listonosz. Sortował i roznosił listy. Ludzie w okresie przedświątecznym byli bardziej hojni - zawsze wpadło mu coś do kieszeni.
W 1973 r. przyjechał do Warszawy za dziewczyną, którą poznał w Anglii. Miłość się skończyła, ale on został.
- Miałem paszport angielski i lepiej mówiłem po angielsku niż po polsku, ale nie czułem się Anglikiem - mówi - Doszedłem do wniosku, że skoro jestem Polakiem, powinienem zamieszkać w Polsce, mimo trudnej sytuacji politycznej i gospodarczej. Do ojczyzny ostatecznie przekonali go młodzi ludzie.
- W przeciwieństwie do młodzieży angielskiej, która nie musiała się o nic troszczyć, na czymś im zależało - mówi - Dzisiaj niestety tej woli walki Polakom brakuje. Młodzi stają się równie bezmyślni jak ich rówieśnicy na Zachodzie.
Mimo to Polaków uważa za myślących i jest to jeden z powodów, dla których nie mógłby mieszkać poza Polską. I chociaż czasem trudno ten kraj kochać, to jak twierdzi: Im uczucie jest trudniejsze, tym trwalsze.
- W moim "hipisowskim" pokoleniu określenie "porządny człowiek", "kochać Polskę", nie pasowało do żadnego z moich znajomych - mówi jego przyjaciel Marek Miller, reporter. - Pierwszą osobą, o której mogłem tak powiedzieć, był Krzysiek. Polska jest dla niego natchnieniem. Widzi w Polsce to, czego inni nie widzą.

1978: Papież

Był ranek, 17 października, kiedy dojechał do Wadowic. Ksiądz Edward Zacher wyciągnął grubą księgę parafialną i wpisał, że tego dnia kardynała Karola Wojtyłę wybrano na papieża. Chris Niedenthal uwiecznił ten wpis, który jego zdaniem był symbolicznym początkiem historii Polski. Od momentu wyboru papieża zainteresowanie Polską na świecie wzrosło. "Newsweek" zaczął szukać anglojęzycznego fotografa z Polski i wybór gazety padł na Niedenthala. Pracował dla redakcji do 1984 r., potem przeszedł do "Time`a".

Pierwszym materiałem dla "Newsweeka" były zdjęcia "nielegalnych" kościołów. Komunistyczne władze nie chciały wydawać pozwoleń na ich budowę, więc ludzie budowali kościoły w stodołach - solidne, z cegły. Potem stodoły rozbierali, a w ich miejscu stały kościoły, z którymi biurokraci nie mogli już nic zrobić.
Niedenthal mówi, że nie angażuje się w politykę i w religię, bo tylko tak może być wiarygodny. Innego zdania jest Marek Miller: Jego zdjęcia są tylko pozornie obiektywne. Chris nie tylko fotografował przemiany w Polsce, ale zdecydowanie stanął po stronie opozycji.



Podczas pierwszej pielgrzymki papieża do Polski w 1979 r. Niedenthal zrobił zdjęcie dziewczynce w chwili, gdy Jan Paweł II brał ją na ręce. Ukazało się w "Newsweeku". Po latach rodzice rozpoznali swoją córkę w specjalnym wydaniu "Vivy" o papieżu. Z odnalezioną Karoliną Grabowską fotograf spotkał się w zeszłym roku, aby zrobić o niej reportaż. Był wzruszony.
- Ta dziewczynka jest symbolem współczesnej Polski, bo wszystkie przemiany ustrojowe miały miejsce za jej życia - mówi.

1982: kto przemyci te slajdy?

W stanie wojennym jeździli po ulicach czerwonym golfem, prowadził szwagier Niedentahla, który miał błyskawicznie dodać gazu, gdyby trafili na zomowców. Robił zdjęcia z okien mieszkań przerażonych znajomych. Fotografował przechodniów, którzy często brali go za ubeka. Teraz musiał te zdjęcia wysyłać za granicę. Nie chciał wywozić ich sam, bo bał się, że władze nie wpuszczą go z powrotem. Wpadł na desperacki pomysł: poszedł nocą na Dworzec Gdański, skąd odjeżdżał pociąg do Berlina. Było tuż przed godziną policyjną. Chodził od przedziału do przedziału pytając, czy ktoś zgodzi się przewieźć slajdy. Ludzie się bali, bo wcześniej TV wyemitowała film o tym, jak zatrzymują w pociągach ludzi za przewóz zakazanych zdjęć. W końcu zgodził się wziąć filmy niemiecki student. Niedenthal dał mu adres redakcji "Newsweeka" w Bonn. Student przekazał slajdy.

1989: mur berliński i majtki na lufie czołgu

Kiedy obalano mur berliński, NRD-owscy żołnierze stali na nim bez ruchu, ignorując zaczepki przechodniów. Później na tym samym miejscu usiadła młodzież i piła szampana. W Pradze, po "aksamitnej rewolucji" jakiś dowcipniś przemalował na różowo czołg-pomnik ku czci żołnierzy radzieckich, a na lufie powiesił majtki. Przy szosie na Hel na znaku "zakaz wjazdu" ktoś namalował podobiznę prezydenta Jaruzelskiego.
Niedenthal wszędzie tam był i robił zdjęcia dla "Time'a". W 1987 r. zamieszkał z żoną i synem w Austrii, bo w Wiedniu mieściło się biuro "Time'a" na Europę Wschodnią i Związek Radziecki. Raz, dwa razy w tygodniu wyjeżdżał za granicę. Podążał tropem Gorbaczowa. W 1989 r. pojechał za nim do Chin. W Pekinie tysiące studentów okupowało plac Niebiańskiego Spokoju. Fotografując ich euforię nie przypuszczał, że dwa tygodnie później wojsko zmasakruje czołgami demonstrantów.

1993: "mokra cela"

W 1993 r. Niedenthal dostał polskie obywatelstwo, powrócił na stałe do kraju i zaczął pracować dla polskich tytułów. Dla "Marie Claire" przygotował fotoreportaż o kobietach odwiedzających swoich mężczyzn w łowickim więzieniu. Jak w większości zakładów karnych, jest tam pomieszczenie potocznie nazywane "mokrą celą". W nagrodę za dobre sprawowanie więzień może spędzić tu nieco czasu ze swoją ukochaną. Wchodząc, oczywiście za zgodą obojga, do "mokrej celi", Niedenthal zawsze uprzedzał, że po kilku minutach wyjdzie.
- Ja tu jeszcze jestem! - kiedyś głośno zaznaczył swoją obecność, gdy jeden z więźniów zaczął obmacywać swoją dziewczynę w zaawansowanej ciąży.

Kuzynka Niedenthala ma 19-letniego syna Michała, sparaliżowanego po zapaleniu opon mózgowych. Nie chodzi, nie słyszy, nie mówi, nie widzi, a mimo to uczy się w specjalnie przystosowanej szkole w Hamburgu. Przed kilku laty uczniowie wystawili dwugodzinne przedstawienie "Snu nocy letniej" Szekspira. Każde dziecko miało w nim do zagrania swoją rolę, także Michał. Niedenthal zza kulis fotografował młodych aktorów. Był to temat na kolejną po "Tabu - portrety nieportretowanych" wystawę poświęconą ludziom niepełnosprawnym.
- Kiedy upadł komunizm, zająłem się niepełnosprawnością - mówi. - Bo rodzice tych dzieci codziennie podejmują walkę z chorobą, tak jak Polacy walczyli kiedyś o własną tożsamość.

2002: sąsiedzi

W 2001 r. razem z Tadeuszem Rolke, fotografem i przyjacielem, Niedenthal jeździł po starych, pożydowskich miasteczkach w Polsce. Towarzyszyła im mała Wietnamka, Maja. Robili jej zdjęcia na tle tego wszystkiego, co pozostało po żydowskiej kulturze. Z tych materiałów w sześćdziesiątą rocznicę tragicznych wydarzeń w Jedwabnem, powstała wystawa, której pomysłodawcą był Rolke. Zatytułowali ją " Sąsiadka" - z dwóch powodów. Po pierwsze dziewczynka, która z założenia miała nie być ani Polką, ani Żydówką, jest sąsiadką z bloku Tadeusza Rolke. Po drugie jest to nawiązanie wprost do głośnej książki Tomasza Grossa "Sąsiedzi" i filmu Agnieszki Arnold pod tym samym tytułem, w której opisał wymordowanie Żydów w Jedwabnem w 1942 r. m.in. przez polskich sąsiadów.
Wszystkie zdjęcia były czarno-białe. - Jak długo trzeba się uczyć, żeby zrobić taką wystawę - zapytała Niedentahla pewna dziennikarka. - Trzydzieści lat - odparł.
Niedenthal nie uznaje pozowanych sesji, chcę utrwalać spontaniczne reakcje ludzi, dlatego nigdy nie pyta ludzi o zgodę na ich sfotografowanie, co prowadzi często do zabawnych sytuacji. Kiedyś w moskiewskiej cerkwi staruszek zaczął go bić za robienie zdjęć podczas mszy. Gdy fotografował hamburską paradę gejów i lesbijek, jedną ręką trzymał się ciężarówki, a w drugiej miał aparat i nie mógł zareagować, gdy jakiś chłopak zaczął go obmacywać.

Żona Niedenthala Karolina, germanistka i tłumaczka, od kilku lat prowadzi własną agencję nieruchomości. Dwudziestosześcioletni syn Filip tak jak ojciec ukończył uczelnię w Londynie - dziennikarstwo mody i jak kiedyś ojciec wrócił do Polski. Jest dziennikarzem, pisze o modzie dla "Vivy".
- Nie omijam żadnej okazji, by zrobić zdjęcia - mówi. - Na każdy rodzinny wyjazd zabieram ze sobą aparat. Nie mam innego pomysłu na życie i nie umiałbym zrezygnować z pracy, mogę jedynie zwolnić tempo. Jeśli fotograf w pewnym momencie przestaje robić zdjęcia, to znaczy, że jego powołanie nie było silne.

2004: historia zatacza krąg

Kilka dni temu ukazał się album Niedenthala "Polska Rzeczypospolita Ludowa. Rekwizyty", zawierający około 130 zdjęć z lat 70. i 80. Jest to przewodnik z przymrużeniem oka po komunizmie. Zdjęcia, w większości kolorowe, przedstawiają absurdy codziennego życia w PRL-u.
- Marzyłem o takim albumie od 1989 r. Teraz, gdy weszliśmy do Unii Europejskiej, jest właściwy moment na publikację. Chciałem z lekkim uśmiechem pokazać jak żyliśmy przez kilkadziesiąt lat. Większość zdjęć nie była nigdzie pokazywana, przypomniałem sobie o nich i wyjąłem z dna szuflady. Cieszę się, że po 20 latach zyskały inną, symboliczną wymowę.

Tekst ukazał się w "Zwierciadle", 2004